wtorek, 31 stycznia 2012
Jedenastolatka




Swoich pierwszych nastoletnich urodzin Monsterówna zdecydowała nie celebrować, jak to przez tyle poprzednich lat bywało, cukierkami. Stwierdziła, że w ogóle przemilczy ten fakt w szkole, co jest o tyle zrozumiałe, że żadnej z koleżanek nie zaprosiła na swoją imprezę.
Ponieważ tegoroczne party postanowiła kameralnym uczynić i przemienić w długą noc z najbliższymi przyjaciółkami.

Tak to się zmienia, proszę Państwa, gdy kończy się pierwszy rok drugiej dekady życia.



Jaka jest nasza Monsterjedenastka, oprócz tego, że miła, dobra, pracowita i kochana?

Szóstkowa matematyczka:) Prymuska klasowa. (Przewodnicząca stawiana za wzór).


Rogata bywa, ale to dobrze, niech ćwiczy na najbliższych asertywność i ping-pong słowny, przyda jej się w życiu. Gorzej, gdy wychowana przez brata, wie, gdzie celnie uderzyć, kiedy słowne argumenty nie wystarczają. Znaczy, radzi sobie.
A z jej wadami, jest jak ze słabymi stronami, o których musisz o sobie powiedzieć na rozmowie kwalifikacyjnej w sprawie pracy, choć wiadomo, że przyszły pracodawca chce mieć niewadliwego pracownika - "jestem tak pracowita, że nie myślę o urlopie, tylko o tym, co by jeszcze w swoim wolnym czasie dla pracodawcy zrobić, przerobić oraz udoskonalić" , a także "jestem do bólu drobiazgowa, dlatego moje projekty są dopracowane i obszerne, co nie wpływa na ich punktualne oddawanie", tyle, że u niej nie trzeba nic wymyślać. Jej wady są zaletami w gruncie rzeczy, a szkodliwe mogą być tylko dla niej samej.

Zatem troszkę większego dystansu do siebie życzę Monsterównie na nadchodzące nastoletnie lata i żeby potrafiła znaleźć radość we wszystkim, co robi, nawet w zadaniu z języka polskiego.

Leć, córeczko! Twoje skrzydła są wystarczająco silne!


niedziela, 29 stycznia 2012
niepierwsze starcie




Och, muszę przyznać niestety , iż posiadanie samochodu ma też dobre strony. Złe strony mam na swoim sumieniu (trucie środowiska) i drenaż portfela ogromny, z tankowania na tankowanie coraz większy, ale w porównaniu do przywdziewania przeciwdeszczowego ubranka na rower jest szybciej i na pewno lżej. Oraz do sklepu po drodze można podjechać, zakupy do bagażnika wrzucić, a nie dźwigać na ramie. Wygoda. I nawet argument o marnowaniu czasu po drodze odpadł, gdy z dna pudła z kasetami wygrzebałam kurs włoskiego dla podróżnych. Albowiem jeszcze do świąt chlubiłam się tym, że moja pracofura jest bardzo vintage - ma kaseciaka jako odtwarzacz muzyki. Wreszcie odstawione w mrok piwnicy kasety, tdk-i zdobyczne z pieczołowicie przegrywanymi longplay'ami  (a monstertata jeszcze opisywał swoje na maszynie do pisania - to są egzemplarze o historycznym znaczeniu!) otrzymały drugie życie. Jednakże wszystko ma swój kres. Choć pracowóz jako taki, choć wiekowy (mogę udawać, że gdybym go swego czasu kupiła za seniorską pożyczkę w korporacji jako nówkę, to właśnie byłby w tym wieku) jest bardzo sprawny i stuka w nim tylko, gdy przytrzasnę pasek od kurtki, to kaseciak powoli odmawiał posłuszeństwa.
A szkoda.
Już nawet Monsterino wskakujący na tylną ławkę i domagający się love me, love me, say that you love me (bo katowałam ścieżkę dźwiękową z Romea i Julii) rozumiał, że trzeba będzie poczekać, aż przewinie się kaseta do końca, żeby ponownie wysłuchać tego utworu (przycisk przewijania zawodził).
W każdym razie Gwiazdor przyniósł supernowoczesne radyjko i po przebrnięciu przez grubaśną instrukcję, bo guziczków na nim jak mrówków, znowu mogę powtarzać za lektorem coś w stylu: Dove il Vaticano? .
Już jestem na dziesiątej lekcji i powoli potrafię wydukać zamówienie w restauracji, ale nie napiszę tutaj brawurowego dialogu, gdyż moja znajomość włoskiego ogranicza się do mówienia. Powtarzam monstertacie to, czego się nauczyłam, czasem nie dosłyszę, bo dmuchawa grzania za głośno chodzi, a wtedy wychodzą śmiesznotki, na które monstertata, jako italiański specjalista, fuka.
I tu dochodzimy do sedna naszej ostatniej rodzicielskiej rozmowy.

