czwartek, 28 lutego 2008


Gdy raz na tysiąc lat przychodzę do przedszkola po Monstery PÓŁ godziny wcześniej, to oczekuję fanfar i okrzyków na moją część, a nie spojrzeń spode łba i jęków:

- Czemu tak wcześnie przyszłaś, nie zdążyłam jeszcze dokończyć rysunku!

albo:

- Mogę jeszcze się pobawić, mogę? Bo nie zdążyłem W OGÓLE się jeszcze pobawić z dziewczynami!

I po co mi to było. Mogłam jeszcze przez Stary Browar przelecieć i powzdychać do wystaw. Nadgorliwość gorsza od faszyzmu, jak to mówią.

U Monstera w grupie mają projekt "Jajko", zatem codziennie przynosi nowe rewelacje.

- A wiesz, dzisiaj zjadłem OSIEM JAJEK ŁOSOSIA!!! Były ohydne! Błeee!

Poza tym okazało się, że jajo strusie najwięcej waży. Co za niespodzianka!

Zabawowo Monster jest na etapie kreskówki Ben 10, zatem przeobraża się w różne stwory i oczywiście wygrywa ze złymi potworami. Dobre pół roku rozgryzaliśmy z Monstertatą, co to jest, te różne urządzenia nazywane przez Monstera: "bena dziesięć" , o których mówi z chłopakami z przedszkola, aż w końcu poguglałam sobie i okazało się, że to bajka w cartoon network. No to już teraz wiemy, dlaczego Monster jest Szybciorem.

Chociaż zabawy w przedszkolu są też inne:

- I wiesz, dzisiaj byłem wilkiem, Tosia psem, a Aga i Magda były paniami i dały mi Tosię na pożarcie!

- I COOOOO? - lekko się przeraziłam

- Troszkę ją nadryzłem dla zabawy! Ale bez krwi! - dodał uspokajająco


****

- Bawimy się w koniki! Bawimy się w koniki! - zachęca Monsterówna już pogodzona z wcześniejszym wyjściem z przedszkola

- No dobra -  zgadzam się z wahaniem

Zabawa z zewnątrz wygląda na brutalną: Monstery galopują przodem, a ja je gonię na rowerze co i rusz wołając "trzask", że niby z bata im daję...
Na moje usprawiedliwienie dodam, że same tę zabawę wymyśliły, a nie jest to trening kadry sprinterów przed olimpiadą.

Zatem biegniemy. Monstery są w swoim żywiole. Gdy w końcu zadyszani, z moim donośnym "prrrrr" parkujemy przed domem, Monsterówna pyta:

- Ale jutro już tak wcześnie nie przyjdziesz, dobrze?
- Nie ma sprawy - wzruszam ramionami

****
Dzisiaj nie śpieszyłam się zanadto po Monstery.
Monsterówna przywitała mnie obrażona, bo już żadnej dziewczynki z jej grupy nie było.
Nie odzywała się do mnie w powrotnej drodze i jeszcze trzepnęła mnie w złości plecakiem.

Oddychałam głęboko wizualizując sobie złe emocje opuszczające moje ciało wraz z dwutlenkiem węgla.
Pomogło.

środa, 27 lutego 2008
Na wysokie trzecie piętro w firmowej kamienicy Monsterino wdrapuje się po schodach przytrzymując się prawą ręką balustrady, a lewą trzymając równowagę, ewentualnie spychając mnie w dół schodów, abym nie szła za blisko. Śpieszy się, bym go nie dogoniła, zatem jest ostro - ja chcę go asekurować, bo choć widzę, że sobie daje radę, to schody są szalenie strome, więc  wstrzymuję oddech i ustawiam się na linii hipotetycznego upadku, gdy nóżka chwilę chyboce na krawędzi, zanim pewnie zajmie kolejny poziom wyżej.

Ciężko wytrzymać Monsterinowi w biurze. Mimo hałdy zabawek najlepsze zajęcie to wdrapać się na biurko i zrobić hałdę ze spinaczy, albo dywan z płyt back-upowych.

- O rany! - wzdycham widząc bałagan (a tylko na chwilę zastygłam pochylona nad wydrukami, tylko na chwilę)

- O-o! - Monsterino wydaje teletubisiowy odgłos - o rany!

