poniedziałek, 28 lutego 2005
Rekord

Monstery dostały wytyczne na niedzielę – nie budzić rodziców z byle powodu.

Zatem bladym świtem Monstermama została łagodnie przywołana do rzeczywistości stukaniem nocnika o monstermamowe ramię.

- Kupe chce mi się – zapowiedział Monster Młodszy, a na takie dictum, to oczywiście Monstermama stanęła na baczność.

Niestety, na kupę w nocniku było już za późno, ale i tak można Monstera podziwiać za hart ducha – do ciemnej łazienki po nocnik skoro świt łazić…

Monsterówna przyczłapała do stołu i wyciągając kolejne torby z płatkami zażądała mleka.

Ostatecznie Monstermama porzuciła ubrane i jedzące śniadanie Monstery i wróciła do łóżka. I gdy wydawało jej się, że dopiero co zamknęła oczy, do monstermamowych uszu dobiegły przeraźliwe wrzaski.

Monstertata był pierwszy, stanął w drzwiach monsterowego pokoju, odsunął gryzącego Młodszego na bezpieczną odległość, a potem wrócił do Monstermamy.

- Musisz to zobaczyć – rzekł tajemniczo, więc zaintrygowana Monstermama zerwała się czym prędzej i jęknęła w zachwycie: podłogi w pokoju nie było widać, cała przykryta była klockami, puzzlami i torami. Pod stolikiem ciastolina mieszała się ze strużynami kredek, wszędzie walały się kawałeczki pociętego papieru (a wycinanie to ostatnio mania Monsterówny).

Nic, to nic – pomyślała Monstermama patrząc na zegarek – bo była to już słuszna pora drugiego śniadania – 11. Kolejny rekord obywania się Monsterów bez rodziców został pobity.

 

sobota, 26 lutego 2005
uczta duchowa


Zrzuciwszy na barki babci sobotni spacer z Monsterami, Monstermama wymknęła się na targi książki dla dzieci, które właśnie odbywają się w Kraju Podziemnej Pomarańczy.
Do kieszeni wsunęła górny limit przeznaczony na ten cel (choć Monstertata od razu zapytał czy przyjdzie z dodatkową półeczką, bo już nie ma miejsca na kolejne książki).
Monstermama wiedziała, że będzie trudno oprzeć się pokusie, więc od razu założyła ten górny limit. Teraz trzeba było go podzielić na wydawnictwa.
A wydawnictw namnożyło się, jak mrówków.
Z listy Monstermamy odpadły te książki, których tytuły zapisała już w przechowalni merlina.pl.
Ale i tak monstermamowy plecak nabierał wagi, a zawartość kieszeni topniała w zastraszającym tempie.
I gdy wreszcie Monstermama z powodu dzwoniących resztek w kieszeni odtrąbiła odwrót, w stoisku wciśniętym między kibelkiem a gaśnicą dostrzegła przedmiot pożądania Monsterówny, który ostatnio był niedostępny w merlinie i wymiotło go z empiku, czyli kolejną Martynkę.
- Co za pech! - jęknęła w duchu Monstermama, ale za chwilę oświeciło ją, gdyż przypomniała sobie, że na dnie plecaka leży zwinięta dyszka na bilety tramwajowe! No to po podliczeniu resztek, został na bilety Monstermamie złoty grosz.
Monstermama dźwigając troskliwie nowonabyte skarbeńki, brnęła w śniegu do domu na piechotę, ale trud bardzo szybko został wynagrodzony, gdy zobaczyła uśmiech od ucha do ucha na obliczu Monsterówny.
Na szczęście nie tylko Martynka spodobała się Monsterównie. Oj, czytelnicze ucztowanie odbyło się dzisiaj, oj tak!
A gdy Monstery szczęśliwie zasnęły i Monstermama mogła wreszcie SAMA dorwać się do targowych zdobyczy, to długo przewracała kartki, wąchała strony i gładziła grzbiety.
- Prześliczne wydaje się teraz książki, wprost przecudowne! - pomyślała Monstermama i pogratulowała sobie przezorności, bo gdyby, nie daj Boże, włożyła do kieszeni równowartość czynszu i rachunku za telefon, to i to spokojnie by wydała. A może nawet więcej.

piątek, 25 lutego 2005
Teoria opanowana

Młodszy uskutecznia skoki z kanapy z miską o średnicy własnego wzrostu w ręce. Lojalnie uprzedziłam go przed konsekwencjami, więc teraz tylko łypię spod oka, a jak w końcu potyka się o miskę i ląduje głową w dół na dywanie, to wstrzymuję oddech.