Jesteśmy z monstertatą reprezentantami różnych technik nauki języka obcego: ja uważam, że nauka całych wypowiedzi w dialogach stosownych do sytuacji jest lepsza, bo pozwala na wcześniejszą komunikację, a ta jest dla mnie priorytetem w nauce języka, natomiast monstertata stoi po stronie tradycyjnej nauki, języka jako całości, poprzez gramatykę jako podstawę i w obronie swego stanowiska przedstawia mi przykładowo ostatnie przesłuchiwanie Monstera, które brzmiało jak żywcem wyjęte z Dnia Świra.

Gdyż Monster owszem, powie bez zająknięcia: They are talking. They are introducing themselves to each other. I nawet prośbę: Introduce yourself zrozumie mówiąc: I am 8 years old and I have blond hair, ale gdy monstertata zapytał go, jak jest "oni" po angielsku, to wymiękł.
Teraz ma to na kartce nad łóżkiem i wkuwa, ale fakt, że obecnie takich odmienianek nie wymagają na jego poziomie. Ma powiedzieć jaki jest "tiger" i co ma na sobie, ale już zamiana "tiger" na "he" kuleje.
Monsterówna ma już przemyconą odmianę to have, ale to też przy okazji jakiegoś dialogu.

Mnie się podoba ich sposób nauki. Że uczą gotowych zwrotów, płyty dołączane do podręczników i piosenki przemycające całe struktury gramatyczne są genialne w porównaniu do czasów, gdy my uczyliśmy się z siermiężnych, szarych podręczników i dukaliśmy I am, you are, he/she/it is,

ale

faktycznie byliśmy starsi, gdy się tak uczyliśmy. Rozumieliśmy, co oznaczas słowo odmiana i jak przebiega budowa zdania. A to ma dopiero teraz, w czwartej klasie, Monsterówna.

Koniec końców wzięliśmy się za Monstera. Bo gdy przejrzałam jego niedokończone zeszyty ćwiczeń oraz dotarłam wreszcie do słynnego zeszytu z religii, to zrozumiałam dlaczego został tak nisko oceniony.

Ja bym mu nawet tyle nie dała.

Zmiana naszego stanowiska została zakomunikowana Monsterowi w niezbyt przyjaznej atmosferze, co Monsterówna mi skrzętnie wypomniała.

Znowu mnie poniosło, ale tak nie może być, żeby dziecię u progu swej edukacji już lekceważyło swoje obowiązki. I teraz sobie zrobiliśmy kłopot, bo po szkole Monster wraca do domu, zamiast leniuchować w świetlicy, by wyspowiadać się ze swoich zadań, a dopiero potem trzeba zawieźć z powrotem na zajęcia. 

I granie czy tv zostało ograniczone tylko do weekendów. Dopóki nie pokaże,  że jego podejście do pracy się zmieniło. Howgh!


wtorek, 24 stycznia 2012
nieznane ścieżki jego

Wirus krążący po Monsterowie jest sprytny, nieprzewidywalny i bezimienny. W przypadku Monsterina zaatakował znienacka małym pawikiem oraz trzydniową gorączką (trzydniówka?). Gdy osłabionego Monsterina stawialiśmy na nogi, większym pawiem ukazał się Monsterowi. Ale bez gorączki. (jelitówka?)
Monster na granicy przeżywalności się snuje. Bez sił, bez ducha, kompletnie jak nie on.
Na szczęście jest babcia, która piecze, gotuje, rosołkiem poi, desery podsuwa, lekturą uszczęśliwia (jeśli jest na sali lubiący makabrę ośmiolatek, to Monster poleca Blarta - chłopca, który nie chciał ratować świata), więc jest nadzieja na zmartwychwstanie.
Nie pytamy, kto następny stanie się ofiarą naszego gościa. Może go mróz zamrozi.