I już przymierza się do skoku z biurka.

Na moje: "stój, szaleńcze", chichocze do rozpuku. Że niby matkę w trąbę zrobił. Ale skacze. Łapię go za fraki centymetr nad podłogą.


Monsterino leci w dół i jest to w sumie krzepiące, że wierzy, iż go zawsze złapię. Że jest ktoś, kto go uratuję. A może dorabiam sobie teorię, a on jeszcze nie myśli tak koncepcyjnie i dalece i po prostu złazi głową w dół, bo tak mu się chce, albo najwygodniej.

Zatem nie będzie filmiku z tego, jak leci z drabinki w dół, bo nie mogę jednocześnie go asekurować i kręcić. Tak gwoli wyjaśnienia.


poniedziałek, 25 lutego 2008

 - Mamo, ce am-am! - pierwsze słowa Monsterina. Codziennie o szóstej (taka mogłaby to być reklama...)

Raz się pomyliłam, bo am-am, to było do tej pory "picie", a mniam-mniam, to "jedzenie".

W końcu, gdy zamiast wody przyniosłam chrupki, skorygował mnie:

- Ce am-am! PICIE!

A, to rozumiem.

Poza tym Monsterino gada bez ustanku, gdy tylko otworzy oczy o tej szóstej, a ja powinnam zapisywać, bo są to pełne wdzięku monologi, ale darujcie, o szóstej nie jestem w stanie.

Próbka monologu popołudniowego:

Taaa, to jest ładne auto. Volvo to. A to volvo nie. To normalne auto. Brrrum. Autobus to. Ładne kop-kop to i ładne taktol. Tinky-kinki, Dip-dip, Ja-ja, Po aku-ku nie ma.

I tak może długo. Bez względu na to, czy ktoś się włączy w konwersację. Choć pokonwersować ten lubi. I mówi "r". Zawsze mówił, od pierwszego brum. Więc jak mówi "normalne auto", to jest to "normalne" z tylnim "r", a nie "nolmalne". Chociaż jest "tak-tol", a nie traktor. Może tu już zbyt duże nagromadzenie "r".

Po piątkowej obserwacji dogadywania się Monstera z koleżankami w przedszkolu, ustaliłam z nim (to znaczy: ja monologowałam, a Monster powiedział, że dobrze), iż jak chce dawać dziewczynom całuski to:

- po pierwsze primo: NIE w usta (a w uszko można? - błysnął ogniem w oczach)

- po drugie primo: dziewczynka musi na to się zgodzić (no means no i takie tam).

Bo gdy weszłam po Monstery do przedszkola usłyszałam, jak Monster dyscyplinuje grupę ustawiając do jakiejś zabawy: "Oj, Pola, bo dam ci całuska!".

Monsterówna ma inne problemy, szczególnie po tańcach.

- Wiesz, ten Maks to tańczy poloneza BEZNADZIEJNIE! Już mam dosyć - wzniosła oczu ku niebu

- A któryś z chłopaków dobrze tańczy? - spytałam

- Chyba nie. Chłopaki właściwie nie potrafią tańczyć - westchnęła Monsterówna z rezygnacją w głosie

- Ja potrafię!  - zawołał Monster pomykając obok nas w tanecznym wyginam-śmiało-ciało.

- Ale ty jesteś moim bratem - westchnęła ponownie Monsterówna - to się nie liczy!

czwartek, 21 lutego 2008

Dopiero przetrawiłam dzisiejszy nerwowy poranek i stwierdzam, że gdyby rodzicom przyznawano prawo do opieki nad dzieckiem dopiero po zdaniu wielostopniowych egzaminów i przyznawano punkty karne podobnie jak przy prawie jazdy samochodem, to pewnie dziesiejszego ranka przekroczyłabym dostępny limit i musiałabym iść na kurs poprawkowy.

Biję się w piersi, ale tak się stało. Niby nic, a jednak jutro, co by się nie denerwować zamierzam pokazywać Monsterom kartki z napisami:

- MYCIE ZĘBÓW TERAZ

- UBIERANIE

- CZEKAM TYLKO 2 MINUTY - PO TYM CZASIE NASTĄPI WYMIERZENIE KARY

no i ostateczna, z karą:

ZAKAZ OGLĄDANIA BAJKI NA DOBRANOC

i nastawię minutnik zamiast po raz kolejny przypomninać, że już czas i najwyższa pora. Zamiast się denerwować.

