piątek, 26 lutego 2010
marzec to już prawie jak



- Czujesz, to mamo, czujesz? - Monsterówna odetchnęła pełną piersią - tak czuć latem, pod wieczór, gdy od lasu zaczyna już się cień... - kontynuowała poetycko, a ja westchnęłam

Chlipnęłam wewnętrznie.
Oj, strasznie niecierpliwi jesteśmy. Do marca jeszcze dwa dni, a my już przebieramy nóżkami, żeby spakować kombinezony w kartony z napisem zima.
(a może gdybym tak już je wyniosła do piwnicy, to by...)

W ramach terapii kolorem i światłem (gdy torba w kolorze wściekłej mandarynki nie wystarczyła) przeglądaliśmy z monstertatą zdjęcia z wakacji.

No i najlepsze jest wynajdowanie takich nietypowych. Takich z historią w tle, a nie z grzywiastą falą. Więc muszę. Po prostu muszę je tu.

Z serii:
"liczę do stu i udaję, że to wyjące i tarzające się dziecko wcale nie jest moje"




Monstery zbierające na piwo, tfu, lody



Obiecuję, że w ogóle nie będę narzekać na upały w tym roku, tak?
(więc niech będą, niech będą - 27 stopni w nocy!)


wtorek, 23 lutego 2010
wruum



- To teraz ty jesteś policją, a ja jestem uciekającym więźniem - rozdziela role Monsterino.
Włączam syrenę i pędzimy przez park.
Jeśli kiedykolwiek natkniecie się na taką parę: pędzący chłopiec, a za nim wyjąca "ijo-ijo" kobieta z obłędem w oczach, a włosem rozwianym, choć pod czapką (przewidywanie, czy skręci w kałużę czy pod samochód czyni mnie silnym machaczem głowowym), to będziemy my.

- Teraz jestem na parkingu, nie możesz mnie tu łapać - wyjaśnia zatrzymując się i ciężko dysząc, Monsterino

Chwila na regenerację. Bardzo krótka, bo już następny pomysł:

- Teraz ty jesteś Zygzakiem, a ja jestem Mańkiem i ty wołasz i mnie szukasz! - daje sprinta

Kończy się park, hamujemy przed światłami.

- Musisz krzyczeć głośniej! - krytykuje i nagle jak nie wrzaśnie - "MANIEEEEK, CEKAAAAJ, MANIEEEK"

W ogóle nie obchodzą mnie opinie odwracających się za nami ludzi, w ogóle...

Ale nagle coś innego przykuwa jego uwagę:
- O samochód zgubił felgę i jej nie widać! - Podstawia zgubioną felgę pod znak.Wcale nie zgrzytam na pobrudzone felgą rękawice, czysto wypraną kurtkę i spodnie, wcale. W końcu mamy pralkę (to, że nowiutko kupiona pralka odmówiła po miesiącu współpracy z naszą rodziną nadaje się na odrębny wpis).
- Tseba ją ZAPREZENTOWAĆ, zeby samochód widział, ze ją zgubił. O tak!

Wieczorem m
am przemyślenia. Ha! Nawet pomiędzy "mamo, zobacz" na trzy głosy, a kolacją i mopem - mam przemyślenia. (muszę to zanotować, zaraz po wpisie "vaty i odbiór alb w czwartek")
Tym razem refleksje odnośnie obowiązującego systemu edukacyjnego w naszym pięknym kraju.
Monstertata śmieje się z mojej naiwności, mówiąc, że przecież zawsze tak było.
Że szkoła czegoś tam naucza, ale tak naprawdę ocenia pewien poziom umiejętności, a nie POSTĘP poczyniony.
Bo gdy czytam (oceny są opisowe przecież!), że Monsterówna jest sprawna, zwinna i pięknie się rusza, to nie dzięki wychowaniu fizycznemu w szkole tak jest! A pływania wcale nie nauczyła się teraz, na szkolnej pływalni! To pływanie ze szkołą, potrzebne jest, a jakże, jak każdy ruch, ale nie sądzę, żeby jakiś nowy styl wdrożyli, nawet jeśli na torze pływa ich w porywach do trzech sztuk (relacja by Monsterówna).
I teraz pora na moją edukacyjną eurekę - szkoła jest po to, by się socjalizować i jakoś w miarę przepękać czas, gdy rodzice zajmują się piciem kawy w fabryce. I jeśli tak się postawi sprawę, to można się nie denerwować, że dzieci znowu zamiast lekcji i basenu idą na urodziny Chopina manifestować pod jego pomnik.
Widać nie tylko ja miałam z tym problem, bo pojawił się wpis w dzienniczku, że dzieci mają przynieść karteczki z deklaracją, czy idą, czy dołączają do innej klasy na lekcje. Już widzę, że jakieś dziecko dobrowolnie zrezygnuje z wycieczki na rzecz tkwienia w szkole i to z obcą grupą dzieci.
Monsterówna oczywiście obśmiała taki pomysł.

