czwartek, 31 stycznia 2008
środa, 30 stycznia 2008
wtorek, 29 stycznia 2008
poniedziałek, 28 stycznia 2008
niedziela, 27 stycznia 2008
piątek, 25 stycznia 2008

Monsterino, stękając z wysiłkiem, dotaskał obie lalki-dzidziusie Monsterówny do łazienki, gdzie dokonywałam porannych ablucji.

W ostatniej chwili uratowałam elegancko przebrane w piżamki lalki od zamoczenia (zwłaszcza tej z baterią inside kąpiel by nie posłużyła)

- Kąpu! - zarządził Monsterino starając się popchnąć lalki z powrotem do wanny

- Nie mogą się teraz kąpać - odpowiedziałam - zabierz lalki do łóżeczek, to są lalki Gai, zanieś je Gai! - poparłam polecenie ruchem ręki

- Nieeee - odpowiedział to, co najczęściej - Moje! Moje! Moje! Nie Gaja! - a potem wykonał klasyczny odrzut do tyłu na mokrą podłogę

Po 15 minutach od porannej walki z ubieraniem się czekała mnie nowa. Mogłabym wstawać pół godziny później, gdybym nie musiała ubierać rano Monsterina i pewnie z godzinę wcześniej mogłabym chodzić spać, gdybym nie musiała usuwać pomonsterinowych zniszczeń w domu.

Albo cierpię na amnezję wybiórczą, albo naprawdę starsze Monstery nie były aż tak upierdliwe w codziennej obsłudze. Monster też niszczył, to fakt, może to chodzi o wielkość mieszkania. Większą powierzchnię, którą można zdekonstruować, zawładnąć i niepodzielnie rządzić (może o to chodzi, w rozmieszaniu przez Monsterina zabawek w każdym kątku mieszkania, oznacza terytorium?)

Monsterino od rana do wieczora przenosi, przekłada, drze, ściąga, wylewa i dekompletuje.

Wszystki puzzle są wsypane razem, bo jednym ruchem zwalił zawartość pułek z grami na podłogę i wymieszał. Monstery, całkiem słusznie zresztą, stwierdziły, że nie ma sensu ukladać puzzli na nowo, skoro Monsterino zaraz je wyrzuci znowu. Szkoda mi bardzo, że w gry planszowe musimy ze starszymi grać tak rzadko, bo Monsterino nam przeszkadza. Udaje się w czasie jego drzemki, a gdy nie dokończymy, to zabiera nam pionki, karty i kostkę i wieje, gdzie pieprz rośnie.

Wyrośnie z tego, pewnie, że wyrośnie.

Tylko, czy do tego czasu Monsterom starszym nie przestanie się chcieć grać...

Końcowe odliczanie przed ostawianiem czas zacząć. Pierwsza noc z soboty na niedzielę - proszę o wzmacniające fluidy.

czwartek, 24 stycznia 2008

- Oj, jak nie będzie szedł do mamusi, to go pani zabierze! - zaskrzeczała starsza pani i pogroziła laseczką jednocześnie uśmiechając się przymilnie, więc Monsterino nie odebrał słów do siebie i pooooszeeeedł w długą gonić gołębie.

- I niech go pani pilnuje! - doszło do mnie jeszcze

Od kiedy Monsterino chodzi, czyli właściwie od niedawna, w ten jeden dzień w tygodniu, gdy jest ze mną w pracy, chodzimy na Stary Rynek na obiad. Wychodzimy mniej więcej o pierwszej, co by nie było już tłumów pod Koziołkami, zatem połacie rynku pustawe, bo umówmy się, poza jarmarkami czy okresowo innymi imprezami, po poznańskim rynku nie przechadzają się hordy turystów. Szczególnie w zimie.

Monsterino biegnie szeroką ławą, ja nadzoruję, powiedzmy z dystansu. A on, to w lewo, to w prawo, gołąbek, pet, papierek.

Dopadam go, odbieram śmieci, przyjmuję atak szału w odpowiedzi i idziemy dalej.

Od września, bo wcześniej przemykałam przez rynek wózkiem, jeszcze nie zdarzyło się bezuwagowe przejście.

