poniedziałek, 26 lutego 2007

Najlepszej przyjaciółce Monsterówny, Stasi, urodziła się parę dni temu siostra.
- Widzisz, niektórzy to potrafią! - rzuciła mi prosto w twarz Monsterówna wyzywająco.
Monsterówna zatem zintensyfikowała wysiłki i modli się trzy razy dziennie o malutką siostrzyczkę, jednocześnie pragnąc, by Monsterino na zawsze pozostał taki mały i słodki.
Nie da się ukryć, że Monsterówna ubóstwia Monsterina i jest to miłość odwzajemniona.
To na widok Monsterówny Monsterino rechocze najbardziej i do niej robi maślane oczęta, o takie:



Przyjaciółki pokłóciły się na chwilę, gdy okazało się, że Stasia powiedziała Monsterównie, iż jej siostra jest ładniejsza od Monsterina. Monsterównę taka potwarz zatkała na miejscu. Ale zaraz sobie wytłumaczyła, że to po prostu niemożliwe.
Gdy nawet jak idziemy na spacer, a ktoś nas mija bez słowa, to Monsterówna pyta:
- Mamuś, a dlaczego ta pani NIE powiedziała o Teodorku: "ach, jakie śliczne dziecko"?



Brachole też się kochają. Aczkolwiek... tak bardziej .... hmm... szorstko.


I tak jak starsze Monstery kłócą się między sobą, przezywają, a i nawet do rękoczynów potrafi dojść, to Monsterino działa jako ten katalizator. Chociaż szczypie i włosy z głowy wyrywa. Monsterówna płacze z bólu, rozplątuje zaciśnięte piąstki, ale za chwile przytula się do małego potwora ponownie.
A Monster dzieli się swoimi autami z Monsterinem. I już wie, że mają być bez małych części, bez zdejmowalnych opon i ostrych kantów.

Jedynym zauważalnym minusem Monsterinowej pozycji wśród rodzeństwa jest jego ekspozycja na zarazki. I znowu mu naniosły. Znowu biedaczekowi z nosa leci i kaszle. Na szczęście osłuchowo jest bez zmian. Odpukać.

sobota, 24 lutego 2007
piątek, 23 lutego 2007

Monstery chodzą na lekcje angielskiego, które pomyślane były jako kurs na 4-6 osób, ale przeważnie jest oprócz nich jeszcze jedno, maksymalnie dwoje dzieci, więc tak naprawdę indywidualnie konwersują z panią, która poza świetną znajomością angielskiego, ma doskonały kontakt z dziećmi i potrafi je włączyć w zabawę.

Monsterówna ma także angielski w przedszkolu, ale były zawirowania z panią i teraz jest nowa. Grupa Monsterówny liczy 18 osób, ale na angielski chodzi 16, więc jest w miarę kameralnie. Takie grupy są w końcu w szkole społecznej, gdzie podział na grupy językowe robiony jest dopiero od trzeciej klasy.

Ale Monsterówna porównuje:

- Wiesz, ten angielski w przedszkolu jest nudny! Zanim wszystkie dzieci powiedzą "Present!"
 i powiedzą, ile mają lat, to już jest prawie koniec.

Taaa.

Czyli nawet mała grupa w szkole społecznej nie rozwiąże problemu nauki języka. Czyli trzeba będzie dodatkowo posyłać. Czyli szkoła społeczna nie rozwiąże mi tego problemu. Czyli kolejny argument przeciw społecznej.

Żeby nie mieć za mało na głowie, to okazało się, że nasza kochana animatorka, która obiecała mi poprowadzić zabawę urodzinową Monsterów, miała niespodziewane komplikacje przy planowej operacji ręki i teraz z ręką w gipsie, której nie może obciążać, nie będzie w stanie nam pomóc.

Teraz to ja będę musiała przysiąść i wymyślić zabawy i atrakcje dla dziesiątki szalejących przedszkolaków i jednego szkolniaka, a potem te zabawy poprowadzić. Aaaaa!

Jeśli ktoś mnie spotka w tych dniach na ulicy, to to, co mruczę pod nosem tocząc wokół szalonym wzrokiem to jest "damy radę, damy radę", a nie "kill'em all".

czwartek, 22 lutego 2007

Monsterino po raz pierwszy w życiu okrasił płaczem moje zniknięcie z horyzontu.