Monster podnosi się spod miski trzymając się za głowę i drążącym głosem informuje:

“tak, tak, tseba uwazać!”

czwartek, 24 lutego 2005
Monstery zbilansowane


Wizyta w przychodni na bilansach dwu- i czterolatka tylko potwierdziła obserwacje: Monstery występują zdecydowanie w wersji mini.
Ciężko uwierzyć, ale według Mądrych Tabel 90% dzieci w ich grupach wiekowych jest od nich większa i cięższa.
A liczbowo wygląda to tak:
Monsterówna: 98 cm i 14 kg
Monster Młodszy: 83 cm i 10,5 kg żywej wagi.

Taki ich urok, bo niejadkami to one nie są.

wtorek, 22 lutego 2005
Przedszkole – decydujące starcie
10 lipca



Zmęczona jestem okrutnie, bo to był sądny dzień.

Właściwie bohaterem dnia jest Monstertata, który nie dość, że musiał zająć się dzisiaj Młodszym, a potem odeprzeć atak Monsterówny, że to nie mama przychodzi po nią do przedszkola, to jeszcze z dwójką Monsterów musiał pojechać na basen.

I pojechał. Monstery nie potopiły się, przyjechały kompletnie ubrane i suche. Podobno.


Natomiast Monstermama przez bite 10 godzin szorowała korytarze Urzędu Miasta i salę sesyjną.

Wraz z jedną z pań nauczycielek i jeszcze jednym tatą byliśmy zająć strategiczne miejsca blisko mikrofonu, gdy ledwo jak otworzyli salę. Radni oczywiście się spóźniali, ale dzięki temu mogliśmy witać ich przy drzwiach i przypominać o sobie.

Ile to ja się dzisiaj rąk naściskałam, o naszych racjach napomykałam, uśmiechem naobdarzałam i głosów nazbierałam!

Bo na sesji osoba z zewnątrz może tylko zabrać głos, gdy jej któryś radny odda swój.


To ściskanie i przypominanie się (bo już wszystkich radnych wcześniej “obskoczyliśmy” na dyżurach), coś jednak dało, bo na naszym wystąpieniu był komplet radnych.

Tak to się teraz szybko i łatwo pisze, ale od dziewiątej rano do siedemnastej, kiedy wreszcie zaczęto obradować nad naszą uchwałą to ciągłe albo nas straszyli, że głosów za mało i mamy ładnie wystąpić, albo dołowali, że w klubach przegłosowano solidarność partyjną, albo pocieszali, że jest fifty – fifty. I nasze nastroje oraz żołądki też tak szybowały.


W każdym razie, gdy doszło w końcu do głosowania, to serce stanęło mi w miejscu, a potem już tylko ryczałam ze szczęścia.

Prawie wszyscy radni byli za pozostawieniem naszego przedszkola.


Do domu zdążyłam na usypianie Monsterów.

A od jutra nadrabianie zaległości pracowo-domowych, których narobiłam, gdy dzień w dzień wędrowałam przekonywałać radnych do naszych racji.

Ale opłaciło się.

Przynajmniej na rok.

Teraz myślimy nad założeniem stowarzyszenia rodziców i prywatyzacją przedszkola.

Ale to już zupełnie inna bajka.

niedziela, 20 lutego 2005
Jak to z cyrkiem było
A teraz z innej beczki



W czwartek na plac vis a vis przedszkola przyjechały wozy cyrkowe.

Panie mówiły, że przedszkolacy co i rusz wędrowali do szatni, by sprawdzić, czy się rozbijają.

Monsterówna zapytała się, czy pójdziemy do cyrku, a ja odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że cyrku nie lubię.

W piątek namiot cyrkowy był już rozbity, a w przedszkolu pojawiły się plakaty z cyrkiem.

