piątek, 27 lutego 2009
w rzeczy samej



- Mamusiuu, idź już do placy! Zobac, świeci słonecko, jus jest dzień, idź jus do placy! - i tu Monsterino zdecydowanym ruchem zdziera ze mnie kołdrę.

System bezstresowego opuszczania przez matkę domostwa właśnie obrócił się przeciw swemu twórcy: Monsterino przekupywany bajką, by bez histerii pozwolił mi wyjść, chce przyśpieszyć proces...

Odziewam się, gdy Monsterino podchodzi do mnie z zagadkową miną.

- Zgadnij, co niese pod pachom?

- Pilota, płytę, telefon? - rzucam

Byłam blisko: przełamana płyta Król Lew 3. Monster się zapłacze. Krótką refleksję na temat Monsterina-Wszystkorozwalacza przerywa rytmiczne stukanie.

Co tym razem? Młotek? Obcęgi?

O dziwo, nie. Zamek z klocków. Dwie wieże w symetryczne, kolorowe pasy.

- Dla ciebie mamusiu, zbudowałem zamek - Monsterino dumnie wskazuje lewicą (lewica w przewadze)

Potem szybki lewy sierpowy.

- A telaz dla ciebie zbuzylem zamek - mówi, nie mniej dumny - to idzies jus do placy?







czwartek, 26 lutego 2009
zeznania i spotkania


- Zobac, mamuniuuuu, mój melcedes poknął się na klawęzniku i ma kapcia! -

Zanurkowałam pod biurko, gdzie Monsterino inscenizował scenę jako żywo z naszych ferii, bo i taką przygodę mieliśmy. Właśnie wracaliśmy rozgrzani z basenu, więc zmienianie koła, a jeszcze śnieg tak malowniczo padał, było prawdziwym igraniem ze zdrowiem.

Monsterino w scenerii pracowej wytrzymuje coraz krócej. Bo wymaga zaangażowania w swoje scenki, a ja mu macham przed nosem deklaracją VAT-7. Bo chce towarzystwa ludzkiego w swoim wieku, a nie wora zabawek oraz dwóch prezesów z desktopami.

- No, naleście! - sapnął Monsterino wpakowując ciężki plecak pełen zawartości na plecy - tak długo cekałem na ten obiad!

Przed dziewiątą ze mną w biurze, od godziny jedenastej z minutami napomykał natrętnie o potrzebie obiadu. Mimo spożycia śniadania nr 2 oraz dwóch bananów.


Zatem już po pierwszej, opłakawszy brak koziołków, biegł przez Rynek do naszego zwyczajowego miejsca spożywania południowego posiłku.

- Dziefcinka! - zawył z radości
Rzeczywiście, przy straganie z furkoczącymi wiatraczkami podskakiwało dużo różowości, ani chybi, małolata w stosownym wieku.
A Monsterino na spacerach zdecydowanie preferuje płeć przeciwną.

- Ceś! - zagaił Monsterino

- Ceś! - zawachlowała rzęsami dziewczynka

- Mam tu moje autka! - Monsterino potrząsnął plecakiem

Dziewczynka schowała się za swoją mamę.

- No, nie wstydź się, powiedz jak masz na imię - zachęcała mama - to jest Felicja! - powiedziała w końcu za córkę

Monsterino stanął jak wryty.

- Ty też możesz powiedzieć, jak masz na imię - zachęciłam z kolei ja

- A ja mam na imię POLICJA! - zachichotał Monsterino i już pognał dalej, bo przy wejściu do jadłodajni pojawiło się znowu coś różowego

I tak zasiedliśmy przy sąsiednich stolikach. Ja z Monsterinem i Trochę Starsza Dziewczynka z babcią.

- A ja mam naleśnika! - pochwaliła się Trochę Starsza Dziewczynka znad swojego talerza

- A ja mam ziemniacki i sulówkę - odkrzyknął Monsterino

- A ja idę zaraz do kina! - kontynuowała Trochę Starsza Dziewczynka

- A ja byłAm u babci Ewuńci! - odpowiedział Monsterino

I tym zamknął dyskusję.

Poza tym, Monsterino po tygodniu ciągłego przebywania wśród dzieci, czuje się chyba samotnie w domu, skoro wstaje z pytaniem o starsze rodzeństwo na ustach.
Interpretuję to jako znak dojrzałości przedszkolnej i odliczamy (obydwoje z monstertatą) dni do tej wiekopomnej chwili, gdy zawiesi swój plecak w szatni placówki edukacyjnej.