Czy tylko ja mam takie wrażenie, czy za naszych czasów więcej siedzieliśmy w szkole, niż teraz? Już nie mówiąc o zebraniach dla rodziców - czy były częściej niż 3 razy w roku (początek roku i koniec każdego semestru)? No i wątpliwość, którą mam od początku edukacyjnej pierwszego syna: czy rodzice byli za naszych czasów wzywani za każde przewinienie, czy tylko superpoważne, typu palenie fajek (tu się muszą wypowiedzieć tzn. żywe sreberka, ja byłam bardzo grzeczną uczennicą i wizyty mojej mamy w szkole były formalnością).

 
poniedziałek, 22 lutego 2010
i żeby w swych wyborach szczęśliwymi byli




Gdyby od atrakcyjności ekspozycji zależała przyszła kariera zawodowa Monsterów i gdyby mieli wybierać już teraz, to zdecydowanie poszliby w informatykę i technikę. No, ewentualnie Monster w sztukę.
Uparł się i upaprał, ale kubki sztuk dwa wykonał własnoręcznie. I siedział tam ponad godzinę. Może zatem garncarstwo jako monsterterapia?

 
Na targi w sobotę wpadliśmy właściwie dlatego, że są po drodze (a wracaliśmy z warsztatów muzealnych). Mieliśmy się rozejrzeć, zostaliśmy prawie trzy godziny i Monstery dały się wyciągnąć tylko dlatego, że obiecałam powrót w niedzielę.

Szczerze mówiąc, oferta wydawnictw rozczarowała. Oprócz "Rozwesołków" Papuzińskiej, na które ostrzyła sobie zęby Monsterówna (bo w piątek na spotkaniu autorskim nie miała pieniędzy i bardzo żałowała, a tak ma egzemplarz z dwoma dedykacjami - także od ilustratorki), ceny gorsze niż w merlinie. Żadnych nowości, o których bym nie wiedziała.
W sumie zaskoczyło mnie tylko muzeum w Lednicy, które oprócz atrakcyjnego stoiska






prezentowało także zgrabny przewodnik po muzeum i już wiemy, dokąd wybierzemy się, gdy tylko stopnieje śnieg.

Przyszłość Monsterina: mechaniczniak plus wydział budowy silników lotniczych na polibudzie.




no dobrze - jeden akcent książkowy, (bo z Księgi Dżungli), który nas porwał - modele zwierząt

- cudowne piranie, krokodyle i metalowa płaszczka - cudo. Co jeden, to piękniejszy:

(bestie w bestiarium - zdjęcie z sobotniego zachwytu w biegu)


środa, 17 lutego 2010
a my tu sobie...



- Zobac, mamusiu, maleńkie poidełko - Monsterino trąca końcem buta toń kałuży. Doczekaliśmy roztopów.

Przez ostatni kwadrans przekartkowałam już Zwierciadło oraz parę numerów literatury fachowej, a spod przedszkola ruszyliśmy się o jakiś metr.
Ale niech się dziecko wyżyje na ostatkach śniegu, żeby w domu burd i innych ekscesów nie wyczyniać.