Ot, mądra Polka po szkodzie.

A propos szkody, to wczoraj ugotowałam latarkę.

Leżała sobie na płycie grzejnej (kto ją tam położył, no kto?), to ją podgrzałam, a co, aż eksplodowała, a kuchnia pokryła się czarnym pyłem.

Jeszcze zaczęła się palić! A co zrobiła monstermama widząc pożar w kuchni? Zamiast rzucić się do gaszenia, zaczęła wołać monstertatę.

Na szczęście monstertata wykazał się zimną krwią i nie spalił nam się dom, czego obawiały się Monstery.

Mała trauma i wielka duma z ojca.

A my czyściliśmy kuchnię prawie do pierwszej w nocy.

Nie takie miałam plany na wczorajszy wieczór, ale skoro już nieplanowo zrobiliśmy kuchnię na błysk (tłuste czarne farfocle WSZĘDZIE, na każdej powierzchni poziomej, pionowej i skośnej), to dlaczego Monsterino w pierwszym odruchu porannym wylewa całą miskę mleka na świeży blacik i podłogę.... wrrrr.

-

wtorek, 19 lutego 2008

Monsterówna od dwóch dni ćwiczyła nadmuchiwanie balonów.

Wczoraj szło jej bardzo ciężko, dosyć mocno się zaczerwieniała, gdy starała się wtłoczyć powietrze do balonu, trochę bałam się, że straci przytomność, tak się natężała.

W tym czasie Monster nadmuchał bez wysiłku trylion brazylion balonów różnej barwy i wielkości i trudno było to ukryć, więc frustracja Monsterówny rosła.

Dzisiaj nareszcie jej sie udało, a ja zakrzyknęłam w myślach "alleluja", bo zbolała mina Monsterówny i ciągłe głośne nabieranie powietrza i nieudane próby wprowadzały nerwową atmosferę.

Zadowolona z siebie Monsterówna postanowiła pokazać w przedszkolu, jak to genialnie dmucha balon i całą drogę do przedszkola trzymała go w ustach. W końcu, tuż przed przedszkolem zawołała "popatrz", posłusznie popatrzyłam, Monsterówna nadmuchała do słusznych rozmiarów różowy balon, po czym....

puściła go.

A balon, jak to balon, z furkotem odfrunął. Niestety tak nieszczęśliwie, że wpadł za płot, komuś do ogródka.

Odmówiłam sforsowania ogrodzenia w celu uratowania balonu.

Monsterówna rozpłakała się na dobre i żadne pocieszenia w stylu, że przecież w domu ma kolejne balony i przyniesie je jutro, na nic się zdały. Powiedziała, że już nigdy w życiu nie będzie szczęśliwa i że ma najgorszą rodzinę na świecie.

Nic dodać, nic ująć.

***

Wieczorem Monster zaciągnął mnie do pokoju obiecując mi, że pokaże mi sztuczkę.

- Usiądź tutaj - wskazał przygotowane krzesełko na wprost komody. Posłusznie usiadłam.

- Potrafię włożyć bluzkę do szuflady nie otwierając szuflady! - ogłosił. Zamarłam w oczekiwaniu na cud.

Monster stojąc tyłem do komody pokazał w prawej ręce świeżo wyprasowaną bluzkę. Lewą rękę miał założoną z tyłu i delikatnie odsuwał szufladę, tak na milimetr.

- Mam bluzkę! - zakrzyknął i szybko przełożył ją do lewej ręki, która gorączkowo wciskała ją milimetr po milimetrze do szuflady

- A teraz nie mam! - pokazał obie ręce wolne i niepostrzeżenie dosunął korpusem szufladę

- Możesz sprawdzić - odsunął się od komody - szuflady zasunięte, a bluzka jest w środku!

- Oooo! - powiedziałam z uznaniem (trochę udawanym) - rzeczywiście jest w szufladzie! co za sztuczka!

Bluzka w szufladzie zapomniała, że była wyprasowana, ale mocno się pilnowałam, żeby o tym się nawet nie zająknąć.