Aczkolwiek sprawa kupy nadal w lesie.
 (ale wyjazd z nocnikiem, bez pieluch na stoku i w nocy, sikanie jak dorosły facet w stokowych knajpach, to był wyczyn prawie bez wpadek!)



środa, 25 lutego 2009
odchylenia



- To wspaniała pogoda do skakania po kałuzach! - deklaruje Monsterino i wbiega do największej

Duży luz, Monsterino odziany jest absolutnie nieprzemakalnie, odkąd zamiast obuwia zimowego waterproof-goretex- rainstep, wiodącej dziecięcej firmy obuwniczej, nosi po prostu śniegowce. Przez ten tegoroczny długi okres śniegowy, jest szansa na całkowite ich zamortyzowanie aż do dziur w podeszwach...

I tu przypomina mi się anegdota z czasów przygotowywania się na narodziny Pierworodnej. Kompletowaliśmy właśnie wyprawkę oceniając walory techniczne fotelików samochodowych.

- Czy fotelik samochodowy jest amortyzowany? - rzucił Monstertata znad folderów mając na myśli własny system akumulacji wstrząsów podczas jazdy.

- Nie, kosztuje poniżej 3,5 tysiąca, więc od razu idzie w koszty - odpowiedziałam całkowicie pogrążona w papierach pracowych.





9 lat później dzwonię do poradni psychologiczno-pedagogicznej, żeby dowiedzieć się o ewentualne indywidualne nauczanie naszej połamanej Pierworodnej.

- Pani do nas się zgłosi, dostanie druczek, przyjedzie z wypełnionym druczkiem, dostanie wzór wniosku, złoży wniosek i poczeka - powiedziała pani na jednym oddechu

Taaak. Wydaje się, ze wypełniłam sobie wolne popołudnia do końca tygodnia (a gdzie zaplanowana kosmetyczka, doroczny przegląd gin oraz fryzjer? Wraz z bilansikami na kolanach?)



wtorek, 24 lutego 2009
Need for speed



Trzeba wyjeżdżać na wakacje. Komunał taki, ale jakoś sobie nie zdawałam sprawy, że oddech od kieratu był tak potrzebny.
I, o dziwo, chociaż nie wierzyłam, że to możliwe, wypoczęłam.

Monstery, a w szczególności Monsterówna, prezentowały się z jak najlepszej strony. Monsterowna wyznała, że narty są jej ulubionym sportem i ma duszę narciarza (w odróżnieniu od jej osobistej matki, więc daję sobie jeszcze góra jeden sezon, a  potem Monsterówna przegoni mnie w tej umiejętności, Monster zresztą też).

Toteż przykro, że to właśnie jej się przytrafił ten wypadek.
Nie wiemy dokładnie, jak to się stało. Sama zeznaje, że źle skręciła, coś się stało, upadła i już nie mogła wstać. Była bardzo dzielna czekając na pomoc na stoku,a  potem w Niemocnicy Na Skraju Miesta.
Teraz jeszcze jest u dziadków, właśnie dostała nowy, wysoki, mało wygodny do codziennej obsługi gips i zastanawiamy się, co dalej. Czy będzie przez miesiąc w domu? Jak to urządzić ze szkołą? Czy to już się kwalifikuje do indywidualnego trybu nauki? Czy co-paro-dniowa wizyta koleżanek z zeszytami wystarczy, by realizowała program i brała udział w życiu klasy?
A z drugiej strony, jakie ma inne wyjście? Przecież z takim gipsem nie da rady sama obsłużyć się w toalecie, a nie wytrzyma bez.

Musimy jakoś to sobie zorganizować, jakby mało było innych, bieżących spraw do organizowania. Ale to za parę dni. Na razie starsze Monstery u dziadków (szkoda, że tylko Monsterowi zostało łyżwowe szaleństwo), a my tu z Monsterinem li jedynie, niczym na feriach. Wracając późno z pracy (bo nadrobić zaległości poferiowe trzeba), kilka razy łapię się na tym, że myślę, kogo mam po kolei odebrać i o ktorej. I co zrobić z wolnym popołudniem? (panika jest piętnastosekundowa, bo mam przecież w kalendarzu spłowiałą, aczkolwiek ciągle aktualną to do list na luźniejsze czasy, ale zawsze... )

Monsterino grzebie w skrzyni z samochodzikami nie mogąc znaleźć tego "niebieskiego felali". To nic, że ferrari jest czerwone, a w skrzyni moc innych wehikułów.
- Jestem lozcalowany! - podsumowuje poszukiwania