Nie wiem, czy byłabym szcześliwsza, gdybym przebywała całe dni z nim, nie musząc pracować, ale na pewno miałabym mniejsze wyrzuty sumienia.

Mam też wyrzuty, że Monstery za długo siedzą w przedszkolu, co wypominają mi raz za razem. Nie wyrabiam się w pracy.

Kołdra czasu jest krótka - gdy mam zrobione rozliczenia na czas, wtedy góra prasowania rośnie. Gdy sprzątam mieszkanie, mam wyrzuty sumienia, że nie śledzę w tym czasie literatury fachowej, w celu poduczenia się, albo nie dokonuję śmiałych analiz i zestawień.

Gdy nie miałam rodziny, mój czas należał do Korporacji, sprawa była czysta. Teraz mam życie jakościowo lepsze, ale ścibolenie, łatanie i dzielenie go pomiędzy potrzebujących jest bardziej stresujące. Deadline nie istnieje. Mam świadomość, że wszystko zostanie mi wypomniane, wytknięte i niewybaczone. Już jest. Nikt nie obiecywał, że będzie łatwo, ale czasami smutno mi bardzo, że gdy Monster prosi, żeby go odebrać po leżakowaniu, bo Adriana mama tak go odbiera, to ja mu mówię, że nie mogę.

A z drugiej strony, Monster tym samym uczy się, że są na świecie pewne obowiązki, które trzeba spełniać. Że nie samymi przyjemnościami człowiek żyje.

Tylko czy to aby nie za wcześnie na taką naukę... Nie wiem, nie mam czasu się zastanowić, muszę wracać do pracy, bo znowu się po Monstery spóźnię.

wtorek, 20 lutego 2007
poniedziałek, 19 lutego 2007


Są pewne rzeczy, których nie chcę zapamiętać z minionego weekendu:

- nocy z czwartku na piątek, gdy spałam może z pięć minut, a resztę czasu spędziłam na przepychaniu nosów wszystkich moich dzieci i swojego włącznie oraz karmieniu Monsterina, który budził się cześciej w związku z powyższym;
- piątkowego poranka, który spędziłam w kibelku z dzielnymi kibicami za drzwiami (Monster odrywczo: "mama rzyga", Monsterówna: "nie rzyga, tylko wymiotuje", chwilę później podsłuchując odgłosów - Błeeee, rzeczywiście rzyga!)
- piątku całego jako takiego i tak nie pamiętam, bo go przespałam;
- rtaniowego kaszlu Monsterina towarzyszącego nam przez te dni;

Ale bardzo chcę pamiętać:

- czterozębny uśmiech Monsterina, o taki:



- zdecydowaną reakcję Monsterówny na spacerze, gdy wprost zapytała panią, której piesek sadził monstrualną kupę na trawniku, dlaczego po nim nie sprząta. Pani nie odpowiedziała, tylko szybko odbiegła. Na zapytanie Monsterówny, dlaczego nie odpowiedziała, wykrzyczałam dość głośno, by mnie paniusia usłyszała, że pewnikiem głucha jest i następnym razem będziemy chodzić z kartką; Monsterównie pomysł się spodobał, ale co do zwierząt domowych, to obstaje przy koniu i stajni zbudowanej wprost w ogrodzie;

- Monstera śpiewanie piosenki Kazika: " idę tam, gdzie idę, nie idę, gdzie nie idę" przy wtórze Monsterina: "ide, ide"

- Monstera pomysł, żeby zbudować taką drabinę, która miałaby GUZIK, który by wiedział, że wchodzi na nią on i wtedy by go wpuszczała, a gdyby wchodził na nią Monsterino, to by Monsterina nie puszczała (bo przecież on jest za mały na chodzenie po drabinie!)

- Monsterina mówienie "ko ko" na coś, co mu się podoba. Najbardziej "ko ko" są dwa samochody odziedziczone po wspaniałomyślnym Monsterze; Monsterino jest też pierwszym Monsterem, którego pierwsze słowo to "tak", a nie "nie". Tak z miękkim "K" na końcu...słodkie.

- podsłuchane dialogi Monsterów, gdy bawiły się w "dom".