Monsterówna zapytała się, dlaczego nie pójdziemy do cyrku.

Odpowiedziałam jej, żeby namówiła na to babcię.

Monsterówna nie odpowiedziała, ale poszła do sąsiadki.

Później sąsiadka powiedziała, że Monsterówna nawet nie przyznała się, że BARDZO chce iść do cyrku, tylko powiedziała, że jej mama cyrku nie lubi.

Złote dziecko.

W sobotę na spacerze poszliśmy poobserwować cyrk. Młodszego od razu zafascynował cyrkowy traktor, ale najdłużej staliśmy przy zagrodzie zwierząt.

A że zwierzęta, w tym wielbłąd, właśnie przygotowywały się do występu, miały na sobie pióropusze, kolorowe, błyszczące narzutki, słowem – wyglądały jak gwiazdy.

I Monstery wymiękły.

Ja także, bo musiałam nawijać, jak to one teraz się szykują, potem pójdą do dużego namiotu i będą występować.

-   To znaczy co będą robić? - dociekała Monsterówna – to tam jest scena? Można zobaczyć? Kiedy pójdą?

No i pod naporem pytań, stwierdziłam, że nie mogę im tego cyrku odmówić. Że muszę zobaczyć na żywo to, o czym czytają w książeczkach.

Że same muszą ocenić, czy im się to podoba, czy nie.

Bo owoc zakazany najlepiej smakuje.

I poszliśmy dzisiaj.


Wciągnęło ich. Dwugodzinny program z 15 przerwą z jazdą na kucyku po arenie wysiedziały bez problemu. Nawet Młodszy (choć nie siedział w jednym miejscu, oj nie).

Cyrk nie przypominał mi tych, które znałam z dzieciństwa. Wtedy innych atrakcji nie było, więc ludzie walili drzwiami i oknami, że się tak wyrażę.

A teraz – pustki. Siedzieliśmy przy scenie, akrobaci i zwierzęta na wyciągnięcie ręki, zwierzęta tylko właściwie biegały, więc nie było widać, żeby torturowane specjalnie były, raczej nagradzane. Oprócz wielbłąda były tylko dwie lamy i konie, więc chyba krzywda im się nie dzieje. Tak się pocieszam.

W każdym razie, Monsterom podobało się.

Ale cieszę się, że już się zwijają. Przynajmniej kusić nie będą.

czwartek, 17 lutego 2005
nie

Monster Młodszy wkroczył w fazę oślego uporu i negacji wg dwulatka.

Już zapomniałam jak to jest.

Do tej pory zagadywanie, tłumaczenie, ewentualne odwracanie uwagi skutkowało, a teraz znowu muszę zmienić metodę.

Jestem o tyle bardziej doświadczona, że wiem, że ten okres minie, co jest pocieszające.

Trzeba przeczekać i to jest jedyne wyjście.

Nie jest to łatwe, o nie.

Nie jest łatwe obserwować miotanie się Młodszego, bo i chce i nie chce w tym samym czasie.

Nie chce się też przytulić do mnie, gdy jest w dzikim szale, a ja nie chcę go przytulać na siłę, choć wiem, że tak naprawdę w samiutkim środku on tego potrzebuje.

 

I tak przechodzi ten etap lżej niż Monsterówna.

Albo ja mam teraz więcej dystansu.

Ale nie mówię, że krzyki, wrzaski i rzucanie się na podłogę, bo coś tam, nie wyprowadzają mnie z równowagi.

Wyprowadzają, choć się tego wstydzę post factum.

Biedny ten mój dwulatek.

Gdy mówię mu, że będzie lepiej, on krzyczy: NIE!

środa, 16 lutego 2005
Fobie i natręctwa

 

Monstery, które szpital widziały pierwszy i ostatni raz podczas swoich narodzin, a do przychodni chodzą li jedynie w celach szczepiennych,( tfu, tfu i odpukać), obsesyjnie interesują się tematem lekarzy, chorób i leczenia.

Codziennego wałkowania zapierających dech w piersiach opowiadań pt.: Franklin idzie do szpitala, Martynka spadła z roweru oraz Martynka jest chora, mam już po dziurki w nosie. I tak stosuję szantaż w rodzaju: przeczytamy o szpitalu, ale najpierw coś innego, bo bym autentycznie dostała na głowę.