Monsterino zatem skutecznie niweluje wynik weekendowego prania kombinezonu, a ja w końcu zerkam do terminarza. Moja głowa od stycznia napychana jest zbyt wieloma faktami. Za dużo nowego na raz. Zaraz  eksploduję.

Zatem, gdy pani wychowawczyni Monsterina wita mnie słowami:
- Znowu pogryzł kolegę, a ja już tyle razy z nim o tym rozmawiałam!
Prawie na nią napadam, ale w ostatniej chwili się hamuję (aczkolwiek nadal twierdzę, że dziecko nie jest zdalnie sterowanym robotem i nie jestem w stanie, będąc w pracy, zapanować nad jego zachowaniem w instytucji) mówię tylko, że w domu mam to samo.
Że rozmawiamy i nic. Przeprasza, a potem znowu jest to samo.
Ma pani jakieś pomysły, to zastosuję...

List od pani Monstera jest tożsamy w wymowie.
Rozmowy nie działają.
Zastanawiam się, czy jak napiszę, że na gruncie rodzinnym też tak jest, to poda mnie do Opieki Społecznej za niewydolność wychowawczą?
Więc piszę, że może razem coś wymyślimy, bo mi się już skończyły koncepcje - i kary i nagrody działają na krótką metę.

- O co tym razem poszło? - pytam zrezygnowanym tonem

- Pani powiedziała, że gdy w klasie będzie za głośno, to zapali czerwoną lampkę, no to krzyczałem, żeby wreszcie zobaczyć, jak będzie się ta czerwona świecić - wyjaśnia wcale nie zmieszany (tym bardziej nie wstrząśnięty)

I co tu z takim draniem począć!? Tydzień bez gierki Speedy Matematyk? Bez słodyczy? Klęczenie na grochu?
( aha i ja już rzucacie rozwiązaniami, to poproszę w pakiecie na młodszego gryzonia/wrzeszczadła/drapacza/histeryka... Będę zobowiązana)





poniedziałek, 15 lutego 2010
rytualny taniec domowy


Nie ma siły na rytuały. Komórka dzwoni, drzemka włącza się co pięć minut, Monstertata się denerwuje, ale nie mogę inaczej - nie wyskoczę od razu, no way - muszę mieć ten kwadrans.

W kuchni tańczę walczyka: trzy kubki, trzy miseczki, trzy różne paczki płatków, raz-dwa-trzy. Z płatkami kończymy radykalnie - bez sensu taki wypełniacz żołądka, zwłaszcza, że Monsterino często wrzuca do miski po sam czub, czego oczywiście nie jest w stanie zjeść. Nawet usiłowałam zmienić poranną paszę na owsiankę (której spróbowali tylko i wyłącznie z powodu spożywania jej przez uczniów Hogwartu), ale nie posmakowała im. No dobra, wracając do głównego wątku...

Jeśli mam szczęście, to przez pół godziny mam łazienkę tylko dla siebie. Jednak najczęściej moje szczęście wrzeszczy, że się obudziło i jak ja miałam czelność go opuścić! Co za rozpuszczony dzieciok!

... dzisiaj w łazience znalazłam jeszcze jedną opuszczoną serpentynę i wygoniłam zapomnianego balona. W sobotę Monsterówna i jej przyjaciółki opanowały parkiet. Pierwszy raz, od kiedy są na tym świecie razem, robię Monsterom starszym osobne urodzinowe imprezy.

Girls only (faceci posłusznie opuścili teren...)

Ciocia Magda pokazała kroki, dziewczyny pilnie powtarzały


szaleństwo i dwie godziny ciągłego chichotu

koncentracja estrogenów


A za miesiąc czeka mnie wersja męska - hard core full contact testosteron tralala...

piątek, 12 lutego 2010
uczymy się przez całe życie


- Patrzcie i się uczcie! - gromkim głosem zawołał do rodzeństwa Monsterino, po czym ze dwa razy solidnie odbił się na swym łóżku (a sprężyny jęknęły), by następnie wylądować z wdziękiem pod nim. W gustownej pozie na jedno kolanko, zresztą.

