poniedziałek, 28 lutego 2011
wyzysk nieletnich i rezerwacje



W jednym z ostatnich odcinków Gotowych na wszystko, Lynette tłumaczy, że starała się oszczędzić dzieciństwo dzieciom, dlatego jej dorośli synowie nawet nie wiedzą, gdzie w domu trzyma się jajka.
Eee, amerykańska fikcja serialowa, myślę sobie, ale potem przypomniała mi się jedna okołopodwórkowa rozmowa z innymi mamami, jakaś dyskusja na dzieciowym forum...
Więc jest to możliwe. Doprowadzanie do życiowego kalectwa w imię miłości.
Ja wiem, że jestem na drugim biegunie i pewnie będą mi to Monstery wypominać lub na kozetkach analizować, ale, tak serio, nie rozumiem zupełnie takiego przed życiem ochraniania. Izolowania wręcz.
Nie każę Monsterom do roboty w fabryce z młotkiem szaleć (O - "Serce" Amicisa mi się przypomniało, trzeba będzie przeczytać Monsterowi, gdy będzie jęczał, że musi obierać ziemniaki), ale jeśli dziecko poprawia  grafomotorykę tocząc plastelinę, to czym to się różni od nadawania kształtu kuli klopsikom?
Albo jeśli potrafi myszką wyprowadzić z poślizgu pędzące auto na ekranie komputera, to tym bardziej postoi z mikserem, ale o ile więcej przy tym pożytku (poza konsumpcją, zrozumienie, że cukiernie nie mają monopolu na pieczenie, a zupę pomidorową nie tylko jadłodajnia i stołówka serwuje).
Pewnie, staram się zrozumieć, że jeśli maturzysta jest w dzikim szale przyswajania, to ok - odpuszczam mamusi z talerzem kanapek. Choć z drugiej strony, przerwy podczas nauki też należy robić - dlaczego nie przy robieniu kanapki. (Nie wiem, jak wy, ale ja miałam zawsze najlepiej wysprzątany pokój, a potem mieszkanie, podczas sesji...)
No i samo współtworzenie - toż to podręcznikowy obrazek synergii. Ostatnio robiłam mielone nocą, bo na następny dzień Monstery miały imprezować, no to chciałam mieć już odfajkowany obiad - nigdy więcej! Nie dość, że dłużej mi to zajęło, to jeszcze jak smutno tak samej!
I pogadać przy robocie można (u prząśniczki siedzą jak anioł dzieweczki...), newsów się dowiedzieć (a wiesz, że Zuzia mówi na nas z Oliwerem, że jesteśmy gejami, bo chodzimy do ubikacji razem?). Same plusy.
A bałagan post factum też można razem posprzątać. Niech też wiedzą,że samo się nie zrobi.


****
Z innej beczki. Nadchodzi marzec, czas wakacyjnych rezerwacji. Poza tym myślenie o wakacjach pomaga przetrwać szychty w fabryce;)
No to myślimy, rzucam przy tarciu marchwi, co by Monstery chciały w tym roku.
Monster tradycyjnie Himalaje, ewentualnie Korea (bo taekwondo).
No dobra, skoro ma być bliżej, to czy byśmy nie mogli pomóc walczyć tym w Egipcie, bo chce sobie postrzelać.
Monsterówna też chce postrzelać, ale z łuku (to akurat jest do załatwienia na miejscu - sekcja łucznictwa w AZS). Monsterino chce na plaży zbierać muszelki.
Ja chcę w góry, Monstertata tam, gdzie ciepło.
Może uda się wymyślić część wspólną, bo jeszcze tak bardzo chcę wierzyć, że nie nadszedł czas wyjazdów w podgrupach.