A to jest sztuka.

poniedziałek, 18 lutego 2008

Monster usiadł na jeździdełko Monsterina, poderwał je do przodu i wykręcił kierownicę łamiąc plastikowy trzpień. Podobno, nie było mnie przy tym, ale parę godzin później wzięłam jeździdełko za kierownicę, a ta została mi w ręce.

Myślałam, że mnie krew zaleje, zawału serca dostanę i rozerwę Monstera na kawałki.

Już nawet nie chodzi o to, że absolutnie też części nie da się skleić, ale o to, że to była ulubiona zabawka Monsterina i serce mi się krajało, gdy siedział przy jeździdełku i wzdychał:

"nie ma brum bruma".

Bo nie da się jeździć jeździdełkiem bez kierownicy.

Nie rozszarpałam Monstera, ale zabrałam mu kasę, którą dostał na prezent dla siebie, żeby za jego pieniądze ściągnąć część, którą rozwalił, z serwisu.

Nie za dobrze zareagowałam, wiele gorzkich słów, etykiet i epitetów wylało się ze mnie, gdy go beształam. Czyli zaprezentowałam zachowanie dokładnie przeciwne do głoszonych przeze mnie zasad. Że się nie ocenia człowieka, tylko jego zachowanie (które było bezmyślne, a z drugiej strony, czy życie pięciolatka nie polega na eksperymentowaniu?).

W każdym tak jak dotychczas mógł używać zabawek Monsterina do momentu, gdy Monsterino się o nie upomni, to teraz nie może ich tknąć. Nawet.

Jeśli chce pobawić się jego autkiem to tylko na zamianę ze swoim (sprawnym! bo zdarzało mu się dawać auto bez kół, czy bez baterii za takie brand new).

Wymianki jakoś idą, wczoraj bawili się razem w atak stada dinozaurów na wyścig mega hotwheelsów. Głośno było.

A potem Monster cierpliwie czytał Monsterinowi o "Kinki, Dip-Dip, Ja-Ja i Po".

Chyba się zrehabilitował.

sobota, 16 lutego 2008


- Cie tendy! - Monsterino wyłuskał dłoń z rękawiczki, którą chwilę wcześniej po raz 765847368-ty nałożyłam mu na zgrabiałą rączkę i gdy zawiesiłam się na chwilę, przywołał mnie do porządku gromkim: MAMO!

Po raz tysięczny pomagałam mu wejść na drewnianą konstrukcję na placu zabaw drogą, która nadaje się do samodzielnej wspinaczki dla starszych dzieci, albo może dla Monsterina, ale na pewno nie takiego, który powinien mieć rękawiczki na rękach i kaptur na głowie.
Po tym jak przez dobrych parę tygodni była wiosna, zima mnie zaskoczyła. Kto to widział, zimę w lutym!

Monsterino ponownie zdenerwował się na górze, bo stałam za blisko zjeżdżalni, a on "nie ce ziuuu".
W końcu udało mi się przechwycić go w locie tak, by niekoniecznie spadł głową w dół z dwóch metrów.

- Apa! - zażądał

Wzięłam głęboki oddech, zaparłam się i wrzuciłam 12 kg ponad swoje ramiona na platformę przy zjeżdżalni.
12 kg Monsterina natychmiast rozpłaszczyło się i zaczęło walić nogami i rękami w dzikim szale.

- NIE TENDY! - wył

- Okej, okej,sorry - wystękałam
Ma swoje zdanie, niech ma, ale niech chociaż mówi "proszę", zmitygowałam się.

- Oć tendy! - rozkazał Monsterino-księciunio

- Powiedz "proszę" - rzekła na to wychowawczo matka księciunia (zawsze jest dobry moment na wychowanie, zawsze, nawet, jak lodowaty wiatr nam prosto w nos. A może zwłaszcza wtedy)

- NIEEEEE! - zawył niewychowawczo w odpowiedzi, po czym został niewychowaczo wzięty za fraki, ciepnięty do wózka i wywieziony na sygnale do domu.

Jaki z tego morał?

Żaden.
Potrzebowałam pretekstu, żeby wrócić do domu.
Ale byłyby jaja, gdyby jednak powiedział "proszę".