- Pfff - wydął usta Monster - no, całkiem nieźle - dodał widząc moje spojrzenie.

Czasem, ale to bardzo,bardzo rzadko, udaje mi się wychowywać samym spojrzeniem.

- Brawo! - entuzjastycznie zaklaskała Monsterówna, ale ona zawsze łaskawie podchodzi do młodszego brata.

- Teraz ja! - krzyknął mi prosto w nos Monster prezentując klasyczny Syndrom Wiecznie Niedocenianego Dziecka Środkowego - zrobię stanie na rękach, wyczekam, a potem z tego mostek, patrz!

I zrobił, jako rzekł.

- Świetnie! - powiedziałam z uznaniem - Ale czy ty możesz robić takie rzeczy poza salą, bez rozgrzania?

- Raczej nie - zmieszał się Monster - ale chciałem ci pokazać. Poćwiczyłaś już pompki? - zmienił gładko temat. Pompki wyszły jakiś czas temu, gdy okazało się, że tak naprawdę PORZĄDNIE to nie potrafię zrobić ani jednej. Lubię dawać mu tę satysfakcję, że pokaże mi, jak powinno być prawidłowo.

W ogóle lubię się od nich uczyć - tyle już rzeczy potrafią! Takich, których ja, ani du-du.

- Teraz zobaczysz nasz najnowszy taniec - porywa mnie w obroty Monsterówna - rozumiesz, teraz tak, a następnie...

- I ja, i ja, i ja! - wpycha się w naszą parę Monsterino - ja ćwicyłem taniec smelfów! A Maluda powiedział: "i tak się nie uda".

- A ty... wy - poprawiam się - nie jesteście marudami - zdejmuję Monsterina z siebie, bo zdążył już mnie przygwoździć do ziemi. I naprawdę nie są - nigdy nie jęczą, że się nie uda, optymiści! I żeby im tak zostało...

- Nie. Bo my mówimy, że w końcu się uda, tylko trzeba ćwiczyć - Monster dzieli się swoimi, pewnie na treningach usłyszanymi, mądrościami

Dlatego też na pierwszej lekcji gitary potakująco skinął głową, gdy pan nauczyciel powiedział, że nie da się nauczyć grać bez codziennych ćwiczeń. I że zaczynamy od nauczenia trzymania i rozluźniania ręki (oj, pamiętam, ile to czasu zajęło Monsterównie, by poprawnie układać ręce na klawiszach).

Lekcje gitary miały być dla Monstera. Po czym przyszła Monsterówna i powiedziała, że ona też chce. Potem przyszedł Monsterino i rozpłakał się, że na niczym (jeszcze!) nie gra.

Jeśli pan nauczyciel nie dotrze do nas w przyszłym tygodniu, to będę wiedziała, dlaczego.



czwartek, 11 lutego 2010
dawno nie padało



Dostałam, skądinąd miłego, maila, z pretensjami, iż nie piszę.
Ależ, wręcz przeciwnie. Piszę całe mnóstwo umów: ramową o współpracy, sprzedaż udziałów, kilka umów o pracę z całą listą dodatkowych obostrzeń... ale fakt, że Monsterowo leciuchno zaniedbałam.
Nadal nie mogę wyjść na prostą pracowniczą i szacuję, że tak będzie do końca marca, zatem czuję się jednominutową matką (była taka pseudopsychologiczna publikacja, którą czytałam, gdy czytałam wszystko, co miało w tytule lub w podtytule hasło "matka") - wpadam do chaty, jednocześnie ogarniam, zagajam tradycyjnym, jak wszystkim dzień minął, słucham jednocześnie trzech strumieni informacji, wyławiam punkty zapalne, które wymagają natychmiastowej interwencji, przeglądam dzienniczki (albo nie), pytam o zadania domowe i oczekuję jedynej słusznej odpowiedzi, że są już odrobione.
Wieczór śmiga niczym teledysk: Monstery przez dom przejeżdżają barwnym korowodem na rolkach, Monsterino ich ciągnie, wołając:
-  Jestem fanem od Zygzaka! (nie wiem, skąd mu się wzięła kalka niemieckiego von)
A jak jeszcze dochodzi punkt ekstra typu dentysta albo fryzjer, to robi się krytycznie późno i pozostaje tylko czas na szybką sztafetę: mycie, lektura (potteromania w toku, obecnie IV tom i Monstery nie powiedziały ostatniego słowa), paciorek i spać.
Należy w ten cały młyn wpleść nieustającą negację Monsterina, nadpobudliwość Monstera oraz humorzastość Monsterówny i mamy pełen obraz Monsterowa anno Domini 2010.