Także zabawiają się  Monstery w lekarza. Monsterówna zawsze nakazuje Monsterowi być lekarzem, a ona jest pacjentką. Rozkłada się w wyszukanej pozie na łóżku i pozwala sobie szmyrgać po brzuszku. Od kiedy plastikowy stetoskop uległ był rozpadowi ze względu na intensywność użytkowania, w celach osłuchowych służy piła, młoteczek, a ostatnio także śrubokręt.

Monsterównie to nie przeszkadza.

Myślałam, że zaświtała gwiazdeczka nadziei, gdy Monsterówna w paczce z nowymi książkami wypatrzyła całkiem długie opowiadanie pt.: Krzyś jest starszym bratem. Rozsiedliśmy się wygodnie, przeczytaliśmy opowiadanie (bo Młodszy też się zainteresował), odpowiedziałam w międzyczasie na tysiące  pytań do tekstu i ilustracji, z serii: ale dlaczego?, na które pewnie tylko autor znał odpowiedź. W każdym razie solennie napracowałam się nad tą lekturą.

Monsterówna zaś przeciągnęła się, westchnęła i rzekła: No, dobrze. A teraz o Martynce.

I przytachała książeczkę o znajomym tytule…

Aaaaaaa!

poniedziałek, 14 lutego 2005
Wyznanie

Monster Młodszy zamierza się ze śrubokrętem na własną matkę, więc go mityguję:

- Hej, facet – nie jestem maszyną, tylko człowiekiem, nie trzeba mnie naprawiać!

- Ty nie jesteś cłowiekiem, jesteś mamuśkiem! – rzecze na to Młodszy.

niedziela, 13 lutego 2005
Budowanie
Na zaproszeniu stało jak byk: przynieść cegły.
I goście nie zawiedli.
My dorzuciliśmy swoje i Monstery oraz goście Monsterów oddali się budowaniu.



Cegły trzeba było zwieźć na plac budowy. Niektórzy dowieźli nawet okna.



Początkowo miał powstać tylko mur.



No i powstał.



Potem pomysł ewoluował. Był dom, więzienie....


Napracowały się dzieci.



Chwila przerwy przy bufecie.



Narada wojenna.



Działo się, oj działo na połączonych urodzinach Monsterów.
Ledwo się skończyły, a ja już myślę, co by tu zrobić za rok.
Monstertata jęknął.


czwartek, 10 lutego 2005
Egzaltacja czy materializm


Nie da się ukryć - Monsterówna jest prawdziwą kobietą.
Uwielbia ciuchy.
Ubiór do przedszkola na dzień następny planuje już po wyjściu z przedszkola dnia poprzedniego. Wieczorem układa wszystko to, co obmyśliła do ubrania, od majtek po sukienkę, na krzesełku w swoim pokoju. Każde ubranko, jeśli tylko przypasuje jej kolorystycznie jest witane wielkim entuzjazmem. Potrafi zrobić przemeblowanie w szufladzie ze swoimi rzeczami, układając obok siebie bluzeczki, rajtuzy i majtki w tym samym odcieniu.
I tak było prawie że od urodzenia - mając dwa i pół roku, Monsterówna ćwiczyła ubieranie się przebierając się x razy dziennie. Naprawdę. Są świadkowie.
 
Monster Młodszy nie jest zainteresowany posiadaniem jakiejkolwiek odzieży na sobie, chyba że jest to bluzeczka z ludzikiem. Z której wyrasta, niestety. Dobrze, że chłopaki nie muszą chodzić w rajtuzach, bo wątpię, czy kiedykolwiek osiągnąłby taką biegłość w ich wciąganiu (nawet tych cienkich!), jak Monsterówna.
 