Ms: Dzień dobry, jestem płaszczka, a ty?

Mr: Dzień dobry, jestem płetwal błękitny, a ty jak masz na imię?

Ms: Mam na imię.... Uczulenie

chwilę później...

Ms: Ale nie budź rodziców! Jest niedziela! W niedzielę rodzice MUSZĄ spać dłużej!

Oczywiście nie omieszkałam wykorzystać znajomości powyższego faktu, gdy rzeczywiście nastała niedziela.

Kaszle i katary Monsterów ucichły ostatniej nocy i z wielką uciechą opanowały organizm monstermamowy. Na co zgadzam się z radością. Szukam teraz ofiary, która chciałaby przejąć sztafetę jak najdalej od naszej rodziny.

                                                                             

czwartek, 15 lutego 2007

Generalnie Monstery dostają "coś słodkiego" raz dziennie. Chyba, że w przedszkolu ktoś ma urodziny, to wtedy z triumfem w oczach prezentują wygładzone papierki po cukierkach w liczbie powyżej symbolicznych, powiedzmy dwóch. Złośliwce składają te papierki, żeby mi pokazać, że bez mojego nadzoru oddają się słodyczowej rozpuście.

Odpuszczam im w urodziny, ale w zwyczajne dni po przedszkolu, wizyta w sklepiku o roboczej nazwie "U pani" jest jednym z wielu monsterzych rytuałów. Pani zna Monstery i nie wzdryga się przed ważeniem po jednym cukierki z rodzaju i wymiany, gdyż nawet kolor papierka jest ważny.

Słodycze u pani w sklepie są obiektem pożądania, szczególnie Monstera, a że Monster ostatnimi czasy wymyśla twórcze rozwiązania swoich problemów, to także odnośnie cukierków ma pomysł.

- Jakbyśmy mieli kolegę złodzieja, to on by zbił szybę, weszłybym do sklepu i kupiłbym wszystkie słodycze! -wzdycha rozmarzony

- To byś ukradł, a nie kupił te słodycze! - rozbijam jego plan

- O, to nie ja! To ten złodziej! - tłumaczy i uśmiecha się rozbrajająco

Stoimy na czerwonym świetle.

Monster kombinuje:

- A gdybyśmy mieli balon, to byśmy lecieli nad czerwonym światłem i bylibyśmy szybciej.

Rano Monster spod kołdry:

- A gdyby tak przedszkole było połączone z domem SKLANYM tunelem, to by nie trzeba się ubierać i mieć tam kapci, tylko w domowych kapciach bym szedł tam.

Lubię te jego wymyślanki i często wciągam się w wymyślanie, jak by to było fajnie, ale czasem brakuje mi cierpliwości, gdy po raz kolejny w dniu słyszę:

- A gdyby była taka masyna do mycia zębów, to by się tylko gardło dawało jej i ona by sama zęby myła...

Aaaa! I oczywiście nic nie robi w kierunku mycia tych zębów, tylko gada, a potem o maszynie do ubierania butów i kurtki... Buzia mu się nie zamyka.

wtorek, 13 lutego 2007
poniedziałek, 12 lutego 2007

Monster przebąkiwał w domu, że nie może się z kolegami w przedszkolu dogadać, a poza tym przyznał się, że miał w jednym dniu trzy KARY, więc zagadnęłam jego ulubioną panią, co tam się wyprawia.

Mogłam nie pytać, bo się tylko zdenerwowałam. Pani przyznała, że Monsterowi nadal latają czasem ręce, szczególnie, gdy któryś z chłopaków ma inną od monsterowej wizję świata. Chce przewodzić w stadzie, jak się wyraziła pani, a nie jest jedyny. Stąd kary.

Rozmawiam z Monsterem o całej sytuacji w domu. Rozmawiamy w ogóle o przyjaźni, kolegach, jego zabawach. Nagle Monster sztywnieje i przestaje reagować na mój wywód, więc pytam się, o co chodzi.

Monster nie reaguje.

Zaczynam buzować, ale spokojnie mówię mu, że porozmawiamy później, skoro teraz nie chce.

Monster stoi sztywno w miejscu.

Zaczyna mnie to, delikatnie mówiąc, denerwować. W końcu Monster otwiera buzię i mówi: - Je-stem ro-bo-tem, mu-sis wci-snąć gu-zik!