Ja też jestem rozczarowana. Bałaganem w monsterdomostwie. Hałdy powyjazdowych brudów, zaległa prasa lub czasopisma, rachunki, wyciągi, dokumenty, kurz.
Szaranagajama.
I noga w gipsie. Cudny komplecik.



niedziela, 22 lutego 2009
ale



ekipa
duża
najważniejsza





ale podsumowując Słowacji nie polecamy.





i nie tylko dlatego




jutro szczegóły
czwartek, 12 lutego 2009
przedpodróżny atak paniki


Nie, żebym budziła się w nocy z kołataniem serca, nie. Ja po prostu mam wrażenie, że w ogóle nie kładę się spać...

To nie jest takie hop-siup zapakować pięcioosobową rodzinę na narty z opcją basen (co musi być odnotowane, bo opcja basen wymaga dodatkowych ręczników, strojów kąpielowych, okularków i klapek w kolejnych torbach, co robi różnicę)

Nie mam pojęcia, jak damy radę się zmieścić, nawet z trumną na dachu i po wyjęciu nadprogramowych siedzeń (mimo, że tylko monsterodzice ciągną swój sprzęt, Monstery wynajmują na miejscu. Ale kaski też zajmują dużo przestrzeni) Bo jeszcze produkty spożywcze, te których zamienniki nie wchodzą w grę.

I jeszcze kilka uroków muszę rzucić, żeby:

- TEN kaszel, który krąży w rodzinie i jak jedno, raz drugie się zaniesie, rzeczywiście gasł, a nie...(nawet nie chcę myśleć, tfu, tfu)

- wytrzymała interakcje, akcje w wakacje, a zanim tam dojedziemy, żebym wszystkich nie wystrzelała po drodze;

- te prognozy pogody, że czeka nas kolejny atak zimy, minus 15 i jazda w goglach, nie sprawdziły się tak do końca, bo na stoku może być średnio przyjemnie (gorące źródła 400 metrów od naszej bazy dają pewną pociechę)




....strategiczne myślenie na trzy dni w przód, czy każdy członek rodziny ma wystarczającą ilość czystych majtek na wyjazd można sobie utrudnić, a jakże....

można wręczyć pędzel najmłodszemu




można też pozwolić na dowolną zabawę ciastoliną



Wprawdzie słowa: Mamusiu, zobac, jakiego stfolka zlobiłem!  są bezcenne, ale każde 5 minut twórczej rozrywki dla najmłodszego oznacza 15 minut odtwórczego sprzątania po najmłodszym.

Oto cena pięknego, doskonale ukształtowanego stworka z pomieszanych kolorów ciastoliny. (Genialnie potrafisz mieszać ciastolinę, synu, genialnie, to nic, że teraz powstała jedna, szarobura kula, częściowo wyschnięta, to nic, ćwicz paluszki)





Nie wiem, czy dam radę napisać cokolwiek jutro w amoku pakowania, więc do napisania po powrocie!


wtorek, 10 lutego 2009
love is all around me



Płaczliwość Monsterówny sięga ostatnio szczytów. Wszystko zgodnie z etapem rozwoju, owszem, ale właściwie nic nie napisano w mądrej książce, jak sobie oraz płaczce poradzić.

Generalnie, żeby nie wybuchnąć, stosujemy uniki - wychodzimy do innego pomieszczenia.

Bo, ileż razy można pocieszać, gdy wysypią się wszystkie kredki, a ryk z tego powodu jest porównywalny do utraty kończyny na polu bitwy!

Monsterówna uspokaja się jakoś sama, w końcu dociera do kuchni na kolację. Pyszczek skrzywiony, UCH! jak ja nie cierpię wykrzywionej twarzy bez uzasadnionych przyczyn. Ale oczywiście, wiadomo: uzasadnione dla mnie nie znaczą tego samego dla Monsterówny. Przecież wysypane kredki, to kredki prawdopodobnie częściowo połamane, a połamane kredki nie są już tak idealnymi kompanami do rysunków, jak kredki brand new wprost ze sklepu.
I później już nie chce się nawet rysować, a gdy się nie rysuje, to już właściwie nawet żyć się nie chce...