***
Zupełnie wcześniej postanowiłam z racji nadchodzącej sesji zrobić sobie ostatnie piątki wolne.
W celu naukowym.
W pierwszy wolny piątek patrzyłam na rozłożone książki, a w tym czasie z lubością gotowałam obiad oraz pucowałam kąty (a ja przecież gotować nie lubię!) - znacie to, studiujący, prawda? Wykwintność, a i pracochłonność dań w czasie sesji jest odwrotnie proporcjonalna do czasu jaki pozostał do egzaminu...
W ostatni piątek przed egzaminem miałam wymówkę,  bo gorączkujący Monsterino siedział ze mną przy stole.
Dzielnie dłubał ołówkiem drogę w labiryntach, bo teraz labirynty są na topie. Ewentualnie połącz kropki, bo wtedy można liczyć do 39, na przykład.
W końcu się znudził i przez trzy godziny słuchał ciurkiem audiobooków o panu Kuleczce, a ja starałam się przerobić zadania. Tylko, że wtedy wróciła już ze szkoły Monsterówna:
 - To niesprawiedliwe! - obruszyła się - Dlaczego liczysz na kalkulatorze, a ja muszę pisemnie!
Zostało mi tyle czasu, by gruntownie przejrzeć notatki oraz same odpowiedzi do zadań.
Jakoś zdałam, nie był trudny.
- Ile było szóstek? - zapytała Monsterówna po ogłoszeniu moich wyników, choć PRZYSIĘGAM, że nigdy w życiu nie zadałam jej takiego pytania.
Monsterino wrócił do przedszkola (ćwiczy rolę na dzień babci) i właśnie chwieje mu się druga dolna jedynka.
Bo pierwsza wypadła dokładnie w dniu pięć i pół lecia, czyli ponad miesiąc temu, czego nie ogłosiłam wszem i wobec.
No, ale przecież jako trzecie dziecko powinien się cieszyć, jeśli w ogóle o nim pamiętamy;)



środa, 18 stycznia 2012
odbicie piłeczki


Początkowo jest się dla dzieci alfą i omegą, normalnie matką wszechmogącą. Potem życie to weryfikuje, powoli wiedzą, że pan Google potrafi dostarczyć konkretniejszych informacji niż matka, chociaż staram się mocno i nigdy NIGDY nie mówię, że czegoś nie wiem, tylko, że sprawdzę, potwierdzę, na obrazku LEPIEJ pokażę (to musi być jakaś postszkolna trauma prymuski). Ale pewnych uwarunkowań nie przeskoczę, więc skoro w pracach ręcznych nie bryluję, wiedzą, że jeśli same czegoś nie zrobią, namalują, wykreują, to w naszym domu nikt im nie pomoże.

Zatem kiedy Monster zaskoczył mnie pytaniem i prośbą:
- Czy mogę coś przyszyć? Chciałbym coś poszyć... - miałam ochotę wystrzelić w górę z triumfalnym okrzykiem - yes, yes, yes, - wreszcie sam będziesz zaszywać dziury w swoich spodniach i zwęzisz dresy! Ale strategicznie się powstrzymałam.

Bowiem znany jest fakt, że nic tak nie pociąga dzieci, jak czynności zakazane.

- No wiesz, - zaczęłam usilnie rozmyślając, w którą stronę potoczyć dyskusję
- to jest niebezpieczna sprawa... taka igła...

Bingo! Oczy Monstera rozbłysły znanym mi blaskiem i Monster rozpoczął swój typowy jęk błagalny, dotąd spotykany jedynie przy prośbie o przedłużenie grania na komputerze choćby o pięć minut.