- Aaaaa - wzdycham ze zrozumiem - a gdzie jest ten guzik?

- Na czo-le! - wykrzykuje po "robociemu" Monster

Wciskam guzik, Monster-robot oddala się mechanicznym krokiem, ale bardzo wolno.

- Czy uważasz, że roboty poruszają się tak wolno? - pytam, bo tarasuje mi przejście do pokoju

- Jak na-ci-snies ten dru-gi gu-zik to bę-dzie syb-ciej! - wyjaśnia

******

Wieczorem zaczarowuję Monstera, żeby nie przychodził do nas w nocy. Przekonuję, że będzie mu się świetnie spało, bo właśnie zmieniłam mu pościel i ta pięknie pachnie.

Monster wącha pościel.

- Zecywiście pachnie. - potwierdza - A wcoraj to bardzo śmierdziała, dlatego psysłem do ciebie.

******

Przed dzisiejszym porankiem umawiamy się, żeby najpierw zawsze pomyślał, zanim walnie kogoś w przedszkolu. I że jak się pohamuje i przez cały tydzień nikt nie będzie się skarżył, to w piątek dostanie nagrodę.
Monster z ochotą przyjmuje obietnicę, a potem pakuje swoje hotwheelsy do plecaka jednocześnie się bawiąc i mruczy po nosem:

- Jak postanowił tak zrobił...

piątek, 09 lutego 2007


tak to jest, że nad najlepszą "edukacyjną, stymulującą, symulującą, full wypas na maksa" zabawkę Monsterino największą radość życia prezentuje przy pudle na mokre chusteczki (i to wyciąganie ich jedna po drugiej, aż szkoda mu przerwać) albo tubkę z kremem - nauczył się odkręcać i ściska zębami plastik wołając: "idzie idzie idzie" - pewnikiem to okrzyk bojowy.
Niebezpieczne jest zostawianie go samego na naszym materacu, bo się jednak nauczył jakoś czołgać i dwa razy już nam się sturlał (niby to tylko ze 20cm i dywan pod spodem, ale zawsze głowę obił). W ogóle jedno sturlnięcie było przy nas obojgu.
Zawołałam Monstertatę, żeby zobaczył, jak się Monsterino czołga. Patrzymy, komentujemy, że wreszcie, choć taki opóźniony (ja), że ależ czego ty chcesz (Monstertata), no i tak wymieniamy spostrzeżenia: o, zobacz, jak się wychylił i zerka w dół (ja), ale chyba nie spadnie (Monstertata).
sekundę później już leżał 20cm niżej.

Niby tacy doświadczeni rodzice.

Z dwóch zębów dolnych i połówki górnego robi niezły użytek, także co jakiś czas podczas karmienia, carramba.

I szkołę razem z nami odwiedził. W przeciwieństwie do starszej siostry, nie zatykał uszu przed hałasem rozsierdzonej siedzieniem w ławkach hałastry.

Gdy po półgodzinnej jeździe w sypiącym śniegu dotarliśmy do szkoły , Monsterówna stwierdziła, że szkoła jest za daleko. Zgodziliśmy się z nią bez dwóch zdań, zwłaszcza, że przecież musiałaby jeździć tam codziennie i to rano.

- Musiałabyś wstawać wcześniej... - skonstatowałam

- Byłabym śpiąca - potwierdziła Monsterówna - nie zdążyłabym zjeść płatków... chyba, że w samochodzie

- Moglibyście uczyć się niemieckiego po drodze - zażartowałam w kierunku Monstertaty od razu zakładając, kto byłby dowożącym

- Ja będę się uczyć francuskiego! - zawołała Monsterówna z tylnej kanapy

Gdyż

Monsterówna patrzy na Monsterina z dużym podziwem. Bo nie dość, że mówi po angielsku, o czym już kiedyś pisałam, to zna jeszcze jedno słowo po francusku.

Otóż przybiegła kiedyś do mnie i z wypiekami na twarzy wyznała, że Monsterino powiedział "mła".