No tak, przy toście z serem tylżyckim i pomidorem bez skórki dowiaduję się o kolejnych katastrofach z życia Monsterówny:
- bo nienawidzi chodzić do szkoły w poniedziałki i wtorki, bo wtedy ma na 11, a klasa, która zajmuje salę od rana, przed nimi, straszliwie brudzi i to oni muszą po nich sprzątać, albo uczyć się w brudzie, czego nie cierpi;
- bo znowu pani jest chora;
- bo ma do namalowania "coś głupiego"

Na pierwsze dwa punkty nie możemy nic poradzić, więc tłumaczę Monsterównie, że nie ma sensu denerwowanie się sprawami, których zmienić nie możemy, a co do trzeciego punktu...

- Naprawdę macie narysować coś głupiego? Tak się wyraziła pani? - pytam ze śmiechem, co by rozruszać monstercórkę w depresji

- Hmmm - trochę rozchmurza się Monsterówna - narysowałabym swojego brata, ale to jest "ktoś", a nie "coś"...

Taaak, to tyle, jeśli chodzi o miłość siostry do brata...

O ileż łatwiej rozmawiać jest z dzieckiem, które wstaje rano, ba! wyskakuje rano, bez zbytniej zwłoki odziewa się, zjada śniadanie bez kręcenia nosem i po drodze do przedszkola komentuje:

- Jaki piękny dzień, mamusiu! Taki słoneczny! I lekki wiaterek wieje! Och, naprawdę pięknie!

Nie, żeby u nas realizował się model rodem z Koszmarnego Karolka. To by było nadużycie. Ale jest faktem jest, że im bardziej Monsterówna pokazuje ciemną stronę swojej osobowości, tym bardziej Monster wypina pierś i aspiruje do miana Doskonałego Damianka.
Choć raczej przez kontrast niż przez osiągnięcia.

Natomiast Monsterino....och, Monsterino szczypie, bo lubi, szczypie z zakrętasem, gdy mu się coś/ktoś nie spodoba i wyzywa: jesteś głupim, głupim GŁUPOLKIEM!, gdy nie pozwoli mu się na coś, na co w danej chwili ma ochotę.

Taak, bardzo ciekawe, jak po latach będą Monstery wspominać swoje dzieciństwo na kozetkach psychoanalityków...



poniedziałek, 09 lutego 2009
odżycie/przeżycie




W piątek Monsterino obudził się o północy, żeby zrobić siusiu. Od paru dni wstawał z suchą pieluchą, więc już go nie męczę zakładaniem "w razie wypadku", zwłaszcza, że on od początku, kiedy odrzucił pampersa, na noc też nie chciał.
Dzielne dziecko z gorączką wstało na siusiu jeszcze wpół do drugiej, o czwartej i rano, jak zawsze o siódmej.
Ale ani jednego wypadku.
Z sikaniem. Z kupą nadal bez zmian.

Rano wszyscy ożyli. Brak gorączki, słońce za oknem, krew krąży w żyłach szybciej, czy co - Monstery zajęły się sukcesywnym demontażem otoczenia i "zupełnie przypadkowo" tak, przy okazji intensywnych zabaw, uszkadzaniem siebie nawzajem.
Aż sobie przypomniały o obiecanych eksperymentach naukowych. (Naprawdę dzisiaj nie możemy wychodzić? No skoro nie możemy wychodzić, a jest tak pięknie... i tu chlip chlip i duży smark w chusteczkę, dobrze, że nie w rękaw)

 już od dawna w planach Monstery miały



hodowlę kryształów



Katastrofalne rozczarowanie jednak nastąpiło i obecnie analizujemy przyczyny, bo kryształy nie powstały. Jedna z hipotez mówi, że woda użyta do eksperymentu była za mało gorąca. No, ale jak się przez parę minut wlewa te 40 mililitrów, bo musi być sprawiedliwie i najpierw ty, potem ja, a potem jeszcze dwie krople on, to najgorętsza woda wystygnie...




A i tak najważniejszą wiadomością weekendu jest brawurowa ekstrakcja dolnego siekacza przez Monstera w ciągu 24 h od pierwszej delikatnej sugestii tegoż, iż może jest gotowy do opuszczenia szczęki.

straszna gęba


O 5 nad ranem w niedzielę Monster zaznajomił mnie z aktualnym stanem swojego uzębienia i zasugerował, że może Wróżka Zębuszka zdąży z prezentem, gdy teraz włoży jeszcze zęba na parę godzin pod poduszkę.

- Nie zdąży - wymruczałam mało przytomnie, bo byłam po sabacie i jakiejś godzince snu - Wróżka Zębuszka musi mieć całą noc na działanie

- E, tak, przecież wiem, że to ty jesteś tą wróżką i wiem, że coś tam masz zawsze na TAKIE OKAZJE schowane w piwnicy! - wyjaśnił

- Nie chcę tego słuchać! - odkryła się Monsterówna, a ja odkryłam, że też śpi z nami - bo ja nadal wierzę we wróżki!