Wspaniałomyślnie zgodziłam się, gratulując sobie w duchu. Wprawdzie cierpliwości starczyło mu na jedną dziurkę, ale za to jak dumnie paraduje w zaszytych przez siebie spodniach!

A Monsterówna chodzi znowu w burzowym nastroju, bo pani od polskiego, surowa i wymagająca, skrytykowała (słusznie zresztą) jej sposób opowiadania i teraz dziecko się zestresowało, a kolejne opowiadanie zostało zadane.
Bowiem styl opowiadania Monsterówny jest specyficzny. Choć Monsterówna generalnie gadatliwa jest, jednakowoż zazwyczaj wątek główny jej opowieści rozwija się w niezliczone dygresje oraz detale, co jest urocze i takie bardzo charakterystyczne, ale jak najbardziej rozumiem panią. Bo i my, niestety, przewracamy (dyskretnie!) oczami, gdy Monsterówna zaczyna od opisu konkursu na rozgrzewce przechodząc przez niuanse ubioru koleżanek (co jest dużym wyczynem zważywszy, że mają jednakowe stroje do ćwiczeń), a konkludując szczegółowym opisem pracy domowej, która być może (chyba! prawdopodobnie!) jest dla chętnych, ale chyba (może! przypuszczalnie!) ją jednak wykona.

Nie mam pojęcia jak przeszła od zawodów do pracy domowej, widocznie układałam wtedy w myślach listę zakupów.

To brzmi jakbym ignorowała wypowiedzi Monsterówny, ale tak absolutnie nie jest. Wierzcie mi - żeby wyłowić clue jej wywodu nie można śledzić jej bez przerwy, bo po paru dniach wyląduje się w psychiatryku. Przynajmniej ja tak mam - nie jestem w stanie znieść takiego poziomu drobiazgowości.

W każdym razie Monsterówna narzeka, że pani żąda wstępu, rozwinięcia i zakończenia oraz tępi yyy i eee podczas odpowiedzi.
Jak dla mnie super, chociaż rzecz jasna nie powiedziałam tego córce tak prosto z mostu. Perfidnie zastosowałam jej własną broń - poprosiłam ją o opowiedzenie, jak sobie wyobraża wymarzoną lekcje języka polskiego.

Niestety, w tym przypadku Monsterówna miała dla mnie jednowyrazową odpowiedź: likwidacja.



poniedziałek, 16 stycznia 2012
skrawki jak skrzydło motyla


- Bardzo lubię słuchać o takich rzeczach - podsumował Monster swój długi a w szczegóły obfity wywiad o dzikim plemieniu Indian w dorzeczu Amazonki żyjącym prymitywnie jak w epoce paleolitu

- Chciałbym tak żyć - rozmarzył się Monster, znany piroman - tak polować, samemu krzesać ogień...

- Wodę nosić zamiast do szkoły chodzić - wtrąciłam złośliwie, bo jakiś czas wcześniej Monstery argumentowały a propos życia w Afryce, że nie miałyby nic przeciwko całodziennym wyprawom po wodę, jeśli miałoby to oznaczać brak szkoły. O tempora, o mores!

Cała ta opowiadaniowa akcja miała być jawnym odwróceniem uwagi przez zagadanie, bo chwilę wcześniej wyszło na jaw, że na poniedziałek potrzebne są materiały do kolażu, "patrz str. 62 w ćwiczeniach", a monsterowe ćwiczenia zażywały właśnie weekendowego odpoczynku w szkolnej szafce.

Delikatnie się wydarłam (przecież mówiłam, że masz zabrać ze sobą wszystkie książki!), a potem nakazałam dzwonić po kolegach.
Monsterowa pamięć odświeżyła się szybko - miały być tkaniny różne oraz sztywna kartka a3.
No to przytaszczyłam z piwnicy jedno z pudeł opatrzonych etykietką "do szkoły", a Monstery żwawo rozpoczęły eksplorację.