- Tak? - zapytałam w roztargnieniu, bo Monsterino różne rzeczy wygaduje

- Ale ty wiesz, że to po francusku?! Powiedział "moi"! - rozanieliła się dumna z brata starsza siostra

- Aaaa - trafiło do mnie - a skąd ty wiesz, że to po francusku? - zapytałam podejrzliwie

- Babcia mnie nauczyła!  - wypaplała

Tylko jedna osoba w rodzinie zna francuski. Prababcia. Dzięki, babciu. Nie planowałam korepetycji z francuskiego...

Ale wracając do szkoły.

Obejrzeliśmy sobie klasy. Nie podobało mi się, że zerówka wygląda właściwie jak pierwsza klasa - z tablicą i ławkami. A gdzie miejsce na zabawki i zabawę? Po co już ławki w rzędach? Tyle lat będą siedzieć w ławkach, po co zaczynać tak wcześnie krzywić kręgosłupy?

Rozmowa z panią psycholog udana, mimo, że Monsterówna zapomniała jaki mamy numer domu, jaki numer ma przedszkole i jaki miesiąc jest teraz.

Bez zbędnego krygowania się, powiem, UWAGA CHWALĘ MOJE DZIECKO, że wypadła powyżej przeciętnej. Pani psycholog nie powiedziała niczego nowego, przecież wiem, co Monsterówna potrafi. Ale zawsze miło posłuchać pochwał pod adresem swojego dziecka. Choć przecież jaka w tym moja zasługa? Żadna. Chyba tylko, że nie zepsułam jej. Na razie.

Jedną szkołę mamy zatem odfajkowaną, i po tej wizycie wiemy przynajmniej, że zerówkę Monsterówna zrobi w przedszkolu.

To już coś. Trochę mi lepiej z podjętą decyzją.
Do drugiej szkoły idziemy dopiero w marcu.

środa, 07 lutego 2007
wtorek, 06 lutego 2007

- I w dodatku nadużywam słowa "jakby"... - załkałam przyjaciółce w słuchawkę zwierzając się z napięcia obecnego tygodnia, że niby mam to w pompce, czy mi się dziecko dostanie do szkoły społecznej, wielkie mi halo, duża konkurencja - ale czy to jest WYSTARCZAJĄCE wytłumaczenie, przecież jeśli się nie dostanie, to będzie świadczyć o mnie, że za mało wyedukowałam. No. Moje dziecko świadczy o mnie, a ja nadużywam "jakby" oraz "no".

- Jakby ci to powiedzieć... - zaczęła przyjaciółka, a ja roześmiałam się przez łzy, że tak, tak, jestem dzielna i w ogóle.

Troszeczkę tylko się zdenerwowałam na Monstery, że cały czas najwspanialszym żartem pod słońcem jest odmienianie przez wszystkie przypadki słowa "kupa".

Tylko delikatnie podniosłam głos.

- Musicie ciągle tylko o kupie! - wrzasnęłam

- O, nie! Czasami mówimy jeszcze o sikach. - odpowiedziała Monsterówna spokojnie i odwróciła się na pięcie z miną, pt.: "stara się wścieka bez powodu, lepiej zejść jej z oczu."

Nie wiem, czy dobrze robię, czy powinnam w ogóle i czy to ma jakiekolwiek znaczenie. Mówię o tym cholernym wyborze szkoły, który od paru miesięcy zatruwa mi myśli, a teraz cały proces wszedł w fazę kulminacyjną.

A tak naprawdę, to ja mogę tylko się modlić o to, by jakikolwiek wybór mieć przy takiej konkurencji.

A z drugiej strony, czy narażanie dzieci na taki wyścig od podstawówki jest czymś dobrym?

A z trzeciej strony może to jest złudny wybór, że gdy umieszczę w dobrej szkole publicznej to do wyścigu nie dojdzie. Przecież my też chodziliśmy do publicznych i też byli ci z czerwonym paskiem i ci bez. I też się ścigało o miano najlepszego.

Monstertata w ogóle mnie nie rozumie. Nie rozumie w czym problem i dlaczego W OGÓLE musimy o tym myśleć.

Potrzebuję poklepania po plecach. No. Jakby.

poniedziałek, 05 lutego 2007

Bogaty w przeżycia tydzień przed Monsterami, gdyż podejmują dziadków w przedszkolu przedstawieniami i poczęstunkiem (Monstermama jako ta klasyczna matka polka się zobowiązała ciasto na tenże poczęstunek dostarczyć, a że Monstery mają imprezy w dwa różne dni, to i dwa ciasta muszę piec).