Obiektywnie rzecz biorąc, stan zdrowotny Monsterowa po weekendowej kuracji-akcji wygrzewająco - naturalnie leczącej poprawił się. I niech tak już zostanie.
Wyjazd w piątek.





piątek, 06 lutego 2009
rzeczy ważne i mniej



- I wiesz, na recepcie napisali, żeby T-rex wypił syrop owocowy i przeszedł na dietę wegetariańską, he , he - Monster wyrzucił z reklamówki recepty i kartę pacjenta

Pani Monstera jest genialną wymyślaczką i zaprosiła do przedszkola studentów medycyny z programem Szpital Pluszowego Misia. Program ma oswajać dzieci z białymi kitlami i różnymi rodzajami zabiegów, które, odpukać, mogą stać się ich udziałem.

- Szkoda, że nie wymyśliłem, że złamał ogon, wtedy dostałbym bandaż - rozmarzył się Monster - no ale przecież mam jeszcze trochę ze szkolenia ze strażakami, to mogę wykorzystać - pocieszył się szybko

A w domu, też szpital, tyle że nie Pluszowego Misia. Monsterino z Monsterówną solidarnie gorączkują.
Fascynujący wszystkie matki timing: tydzień przed wyjazdem na ferie.
Choć to zawsze tydzień na wyleczenie, mogło być gorzej.

- Dziękuję, kochana mamusiu, ze do nas psysłaś - wita mnie w drzwiach Monsterino - zobacys biedloneckę, nie ce iść dalej - peroruje

Sprawdzam mu głowę, czy nie majaczy w malignie. Ale nie, biedronka jest. Ususzona, gdzieś pod ramą okienną. Skoro nie idzie, bo ma podwinięte nóżki, to pewnikiem ogłuchła.

- Śpi  - mówię - zimowym snem, na wiosnę się obudzi

- To ja musę połozyć do łózecka! -
jak się wziął za przenosiny, to raczej biedronka już snem wiecznym spoczęła w tym lalczynym łóżeczku

Nic to. Dwa głębokie oddechy i bez paniki:  jedną ręką okadzam liczne potomstwo Olbasem i Vickiem, a drugą ręką przerzucam literaturę fachową. Trzecim okiem wydruki z systemu w celu analizy. Czwartym okiem Ciekawy przypadek Benjamina Buttona. Piątą ręką Tiramisu na sabat czarownic.
Szóstą nogą powierzchnie płaskie mopem.
Kto powiedział, że nie można mieć wszystkiego...












środa, 04 lutego 2009
jazda po bandzie



Oj, potrafią się dobrać i precyzyjnie uderzyć, te ciało z ciała, krew z krwi, potomstwo moje w swej wielości.
Monsterówna celuje w dźganiu, no, ale jak się aspiruje do bycia nastolatką, to się ćwiczy odpowiednio wcześnie. Zatem Monsterówna dźga mnie fletem prostym akurat i rzecze: "nigdy mnie nie słuchasz". Jawna to potwarz, więc odpieram atak:
- Oczywiście, że cię słucham, cały czas cię słucham, tak i to trudne si-la-fa-re też, jak najbardziej, też!

Monsterówna dmucha mi prosto w ucho, bym nie uroniła ani dźwięku.

Monster, najzupełniej przez przypadek, wbija mi chude kolano w brzuch, łokieć w bok, ale Monster ma fazę na absolutne kochanie swojej rodzicielki, więc natychmiast mu wybaczam - syneczkowi mamusi, najdroższemu.

Kolejny maminsynek dzwoni ostatnio do mnie, gdym w pracy i łamiącym się głosem pyta:
- Kiedy, mamusiu, do nas psyjdzies? Jus jedzies do mnie? Jus zalas psyjdzies?

Która matka nie trzasnęłaby natychmiast klapą laptopa, nie rzuciłaby czerwonej kartki szefowi, nie zwinęła interesu, nie machnęła torebką i z piskiem opon nie pognałaby do dziecka swego, maleńkiego, biedniutkiego, porzuconego w domu? No, która?

Ja, na przykład. To nie jest najlepszy okres w pracy, by kończyć wcześniej, deadline goni deadline, poza tym mam komputer stacjonarny i plecak zamiast torebki...
Ja tylko mogę pociumkać Monsterinowi dzięki falom szkodzącym zdrowiu i zapewnić, że niedługo będę.