czwartek, 24 lutego 2011
jak kangury



- Znalazłem Egipt i Libię - donosi Monster znad globusa - Wiesz, tam są teraz STARCIA I ZAMIESZKI - tłumaczy - No, wojna!
Widocznie popatrzyłam na niego nieprzytomnym wzrokiem, bo jednocześnie analizuję opowiadanie Monsterówny pod kątem podziału na wstęp, rozwinięcie i zakończenie...
W przeciwieństwie do Monstera, który prawie dowolnie może kształtować swoje popołudnia (zakładając, że nie ćwiczy akurat po koreańsku czy angielsku), Monsterówna ma codziennie, nie wyłączając weekendów, solidną porcję zadań domowych. Całkiem pokaźnych konkretów, typu list, opowiadanie, kilka stron z ćwiczeń, nie mówiąc już o takich miłych dodatkach w stylu rysunku na stronie a4 dowolną techniką!
Przy tym wszystkim dodatkowe zadania na Kangura to dla niej wieczorna przyjemność...
Monster oczywiście też startuje w Kangurku i dla niego to także rozrywka, pod warunkiem, że da radę przeczytać polecenie do końca.
- To podstawa! - tłumaczę mu - treść jest specjalnie tak podchwytliwa, żeby tylko najbystrzejsi dotarli do sedna - podjudzam
- I tak mi wychodzi dobrze - upiera się Monster

Oby się nie rozczarował...

Monsterino też musi coś liczyć, skoro starsi to robią.

- Teo liczy do trzydziestu dziewięciu! - donosi starsza siostra
- A co dalej? - pytam
- Dalej jest trzydzieści dziesięć - odpowiada indagowany

Monsterino ma tydzień ulubionych książek w przedszkolu, więc wypatroszył regały i nie może się zdecydować, którą ulubioną przynieść.

- Nie uniesiesz mojego plecaka - zapowiada złowieszczo
- A co zapakowałeś w końcu? - pytam
- Mało zostało - odpowiada wymijająco

****

- Już ze trzy razy wyszło mi salto w tył - cieszy się Monsterówna
- My też będziemy już ćwiczyć salta - Monster natychmiast wcina się w konwersację
- Niemożliwe, MY dopiero w trzeciej klasie zaczęliśmy salta - oponuje Monsterówna
- Może jesteśmy zdolniejsi ... - stawia tezę Monster

Monsterówna celnie trafia nogą w kostkę Monstera. Monster oddaje. Poprawiają rękami. Rozdzielam boksujących.
Jakoś tak nam się wszystko ostatnio kręci wokół australijskich zwierząt z silnie umięśnionymi kończynami tylnymi...



wtorek, 22 lutego 2011
zaskoczek


I znowu tyle się zebrało, że nie wiadomo od czego zacząć. Trzeba od najważniejszego: Monster został Uczniem Stycznia w swojej klasie i tym razem jego zdjęcie zawisło na tablicy. Już przed feriami bąknął, że gazetka i że robili mu fotkę, ale chyba sam w to nie wierzył. Duży to sukces, bo dotychczas przez zachowanie nie było nawet mowy o takim wyróżnieniu.

Monster w ogóle zmienia się w oczach, ale przy takim tempie wpisów, jakie mam ostatnio, to akurat z laurką wyrobię się na urodziny, miejmy nadzieję.

Zdjęcie jeszcze z lodowiska, wyjaśniające, dlaczego chłopcy też w figurówkach. Łyżwy dostarcza pani trenerka, a hokeja to ona nie trenuje. Chłopcom nie przeszkadza, choć Monster podobno tęsknym okiem spoglądał na hokeistów.

I na to przyjdzie czas.

Co tam jeszcze... A! Walentynki Monstery świętowały naukowo. Oglądaliśmy gwiazdy w przenośnym obserwatorium (coś pomiędzy namiotem a piłką-gigantem - czad!), Monsterówna załapała się jako asystentka w chemicznym show (a cała trójka paradowała ze sztuczną krwią na przedramionach - do złudzenia przypominającą skrzepy po cięciu nożem - makabryczne, wiem). Ale to właściwie tylko dopełniło obrazu całości, bo pokazy zaczęliśmy od doświadczeń z cieczą newtonowską i od razu wszyscy byli obryzgani skrobią od góry do dołu.


Ale czego się nie robi dla nauki!