Ale ciągniemy z Monstertatą mozolnie te rodzinne sanki przez niekończącą się zimę i optymistyczne jest, że o siedemnastej jest już jasno! Jesteśmy po dobrej stronie roku i tego będę się trzymać, by doczekać do wiosny (kiedykolwiek miałaby nastąpić).

I jeszcze szybka migawka z sobotniego koncertu na cześć rozpoczynającego się roku chopinowskiego (właściwie z próby generalnej o 8 rano. Jak zwykle na próbie jeszcze się sypało, ale koncert, przynajmniej ten o 11 wypadł pięknie).

Monsterówna chóralna



Monsterówna pląsająca



Monsterówna mówiąca jedno słowo (no ale i tak awans - poprzednio nie mówiła).



Koncertowy plan ogólny


piątek, 05 lutego 2010
ech



Nastrój padł mi.
Plotki krążyły od jakiegoś czasu, ale wczoraj pani dyrektor przedszkola oficjalnie poinformowała, że monsterinowe przedszkole, choć formalnie nadal istnieje, ale faktycznie, cała załoga i te dzieci, których rodzice oczywiście zechcą, zostaną od września przeniesione do nowego budynku.
Teoretycznie wszystko wygląda rewelacyjnie: nowoczesny budynek zaprojektowany specjalnie pod przedszkole - parterowy, ogromne okna do ziemi i wewnętrzny ogród w atrium. Starodrzew wokół, dla nas nawet lepsza droga, bo bez przekraczania dwupasmówki, czyli bez porannego czekania, aż sznur samochodów łaskawie stanie w korku.
No i załoga oraz pani dyrektor przechodzi, więc jest szansa, że projekty i styl prowadzenia przedszkola zostanie w nowe miejsce przeflancowany.
Ale.
Musi być jakieś "ale", prawda? "Ale" jest tradycyjne w Mieście Poznaniu - farma kurza, czyli opłacalne dla miasta dzieci hodowanie jest tylko wtedy, gdy stłoczy się je w tłumie - przedszkole jest zaprojektowane na 7 oddziałów!
175 dzieci! Małe osiedle.
Tak sobie Miasto kuchennymi drzwiami wykosi małe przedszkola w okolicy. Bo fakt, mieszczą się one w starych domach i wymagają inwestycji, a tak rachu- ciachu i miasto wyprzeda nieruchomości na pniu. I kasa za wybudowanie nowego, ale jednego budynku zwróci się z nawiązką! Boczne uliczki Grunwaldu, kto by nie reflektował na kawałek ziemi, nawet jeśli trzeba istniejący budynek wypruć do gołych murów, albo wręcz zrównać z ziemią.

Nie walczę tym razem (czy to nie symptomatyczne dla Monsterów, że każde z nich musi zmienić w swojej karierze przedszkole?),  bo byłaby to walka z wiatrakami - różnica pomiędzy willą adaptowaną na przedszkole, z osiemnastoosobowymi małymi salkami, a przestronnymi halami bez schodów jest porażająca. I będzie pewnie przecięcie wstęgi z wielką pompą, uśmiechnięty prezydent pokazujący, jak to miasto dba, bo nawet wielka sala na przedstawienia i zajęcia taneczne będzie. Ale czy naprawdę o to chodzi? Przy trzylatkach? Hektary przestrzeni i 25 dzieci w grupie?