I wtedy Monsterowi przypomniało się, że ten kolaż to będzie o dżungli amazońskiej, a że akurat w tym kartonie zielonego materiału nie było, to pospiesznie zbiegłam po drugie pudło. Pamiętam, że spory kawał zielonego materiału został nam po którymś rajdzie wiosennym.
Trochę pokopałam w piwnicy, fakt, ale ile mnie mogło nie być? Kwadrans maksymalnie.
Widok, jaki zastałam po powrocie wskazywał, że już na pewno na lekcję muzealną nie mamy szansy zdążyć, ba! jakiekolwiek wyjście przed zmierzchem stało pod znakiem zapytania.





Odkurzacz przywiozły profilaktycznie: żebym się nie denerwowała bałaganem, kanapkownicę - bo zgłodniały i zrobiły sobie grzanki, żelazko, bo materiały były pogięte oraz, nie widać dokładnie, ale Monsterówna siedzi obok przybornika z całym zestawem igieł i nici, bo postanowiła uszyć lalce sukienkę.
Nawiasem mówiąc, Monsterowi prasowanie tak bardzo przypasowało, że nie skończył na skrawkach, ale wyprasował swój dobok oraz judokę Monsterina, a także ze dwie swoje bluzy! I w ogóle się nie poparzył (co nadrobił z nawiązką dzień później, gdy smażył camemberty, ale to już zupełnie inna historia). Wydaje się, że najbardziej zauroczyła go opcja turbo wybuch pary.
Kiedy Monsterówna zobaczyła, że Monster prasuje, nie mogła odpuścić i tak wyszło, że nawet nie miałam pretekstu, by wieczorem posiedzieć przed tv, skoro dzieci wszystko wyprasowały. A bez prasowania to nie wypada.
Monsterino nie brał udziału w wyścigu do żelazka.
On się wywyścigował w przedszkolu, na zimowych igrzyskach. Że paniom się chce! Dzieci robiły narty z kartonu, a potem jeździły na nich wyklejoną na sali trasą,  z niebieskiego plastiku było lodowisko, można było też malować pastą do zębów, o rzucaniu papierowymi kulami śnieżnymi już nie wspomnę! To wszystko, żeby zrekompensować dzieciom brak śniegu za oknem.
Monsterino wyżył się kreatywnie, więc w weekend w odróżnieniu od starszych, pragnął się uczyć.
- A wiesz, od jakiej litery nie zaczyna się w Polsce żadne słowo? - zapytał znienacka, bo ostatnio zintensyfikował wysiłki, by samemu zapoznawać się z treścią książek, bo ja mu za krótko czytam.
Jego umiejętności kończą się na przeczytaniu niektórych sylab, ale nie zniechęca się, co jest miłą odmianą po Monsterze (który na szczęście nie musi już czytać głośno, strasznie to raniło nasze uszy, a po jego cichym przeczytaniu lektury tylko sprawdzam go z treści). - i o czym jest ta książka, poczytasz? - dźgnął palcem okładkę mojego wentyla bezpieczeństwa, mojej ostatniej instancji, czyli wiecie, tej o rozwoju psychicznym dziecka
- Sprawdzasz, czy jestem psychiczna? - zadrwiła przechodząca obok Monsterówna, bo zauważyła, że otworzyłam tom o nastolatkach

Niniejszym chciałam zaznaczyć wyraźnie, że nie jest.
Nawet okazało się, iż jedenastolatki mają znowu wahnięcie nastroju w dół i to, że nie chce zostawać sama w domu, a już chciała, to też jest typowe dla wieku. Ha!
Ale nie jest tragicznie. Wręcz przeciwnie - jeśli Monsterówna jest na tyle wieczorem wyluzowana, że czyta sobie DLA PRZYJEMNOŚCI, to znaczy, że okrzepła (w sumie to, że sama z siebie chce wrócić na dodatkowy angielski też jest tego oznaką).
Teraz zastanawiam się, który monsterchłopiec będzie z kolei przeżywać załamanie. Bo przecież cała trójka nie może być w wyżu na raz. Tylko dlatego, żeby potem nie przyszedł na raz niż.








czwartek, 12 stycznia 2012
wywiadówka


W zamierzchłych czasach, choć dinozaury były już wtedy historią, czyli gdy Monsterrodzice chodzili do szkoły, ich rodzice bywali w szkole na zebraniach pewnie tak do trzech razy w roku. Dzienniczków nie było, nie pamiętam, żebym specjalnie zwierzała się z terminów sprawdzianów, a oceny ukazywały światło dzienne na wywiadówkach.