**

I jeszcze z rozmowy z Monsterinem.

- Mamo, czy mogę mieć brata?

- Masz już brata! - stwierdzam szybko, choć oczywiście wiem, o co mu chodzi

- Ale nowego brata!

A co, będziesz się dzielił z nim swoimi autami? - powątpiewam (kłótnie czyj hotwheels jest czyj są stałym punktem rzeczywistości Monsterowa)

- Ja myślę, że nowe dziecko musi mieć NOWE zabawki - podkreśla Monsterino patrząc mi głęboko w oczy - i ty kupisz nowemu bratu nowy tor hotwheels ośmiornicy i nowe auta zmieniające kolory i wtedy będziemy się zamieniać!

Przemyślał to sobie.

wtorek, 15 lutego 2011
bajki-grajki




Powrót do domu z ferii trwał sześć bajek-grajek: Alicja w Krainie Czarów, Księżniczka na Ziarnku Grochu, Król Bul, Lata Ptaszek, Tomcio Paluch i Muchy Króla Apsika. Bez przerwy.
Każdy ma swojego faworyta, my z Monstertatą Alicję, Monstery starsze śpiewają wszystkie piosenki z Króla Bula, ale tak naprawdę wszystkie bajki-grajki są do polecenia.

Ale bajki się skończyły i trzeba było wrócić do rzeczywistości. I choć może walentynki osłodziły trochę ból istnienia, to o takiej dawce przyjemności, jaką Monstery zażyły w ferie z dziadkami, mogą zapomnieć.
Bo naprawdę dziadkowie zawyżają standardy: łyżwy, nawet dwa razy dziennie, basen (najważniejsza była CZARNA rura), teatr, kino, zoo, pizza - doprawdy, gdy dziadek jeszcze dodał, że w Opolu ferie dopiero się rozpoczynają, to nie musiałby długo namawiać wnuczęta do pozostania...


Bo przecież z babcią na łyżwach było tak dobrze...

Monstery mają jednak okrutnych i nieustępliwych rodziców.

środa, 09 lutego 2011
jizda


Po pierwszym dniu Monsterinowych prób ułożenia nart w pług (lub w pizzę, jak to niektórzy instruktorzy przedstawiali), doszłam do wniosku, że widocznie trafił nam się nartoodporny egzemplarz,więc trochę do siebie, a trochę do Monsterina powiedzieliśmy, że w takim razie w przyszłym roku pojedziemy na narty tylko ze starszymi.

Bo to bez sensu było zupełnie: Monsterino owszem, jechał chętnie, ale potem wrzeszczał "mamusiu", bo nie potrafił wyhamować. I jeszcze się kłócił, że nie musi.

Właściwa motywacja popycha świat do przodu, bo drugiego dnia narty zaczęły Monsterina słuchać, życie stało się prostsze, a widok jakże piękniejszy...

W trzecim dniu mogliśmy wyjść na oślołąkowy orczyk

A potem już wjeżdżaliśmy kanapą na normalne stoki.

Tylko przy wejściu i zejściu przeprowadzaliśmy operację podciągania Monsterina, bo za niski był na samodzielne w- i zeskoki.

Natomiast starsi po pierwszym dniu, gdy zostali wyzwani przez Monstertatę od speedujących trzylatków (Monster na to odpyskował, że on to chce mieć z jazdy przyjemność, więc nie zamierza jeździć zakolami w emeryckim tempie ), znikali. Meldowali się co jakiś czas przy plecaku z wałówką.

A gdy dopadałam ich, nie mieli czasu na pozowanie.

W ogóle wszyscy mieli towarzystwo w swoich grupach wiekowych. Odchodziły śpiewy i gry (może to jeszcze nie brydż sportowy, ale i tak rywalizacja była zacięta).


Znowu sprawdziła się stara prawda, że towarzystwo to podstawa.

Choć  i noclegownia, i świetnie przygotowane trasy do polecenia i do powtórzenia, jak najbardziej.





Archiwum
do Monsterowa tędy