Pani dyrektor mnie pociesza, że Monsterino się na pewno tam zaaklimatyzuje, że instytucję tworzą ludzie, a ci zostają.
Niby fakt. Choć dla mnie przejście z trzydziestoosobowego przedszkola do dwa razy większego było szokiem. A to ma być prawie trzy razy takie! Już nie będzie ogólnoprzedszkolnych wyjazdów i imprez. Już nigdy nie będzie kameralnych rad rodziców i znania się po imieniu prawie ze wszystkimi...

- Ale będzie osobna sala na doświadczenia i odkrycia (przedszkole, jako, że przy Obserwatorium Astronomicznym oraz na ulicy Księżycowej, ma mieć nazwę Małych Odkrywców...)

I jednak, ech.
Bo znowu się czepiam, może niesłusznie.
Tak samo, jak się czepiam, że gdy Monsterówna miała dwa dni prób w filharmonii to wypadły dwa pełne dni lekcji. Oczywiście, że Monsterówna bardziej zadowolona z prób niż z lekcji, więc dlaczego w głębi czuję, że to nie w porządku...

Jeden jasny punkt w tym zapracowanym tygodniu, to ocena, jaką dostał Monster za swoje popisy na akrobatyce. Okazało się, że jest zdyscyplinowany (sic!), bo że silny i gibki, to wiemy. Muszę skserować tę laurkę i przypominać sobie, gdy Monster przyniesie kolejną uwagę z angielskiego (ostatnio nie potrafi trzymać gęby na kłódkę i gdy widzi, że ktoś ma trudności z odpowiedzią, to mu podpowiada...) To tak dla równowagi, żebym nie napuszyła się z dumy za bardzo.




wtorek, 02 lutego 2010
to tak to to, tak to



Wypadałoby parę słów o zimowiskowych przeżyciach Monsterów opowiedzieć, a tu czas leci, jak głupi - dzisiaj Monsterino występuje na Dniu Babci i Dziadka - Monsterbabcia przyjechała specjalnie - pierwszy raz mając okazję uczestniczyć w imprezie przedszkolnej. Monsterino dostał kilkuwersowy wierszyk do nauczenia, ale tak się uparł, że nie będzie mówił, że już myślałam, że
będzie grać tło  (jeśli w ogóle wyjdzie na scenę). Panie pocieszają, że swoją rolę zna i na próbach performuje, ale zobaczymy, jak to będzie, gdy zobaczy licznie zgromadzoną publiczność.

A co do Monsterów starszych, to ledwo wypadły na peron,  nawet nie zdążyły się przywitać, a już Monster wypalił:

- I MUSISZ mnie zapisać na to następne... no, jak będzie... CIEPŁOWISKO!

-Tak się nie mówi! - skorygowała od razu Monsterówna - tylko mówi się: LETNISKO!

Zatem wiadomo, że Monstery reflektują na kolonię w lecie.

A na zimowisku przede wszystkim bardzo dobrze się bawiły.
Zajęć i wycieczek było mnóstwo.




Oczywiście narty.



...ale i papieru wytwarzanie...



... oraz chleba pieczenie...



... gry, zabawy, konkursy i świrusowanie...



Nawet strzelali z wiatrówek!
Monstery sprawiły się rewelacyjnie. Potrafiły o siebie zadbać, ubrać się, przebrać, spakować i dowieźć wszystkie rzeczy z powrotem nie zgubiwszy się po drodze.
Monsterówna wykazała się nawet jako dobra starsza siostra i dzielnie broniła Monstera przed koleżankami, które przezywały go "kurdupel".
Zuch dziewczyna!

***

Powrót do kieratu roku szkolnego jest bolesny. Monster znalazł na to jakiś sposób.
Zasypiając szepcze mi do ucha:
- Wiesz, ja sobie wyobrażam, że jest już lato i strzelamy farbą do kukieł!

Hmm, hmm.Jeśli dzięki temu zaśnie przed dwudziestą pierwszą, to nie zamierzam interweniować.


Archiwum
do Monsterowa tędy