Monstery ćwiczą role i już nie mogą doczekać się występu. Harmonogram jest taki, że Monster ma dzień babci i dziadka jutro, a Monsterówna we czwartek.

Szykujemy się wczoraj do przedszkola i planujemy, pytam się, w co chcą się ubrać na występy, no i rozwija się dyskusja.

- To niesprawiedliwe! Robert ma występ już we wtorek, a ja dopiero we czwartek! - jęczy Monsterówna - tak długo muszę czekać! - zalewa się łzami, bo jej niewiele trzeba, by się łzami zalewać

- Dobze, ze nie mas przedstawienia w piątek, to by było jesce dalej do czekania! - pociesza ją Monster

I ten dialog to by właściwie była kwintesencja różnego podejścia do życia starszych Monsterów. Oby się Monsterównie zmieniło, bo jej naprawdę pod górkę w życiu będzie...

W tym tygodniu czeka nas, a właściwie bardziej Monsterównę, pierwsza rozmowa rekrutacyjna do szkoły. Ciężko się właściwie nastawiać, jeśli do 14 osobowej klasy jest chętnych 50-cioro dzieci, w tym 11 to rodzeństwo dzieci chodzących już do tej szkoły, czyli mający pierwszeństwo. Dostać się zatem to wielki fuks, ale mimo wszystko idziemy, żeby w ogóle zobaczyć, na czym taka rekrutacja polega.

Ma być rozmowa z psychologiem i testy kompetencyjne.

Rozmawiam więc z Monsterówną o tym, co będzie, że przyjdziemy razem, obejrzymy szkołę, a potem jedna z pań nauczycielek będzie z nią rozmawiać sama, a ja poczekam na korytarzu.

Monsterówna z dużą rezerwą przyjmuje moje wyjaśnienia, więc chcąc ją oswoić z rodzajem pytań mówię, że zabawimy się w taką rozmowę i moduluję głos udając nauczycielkę:

- Dzień dobry dziewczynko, jak się nazywasz? - pytam głosem dyrektorki pensji dla panien, nasuwając na koniec nosa okulary przeciwsłoneczne

Monsterówna parska śmiechem, więc ją besztam tym samym tonem. Monsterówna poważnieje, odpowiada po kolei na pytania, każę jej rozwijać krótkie odpowiedzi. Wczuwamy się w rolę. W końcu pytam:

- A powiedz mi, moja droga, co robi twoja mama? (zastanawiałam się, jak sformułować pytanie o pracę zawodową, nie będąc pewna, czy Monsterówna rozumie słowo "zawód")

- Moja mama siedzi właśnie w kuchni i zadaje mi pytania - odpowiedziała Monsterówna bez mrugnięcia okiem cały czas nie wypadając z roli.

Bardzo jestem ciekawa, czy się Monsterówna z panią psycholog dogada. I według jakich kryteriów dobiorą te dzieci. Wyścig szczurów się rozpoczyna już w przedszkolu.

piątek, 02 lutego 2007


Monsterówna zwinęła się do swojej przyjaciółki z pieśnią na ustach: "Miły mój, ty zawsze przy mnie stój. WEŹ MNIE na jawie, spotkamy się na kawie"

A ja zostałam z chłopakami.

Jedliśmy kolacje, Monsterino wyciągnął ręce do chleba, dostał chleb. Monster wlał sobie sok, Monsterino wyciągnął ręce do kubka.
I wtedy mnie olśniło.
Nalałam mu trochę. Wychłeptał obgryzając brzeg kubka! I już. Butelki niepotrzebne.



Tak się zajęłam podawaniem soku Monsterinowi, że nie skojarzyłam, że Monster nalewa sobie kubusia prosto z lodówki.
W końcu się zorientowałam, więc zaproponowałam, że może mu trochę sok podgrzeję.
- Nie musis - zdecydowanie odmówił Monster - lubię zimny. Zimny sok zbiera mi bakterie z całego gardła i wpycha do bzucha.
- O! - zamyśliłam się nad brawurową teorią - to w takim razie gromadzisz wszystkie bakterie w brzuchu i co wtedy?
- Aaa, wtedy to lizę cytrynę i kwaśność LIKWIDUJE wsystkie zarazki.