Co nie znaczy, że jestem wolna od poczucia winy. Bynajmniej.
Czy jest na sali pracująca matka, która nie czuje się winna? Chciałabym poznać...



wtorek, 03 lutego 2009
trema, całusy i uczucia



Monsterówna przyznała się, że umierała z przerażenia (niewątpliwie to wpływ Ani z Zielonego Wzgórza), gdy musiała wyjść "przed całą szkołą" po nagrodę za wygraną w konkursie plastycznym. Natomiast do konkursu recytatorskiego i czytania nie zgłosiła się wcale, z powodu tremy.

- Julka jest odważna, ona na wszystkie konkursy chodzi, wiesz? - przyznaje z prawie niedostrzegalnym westchnieniem podziwu Monsterówna
- Może dlatego,że ma starszą siostrę, która jej na pewno wyjaśniła, że to nic strasznego, taki konkurs - tłumaczę - Ty też się przekonasz i zobaczysz, w przyszłym roku już nie będziesz miała tremy.

- No, może - mówi Monsterówna niezupełnie przekonana - ja nawet w klasie się boję, gdy mam wyjść na środek i wymyślić opowiadanie, albo jak rozdawałam cukierki! Mówię, ci, gdy pani mnie pocałowała, to zupełnie nie wiedziałam, jak się zachować! - dodaje z powagą, a ja niczym Maryla, śmieję się do środka

- I wiesz, to musi być straszne, jak się ma podzieloną rodzinę i raz jest się u mamy, a raz u taty i nigdy nie ma się ich razem, okropnie! - Monsterówna kręci głową - A właśnie, gdzie jest tata, bo jakoś OD GODZINY go już nie widziałam?

Uspokajam Monsterównę, że jeszcze się nie rozwodzimy z monstertatą. Kolejny uspokojony człowiek w domu.
Najchętniej zostałabym z nią już w tym łóżku.... Bo mnie znowu naciągnęła, żebym z nią się na momencik położyła. Bo "nienawidzi" zasypiać. Spanie to absolutna strata czasu. Też tak uważam, ale oczy same mi się zamykają. A Monsterównie buzia się nie zamyka....



Chwilę wcześniej leżałam na malutką chwileczunię koło Monstera. Oto modelowy przykład rozdzielania uwagi na trzy! - chwileczka koło Monsterina, chwileczka koło Monstera, "a do mnie dopiero na końcu" - woła Monsterówna, a potem, już cicho tłumaczy:"bo jak na końcu, to będziesz najdłużej"
To tyle by było z próby, żeby wszystkich zadowolić i wszystkim po równo, bo i tak każde ma pretensje, że za mało intensywnie, za krótko, w ogóle za.

Zatem leżę koło Monstera, Monster ułożył koło siebie ulubioną, plastikową figurkę T-rexa.
Jakiś come back do dinozaurów nastąpił, czy co... mało wygodna taka figurka jako przytulanka.
- Wiesz, bo on taki samotny leżał tam w pudle, że postanowiłem go położyć obok mnie.... - Monsterowi drży głos. Monsterowi?!
- A powiedz, dlaczego tylko jedną osobę można całować w usta? - docieka (oj, chyba znowu były incydenty w przedszkolu)
- No wiesz, bo to czynność intymna, zachowuje się ją tylko dla jednej, wybranej osoby - tłumaczę
- A jak ta osoba, którą wybiorę nie będzie chciała? - praktyczne pytanie
- Będziesz musiał szukać dalej, aż znajdziesz taką, która zechce - praktyczna odpowiedź
- A jak nikt mnie nie zechce??? - dramatyzuje Monster

Pocieszam Monstera, że zupełnie nie ma takiej możliwości.


Najwcześniej naturalnie usypiam Monsterina. Musimy poczytać, pośpiewać, naprzytulać się za cały dzień nieobecności, to jasne.
Zanim to nastąpi, Monsterino w niedźwiedzim uścisku obejmuje Monstera:
- Mój kochany blacisku!
Potem Monsterównę:
- Jesteś moją najlepsą psyjaciółką! - mruczy
Monsterówna, dumna i blada, prostuje:
- Jestem twoją siostrą!
- Najlepsą! - przytakuje Monsterino

Ten to potrafi posłodzić, oj potrafi. Ani chybi zostanie dyplomatą.
Albo trybikiem w korporacji....;)



Archiwum
do Monsterowa tędy