Trzeba przyznać, że oprócz biernego oporu przed rzeczami kolorystycznie jej nie odpowiadającymi, Monsterówna nigdy jakoś o coś konkretnie do ubrania nie prosiła. O zabawki też nie (list do św. Mikołaja był wyjątkiem, ale przez nas wymuszonym). Nigdy też nie miałam z Monsterówną problemów w sklepie, pt.: <kup mi, kup mi>. (w przeciwieństwie do Młodszego, który gdy raz się przyssał do piłki futbolowej, to prawdopodobnie łatwiej byłoby mi odrąbać mu rączki - kasjerka musiała nachylić się ze skanerem do niego)

Ale jak już Monsterówna coś dostanie, to cieszy się do upadłego.

Nadszedł czas wymiany szczoteczek do zębów, więc nabyłam drogą kupna dla Młodszego szczoteczkę z Puchatkiem, a dla Monsterówny wypatrzyłam różowo-fioletową, choć w zasadzie kiedyś mówiła, że następną szczoteczkę chciałaby mieć żółtą.

Gdy wypakowałam łupy w domu, Monsterówna uklękła przed szczoteczką. Ze łzami w oczach wyszeptała: Mamusiu! Jak ja cię kocham! Ta szczoteczka jest piękna! Ja myślałam o niej, marzyłam o takiej szczoteczce!

Przeegzaltowana ta moja panienka, czy wiek takowy czy jak?
Pytam, bo z własnej autopsji to ja problemów takich nie pamiętam.
Pewnie cieszyło się, że jakakolwiek szczoteczka była w sklepie.


 
środa, 09 lutego 2005
Azyl

-           Mamusiu, napisałam książkę - powitała mnie Monsterówna w drzwiach przedszkola i rozłożyła przede mną gruby plik złożonych i szczelnie zapisanych kredkami kartek.

-          Dzisiaj wieczorem będę czytać sobie swoją książkę- dodała, gdy doszłyśmy do domu.

-          Mam nadzieję, że i nam też coś przeczytasz - westchnęłam - bo ustalenie wspólnej lektury dla obu Monsterów na raz jest arcytrudne i burzliwe

-          No, dobra - zgodziła się łaskawie - w mojej książce jest napisane: <kochana mamusiu, kochany tatusiu, bardzo ładnie posprzątałam i jestem kochana>. I w mojej książce jest mało literek, bo umiem tylko pisać A, G jak Gaja i B jak babcia.

 

Weszłyśmy do domu, a Młodszy Brat najpierw przyjacielsko walnął Starszą Siostrę w plecy, a potem wpił się zębami w ramię, tak, że Monsterówna zapowietrzyła się z płaczu. Po opatrzeniu ran, obtuleniu i obcałowaniu, Kontuzjowana Starsza Siostra oświadczyła:

 

-          Wiesz co, mamusiu, ja chyba jutro napiszę ci lepszą książkę i nie będę jej czytać Robertowi, tylko sama sobie przeczytam. U siebie na łóżku.

 

Bo choć Monster Młodszy mógłby właściwie wejść na górę, gdyby się bardziej postarał, ale drabinka na razie działa na niego jak elektroniczny pastuch: < nie wolno, bo to azyl Gai>.

I dobrze, niech chociaż tam ma Monsterówna spokój. Pocieszam się, że Młodszy przestanie być może gryźć, gdy mu wszystkie piątki wyjdą. Albo wyrośnie z tego? Czy z gryzienia można wyrosnąć?

poniedziałek, 07 lutego 2005
Komercha


- Kiedy pójdziemy do makgydonalda? - rzuciła Monsterówna w porze kolacji, a Monsterrodzice zadumali się wielce nad tym pytaniem.
- A po co się chodzi do Mc Donald'a? - podchwytliwie zaczął inwestygowanie Monstertata
- Po lody i po frytki! - bohatersko odrzekła Monsterówna udowadniając nam, że edukacja w przedszkolu przebiega wielotorowo.

sobota, 05 lutego 2005
No to gramy

-Jesteś księciem i znajdujesz pierścionek, który zgubiłam - zarządza Monsterówna i dyskretnie porzuca swój pierścionek na dywanie.

Monstermama jako Książę Z Bajki kluczy po "lesie", aż w końcu znajduje pieścionek Księżniczki i udaje się pod wysoką wieżę [czyli górne łóżko Monsterówny].

Księżniczka wylewnie dziękuje Księciu, a potem pada następna komenda:

-Teraz zapraszasz mnie na bal!