W dobie dzienników elektronicznych, bardzo zresztą krytykowanych przez młodzież, oceny półroczne nie są niespodzianką. W szkole Monsterów funkcjonują jeszcze starodawne dzienniczki, więc Monstery mają kontrolę nad terminem przekazania dobrych i złych wiadomości (stąd Monster często gęsto dzienniczka nie przynosi), ale i tak wiemy, mniej więcej, co się dzieje. Zebrania są w końcu co miesiąc.

Niemniej jednak, gdy ocenami, nadal opisowymi, podzielił się Monster, zachowaliśmy się raczej jak chińska niż zachodnia matka i zamiast pochwalić Monstera za te wszystkie bardzo dobrze opanowane umiętności, to skrzywiliśmy się nad religią.

- DOSTATECZNY?!

- To jest propozycja ocen - nieśmiało wtrącił Monster

- Masz w piątek pójść do siostry i ustalić, co masz zrobić, żeby mieć dobry. JAK MOŻESZ MIEĆ DOSTATECZNY Z RELIGII?!

Muszę przejrzeć wewnętrzny system oceniania w szkole i ten ustawowy, bo kompletnie nie orientuję się, kiedy należy się szóstka i czy religia wlicza się do średniej, ale dotąd nie miało to znaczenia. A powoli zacznie mieć.

Bo podobno szóstka obecnie powinna być traktowana jak piątka w naszych czasach, a w szkole Monsterów szóstka jest nadal za wybitne, ponadprogramowe osiągnięcia.

Więc gdy Monsterówna ma szóstkę z muzyki, to wiem, dlaczego. Bo w końcu gra na flecie o niebo lepiej od reszty, która ledwo zaczęła. Natomiast z reszty przedmiotów ma piątki. Choć w niektórych przypadkach wychodziła jej średnia bliżej szóstki, tyle że na przykład z plastyki nie brała udziału w konkursach pozaszkolnych, a z matmy jeszcze nie było konkursów. Teraz to nie ma znaczenia, natomiast przy konkursie świadectw do gimnazjum jej piątki mogą przegrać z szóstkami z innych szkół.

Chyba, że przedwcześnie panikuję.

A jak oceniane są Wasze dzieci? (i czy, jeśli w ogóle, tym się przejmujecie- Wiem, Magdo od EiZ, wiem;))


wtorek, 03 stycznia 2012
antydepresant


Nie ma lepszego sposobu na walkę z poświąteczną depresją jak zdrowa porcja ruchu. Toteż gdy ramię w ramię uwalnialiśmy dom od dywanu z confetti i balonowych flaczków, przerabialiśmy kolejne porcje kieliszków w zmywarce i gdy już wszystkie meble po sylwestrowej imprezie wróciły na miejsce, mogliśmy spokojnie podziękować Trzem Królom, że ten tydzień pracy dzięki nim taki krótki jest.

Aczkolwiek tylko jedno dziecko broniło się przed powrotem do placówki. To najstarsze. Postanowiliśmy zgodzić się z Monsterówną, że szkoła jest okropna (tak radzą w Mądrych Książkach). Monstertata, starając się nawiązać kontakt z naszą nastolatką in spe, podzielił się wspomnieniem, jak to on też (czasami!) nie lubił szkoły. Mnie takie kłamstwo nie przeszło przez usta... W każdym razie po poniedziałkowym zrywie nocą właściwie (Monster zapragnął znaleźć się również o siódmej w szkole, co tym bardziej rozjuszyło Monsterównę, nie mówiąc już o Monsterinie, który spakowany do przedszkola był już wieczorem, co nie jest normą), i po dwugodzinnej siłówce, gdy okazało się, że wcale nie ma zakwasów, jakoś łagodniej potraktowała perspektywę kolejnych dni.

Ale odlicza do ferii.

Jak my wszyscy.

A co tam u Was w Nowym Roku?


Archiwum
do Monsterowa tędy