Czyli wiecie, co robić w razie choroby.

*********
Muszę odnotować, że Monsterinowi coraz lepiej wychodzi siedzenie (więc jest tylko TROCHĘ opóźniony;)



******
A po kąpieli...

- To teraz spokojnie mozemy porozmawiać o dinozarłach, a nie tylko dziecizbullerbyn ciągle dziecizbullerbyn!
- Monster umościł się na kanapie z własnym wyborem lektur

Skończyliśmy z konspiracją nad piątkowymi wyjazdami Monsterówny i okazało się, że Monster dobrze wie, że Monsterówna nie nocuje na balecie (bo psecies nie śpi w szatni!).


czwartek, 01 lutego 2007

To nawet
było zabawne pierwszej nocy. W kategoriach legendy rodzinnej albo opowieści dziwnej treści z życia rodziny wielodzietnej.
Że my w nocy, jak w grze w krzesła, jedno zasypia, drugie się budzi, pierwsze ląduje w łóżku drugiego, a potem była zmiana, szpak dziubał bociana...

Ale jak tak prawie co noc przez miesiąc, to już śmieszne nie jest.

Zaczęło się jeszcze przed sylwestrem, gdy młodzież ćwiczyła na ulicy jakość petarg. Nie, żeby pod naszymi oknami, ale huk się przecież niesie.

Monsterówna wpadła w histerię.

Najpierw tłumaczyłam, prosiłam, wyjaśniałam. Nic. W dzień płacze, w nocy zasypia, pierwszy huk, ona na baczność i koniec spania. Płacze, gdy jeszcze nie śpimy, gdy śpimy, włazi do nas do łóżka.

W sylwestra, wiadomo, około północy dwie godziny wycięte z życiorysu Monstertata miał, bo skoro huk, to panna nie śpi.
W końcu usnęła w stoperach i z poduszką oraz przytulanką na głowie.



Myślałam, że te ataki paniki mają związek z moją nieobecnością w domu. I z sylwestrem.
Ale, gdzie tam. Wróciłam, a jest gorzej.
Były wiatry - każdy silniejszy powiew - płacz i zgrzytanie zębów.
Deszcze niespokojne - pisk i dreptanie w poszukiwaniu ciepłej przystani u naszego boku.
Ostatnio doszły złe sny.
Rozmawialiśmy o strategii - że ma odgonić zły sen mówiąc, by sobie poszedł.
Pomogło jednej nocy, następnej już nie.
Polecałam sobie wyobrażać zabawy z przyjaciółką, wakacje nad morzem, coś innego przyjemnego... Pomaga na jeden raz, jeśli akurat się dotrze do nakręconej strachem sześciolatki.

Monster oczywiście nie mógł być gorszy i też ma co którąś noc zły sen, z tym, że Monster jest konkretny: "śnił mi się zły dinoZARŁ i musisz, mamo, ze mną spać.Tylko żadnych całusków".
Koniec kropka pe-el, jak to mówi Monsterówna.

A Monsterównę trzeba jeszcze głęboką nocą uspokoić, zanim zaśnie.
Nie jest to łatwe.

Do tego zestawu dochodzi ząbkujący Monsterino (lewa górna jedynka się wykluła, prawa górna napiera), który budzi się co dwie godziny i właściwie nie wiem, po co rozbieram się na noc do piżamy.

Ostatniej nocy, utuliwszy wszystkie trzy Monstery, z czego dwa w naszym łóżku, około trzeciej w nocy, pomyślałam, że Wiliam Wharton opisał w jednej z swoich powieści jedno ogromne łoże rodzinne, które być może w naszym przypadku nawet by się sprawdziło, bo nie musiałabym kursować pomiędzy pokojami.
Ale jednak, mimo wszystko wzdrygam się na myśl, że jedno wielkie łoże miałoby być docelowo miejscem dla wszystkich. Żeby tak noc w noc pokotem.

Uwielbiam, gdy Monstery przytulają się do mnie i uwielbiam przytulać się do Monsterów, ale w nocy chciałabym mieć swój kawałek... podłogi?
Archiwum
do Monsterowa tędy