Monstermama:

- To jesteś Kopciuszkiem?

Monsterówna:

- Nie! Królewną Śnieżką!

Monstermama:

- Masz tam chyba krasnoludki?

Monsterówna:

- Krasnoludków tu nie ma. Poszły do pracy.

Zatem Monstermama jako Książę puka do wrót zamku Księżniczki, przepraszam, królewny Śnieżki i zapytuje:

- Królewno Śnieżko, uroczyście zapraszam cię na bal!

Królewna Monsterówna:

-  Tak, tak. Już się szykuję.

Książe:

- A czy masz swoją karocę, którą możesz dojechać do zamku?

Królewna:

-  Pojadę tramwajem, będzie szybciej, a ty, Księdzu, możesz pojechać autobusem.

Zapytaj się mnie, gdzie masz koronę królewno śnieżko!

Książe:

- Gdzie masz koronę, Królewno Śnieżko?

Królewna:

- Zgubiłam gdzieś w lesie.

Książe:

- To może krasnoludki pójdą ci jej poszukać?

Królewna:

-  One nie, bo są w pracy, a jak wrócą to idą na aerobik i potem to już będzie ciemno. No ale teraz to już tańczymy! Do góry mnie podnieś, Księciu!

Tańczymy. Monsterówna domaga się ciągłych podnoszeń, tak "jak Shrek podnosił Fionę". Wywijamy, że ho ho, w końcu Monsterówna stwierdza:

- Teraz muszę zjeść zatrute jabłko, a ty mnie uratujesz.

Jako jabłko nadgryza ciastko, a potem teatralnym gestem wyrzuca je za siebie (ciastko malowniczo wkrusza się w dywan, jako że jest to kruche ciastko) i aż wstrząsa się z obrzydzenia: Bleee, ohyda, bardzo niedobre to trujące jabłko!

A potem gwiazdorsko osuwa się na podłogę w omdleniu....

Nie reaguję, więc w końcu znudzona leżeniem bezczynnie pyta:

- O Boże Święty! I gdzie są te krasnoludki? I gdzie mój Książe? No gdzie?

Tak się właśnie ostatnio bawimy. Królewna Monsterówna i Monstermama. Czasami przeszkadza nam jakiś giermek, ale wtedy daje mu się rolę wilka/smoka albo króla i odsyła do autek. Czyli do królewskiej floty.
piątek, 04 lutego 2005
Wychowanie w trzeźwości

 

Monstery podzieliły się motorami, nasadziły na motory pamperki i ścigają się. Nagle Monsterówna rzuca hasło:

-          Hej, ty! Jedziemy do sklepu po browarka?

-          Jedziemy! - odpowiada Młodszy

 

Jadą. Przyjeżdżają już chyba do sklepu, bo Monsterówna mówi:

-        Dzień dobry. Poproszę dwa browarki. Dla mnie i dla kolegi.

czwartek, 03 lutego 2005
Narzędzia do lizania


Nie domknęłam szuflady z przyrządami kuchennymi, więc Monster Młodszy natychmiast skorzystał z okazji.
I zaczęło się przepytywanie z funkcji poszczególnych narzędzi.
-  Co to jest,mamusiu?
- To jest nóż do krojenia pizzy....Auuu! Pizzy, a nie mamy!
Monster odkrył fascynujący dźwięk noża do pizzy jeżdżącego po podłodze....
- A to co?
- To tłuczek do mięsa...
Tłuczek znalazł zastosowanie przy wbijaniu zabawkowych gwoździ, do których drewniany młotek schowałam gdzieś głęboko, bo Monster uderzał nim nie tylko zabawkowe gwoździe (zauważam, że zdolność do chowania rzeczy i niemożności ich późniejszego znalezienia jest dziedziczna po kądzieli - dochodzą mnie słuchy od Monsterbabci i Monsterprababci o takowych przypadkach, chowa i nie znajduje rzeczy także Monsterówna)

Po przeglądzie drewnianych łyżek, otwieraczy, fascynującej trzepaczki, Młodszy wyjął mieszadła od miksera i trafnie zauważył: A to do lizania! Celwone dla Gai, a białe dla Lobelta!

Archiwum
do Monsterowa tędy