Zagadka na niedzielę:

na kogo lub na co patrzy się Monsterino takim rozmarzonym wzrokiem?







piątek, 15 lutego 2008

Monsterówna rozryczała się rano z bezsilności, bo Monsterino usiłował jej wytłumaczyć i wskazać, że czegoś chce, więc ona zerwała się i biegała po pokoju pytając, czy chce to czy tamto i wszystko było źle, a Monsterino walił głową w ścianę.

- Ja tylko chciałam dać mu to, co chce, by nie płakał - szlochała, gdy usiłowałam ją pocieszyć

Nie da się przejść życia bez frustracji i wcale nie mam zamiaru pozbawić Monsterów treningu radzenia sobie z nią. W związku z tym ciężko mi czasem na duszy, gdy jęczą i marudzą, że wszystko jest nie fair i niesprawiedliwe.

Dużo silnej woli potrzeba, żeby nie wyręczać, gdy Monster samodzielnie nalewa sok i oblewa blat, szafki i podłogę w kuchni. Tylko wręczyć szmatę, by wytarł.

Albo jak bardzo trzeba się pilnować, żeby nie podpowiadać gotowych rozwiązań. Tak jest najszybciej - dziecko szuka porady, taki problem, na przykład, że Janek ciągnie Monsterównę za włosy, a ja główkuję jak to dyplomatycznie załatwić, zamiast jednym zdaniem: "a jak Ty zamierzasz zrobić?" - delegować zadanie na barki osoby, którą to dotyczy.

Czasami łapię się, że nie ma aż tak wielkiej różnicy pomiędzy rozwiązywaniem problemów spowodowanych przez podwładnych w pracy, a rozwiązywaniem problemów własnych dzieci. I ci, i tamci powinni przychodzić już z gotowymi rozwiązaniami (he, he - ileż to razy powtarzałam na szkoleniu nowego narybku korporacji - "don't bring me problems, bring me solutions").

Ok, jest mała różnica: wszystkie postanowienia i strategie postępowania z licznym potomstwem stają się bezwartościową teorią, kiedy kochane ciałka wtulają się we mnie, obejmują mnie mackami ze wszech stron i szepczą czułe słówka do ucha.

I choć mam świadomość, że to manipulacja, spycham ją do ciemnego kącika.

_________________________________

- To jak, idziemy? - pytam Monsterina

- Okej! - odpowiada

środa, 13 lutego 2008
wtorek, 12 lutego 2008



uciekająca ptasia grypa

Monsterinowi, z którego tak dumna byłam, że bezinfekcyjnie znosi tegoroczną zimę (jedno słownie: jedno zapalenie ucha sto lat temu - jak to ma się w porównaniu z wiecznością!?), otóż Monsterinowi wyszły placki na nodze. Brzydkie, szorstkie.

Nie powiedziałam nic głośno, ale w ramach przeglądu przed powrotem na basen i szczepień zawieźliśmy z Monstertatą Monsterina do pani Dr.

- Atopowe typowe! - ogłosiła Wyrocznia

Pod nosem wymamrotała.

- Czekolady nie może jeść absolutnie! - dodała

- Normalnie nie je, starsze coś mu przemyciły, tak z dobrego serca - zaczęłam się tłumaczyć w ukłonach

- W OGÓLE nie może jeść! - Pani Dr. dalej nie skomentowała, ale jej wzrok mówił wszystko. Generalnie poczułam się, jak w tej kościelnej piosence: "choć jestem mały jak palec, choć jestem mały jak mrówka".

Ale ośmieliłam się zadać pytanie, choć wzięłam Monsterina na kolana i zasiadłam bezpiecznie z dala od piszącej pani Dr.

- A na basen możemy wrócić? - wyszeptałam błagalnie

To nie było dobre pytanie.

Pani Dr. popatrzyła znad połówek okularów i nie był to dobrotliwy wzrok Dumbledore'a.

- Jestem przeciwna basenowi. To taki wymysł rodziców, który nic nie daje dziecku. - wygłosiła

- Ale wydaje mi się, że starsze dzieci takiemu treningowi były bardziej odporne! - zaoponowałam (co za tupet, co za bezczelność - zganiłam się w duchu)

- Zrobi pani jak zechce - wycedziła i zakończyła audiencję.

Cała jestem za basenem, ale pewnie stchórzę.

Bo będzie na mnie, gdy coś mu się przypadkowo przyplącze, a nie chcę brać na siebie takiej odpowiedzialności. No i przy kolejnej infekcji będę musiała szukać innego pediatry.

Może zobaczymy w nowym sezonie.


poniedziałek, 11 lutego 2008
piątek, 08 lutego 2008
czwartek, 07 lutego 2008
wtorek, 05 lutego 2008
poniedziałek, 04 lutego 2008

Dwie trzecie Monsterów więcej robi różnicę. Zawsze to piszę, gdy wracają, bo zawsze to prawda.

Ale za to jak wesoło! (ha, ha, hi hi - zaśmiała się przez łzy i padła ze zmęczenia...)

Ranne wychodzenie zajmuje o wiele więcej czasu, niż wynikałoby z prostego mnożenia czasu przenaczonego na jedno dziecko i liczby dzieci, interakcje między rodzeństwem są odwrotnością synergii , jak mniemam i ktoś to już na pewno udowodnił i opisał, tylko nie mam czasu, by o tym poczytać.

- Mamusiu, gdy w pierwszy dzień pójdę do szkoły, to musisz powiedzieć pani w swojej pracy, że się spóźnisz, bo będziesz ze mną w szkole, aż ci powiem, że możesz pójść, dobrze?

Moja krew! To dalekosiężne planowanie! Ten porządek i pryncypializm!

Też tak miałam.

Dwa tygodnie przed wyjazdem do obóz robiłam spis potrzebnych rzeczy,  a tydzień przed wyjazdem miałam wszystko spakowane, albo przygotowane do spakowania. Łezka się w oku kręci...

Albo jak to na początku mojego macierzyństwa miałam zdefiniowane, przemyślone i opracowane sztywne ZASADY. Dzień bez kąpieli i umycia zębów? Zgroza! Cukierki przed ukończeniem trzeciego roku życia? Poważne naruszenie podstaw wychowania!

Taaaa.

Wczoraj po powrocie od dziadków przerzuciliśmy śpiace Monstery wprost do łóżek i trzymałam kciuki, żeby żadne nie miało pomysłu, by otworzyć oczy.

Monsterino troszeczkę cuchnął.

No, cóż.

Na razie i tak nie wiem, czy ma zdrowe zęby, bo nie pokazał ich pani Dentystce, więc co ja się będę na zapas przejmować...

piątek, 01 lutego 2008

Monsterino w biurowym komputerze nastawił mi taką opcję programu, której próżno szukać w instrukcji obsługi. Potem zabrał klucze i wrzucił do zasuwanej szafy na segregatory, ale zanim je tam znalazłam istniała obawa, iż będziemy nocować w biurze, jako że byliśmy ostatni i zamykaliśmy.

Pytanie, dlaczego dziecko nie chce się bawić odłączoną od monitora klawiaturą, przeznaczoną specjalnie dla niego, albo takoż przeznaczonym do zabawy PRAWDZIWYM telefonem, jest oczywiście retoryczne.

I dlaczego kółka może rysować tylko czerwonym długopisem, który właśne w tym samym czasie używam, a nie kredkami w tęczowych kolorach.

Ale jaką radość mu sprawia zejście z trzeciego piętra po stromych schodach, trzymając się poręczy! Albo sprawdzanie, jak pięknie odbija się głos na klatce schodowej starej kamienicy! (niesie, hen, hen do sąsiednich kamienic, pewnie).

W jadłodajni Monsterino paraduje od razu do kuchni, dmucha w parujące garnki i ordynuje: "jajo mniam-mniam", po czym zamówionego dania nie je, wyżera natomiast moją ogórkową i pomidory z sałatki, a następnie stoi niczym żebrak przy kompletnie obcym współbiesiadniku i patrząc na jego pustoszejący talerz wyraża głęboki żal, iż:

- Nie ma mniam-mniam!

Po takim występie porcję pyr dla Monsterina dostaję od zakładu gratis.

***

Konsekwencją spaceru wśród gołębi na Starym Rynku będzie ani chybi ptasia grypa.

Jako rzekła kolejna miła pani - komentatorka monsterinowych starorynkowych przebieżek.

Ach, joooo.

Archiwum
do Monsterowa tędy