Nie, żebym specjalnie zagadywała starsze panie czy starszych panów pomykających z siateczkami/laseczkami/zakupami/własnymi wnukami czy prawnukami. To jakoś tak samo się napatocza.

- Oj, oj, nie biegaj tak mamusi, bo się spocisz!  - (już prędzej ja - mamroczę pod nosem)

- Gdzie tak biegniesz! Bo się przewrócisz! (no i co z tego - ciskam w myślach, niczym Monsterówna)

- Bo cię pani weźmie! (proszę bardzo, odwieziesz z powrotem na sygnale - formułuję zgrabną odpowiedź w myślach, a uzewnętrzniam ją fałszywym uśmiechem na licu)

- Taki ładny chłopiec, a taki niegrzeczny!  (zdefiniuj: niegrzeczny)

- To nieładnie tak uciekać mamusi, wstydź się!  (taak, uciekanie jest szalenie nieestetyczną i wstydliwą czynnością)

Wczoraj zdarzył się pierwszy bezuwagowy spacer. Pewnie dlatego, że aura nie teges, a może dlatego, że stwierdziłam,  że w końcu odpowiem tym paniom.

Obawiam się jednak, że nic to nie da. Że nie usłyszą, nie zrozumieją, nie dotrze do nich. Przecież one to z dobrego serca mówią!

Im też tak mówiono, a wczesniej ich matkom.

Bezrefleksyjne powielanie schematów.

środa, 23 stycznia 2008
wtorek, 22 stycznia 2008

Nie patrz  na mnie!

Widzisz, mamusiu, widzisz? Czemu się tutaj nie patrzysz! Zobacz, zobacz, zobacz!!!

Uch, jakie życie jest straszne!! Nikt mnie nie kocha, mam okropnych braci, głupią mamę i strasznego tatę.

Na nic mi nie pozwalają.

Gupia, gupia, gupia... tak, i co mi zrobi...na mamę estem okropnie wściekła.

I co z tego, że mówiła, że to ostatnia bajka, a ja chciałam jeszcze obejrzeć.

I się znowu zdenerwowałam. I co z tego, że jestem zmęczona? I tak nie lubię przedszkola.

Nie lubię Klaudii, Zuzi i Agnieszki. I Ali nie ma i pani nie wie dlaczego. Kiedy ta Ala przyjdzie, bo się chcę z nią bawić. KIEDY? Nie wiesz? Ty nic nie wiesz!!!

Nie cierpię myć zebów.

Nie cierpię zasypiać.

Nie ciepię wstawać.

Lubię sobie pospać.

Lubię sobie siedzieć długo i rysować.

Nie lubię być niewyspana.

Mama obiecała, że mnie obudzi wcześniej, żebym miała czas się rano pobawić. I nie obudziła!!!

Ale jestem zmęczona, gdy tak rano wstaję...

Mama NIGDY ze mną nie rozmawia. Chcę jej jeszcze powiedzieć, a ona mówi, że długo już siedzimy i muszę iść spać,a  ja nie chcę.

Uch, jak ja jej nie cierpię!

I mojego brata też nie cierpię. Już go nigdy nie wpuszczę do pokoju.

A Teosia lubię, ale dlaczego on idzie zawsze do mamy, a nie do mnie. TO NIESPRAWIEDLIWE!!!!

I nie mam siostry! I mama nie ma w brzuchu dzidziusia! To niesprawiedliwe, Patrycja ma 3 siostry, Zuzia ma dwie siostry, nawet Stasia ma siostrę.

A JA NIE!

Uch, jak ja nie cierpię przedszkola. Nie lubię placków ziemniaczanych i wątróbki. Fuj. Nie lubię bułki z nutellą,bo oni tyle smarują, że mi niedobrze. Najbardziej lubię płatki z mlekiem.

Dlaczego mam takie duże biurko???

Ja chcę małe biurko, wtedy miałabym porządek, a teraz mam bałagan.

tak. CHICIAŁAM duże biurko, ale teraz CHCĘ małe.

Ja chcę spać z mamą, a mama mówi, że nie ma miejsca u niej w łóżku. TO NIESPRAWIEDLIWE! Teoś śpi z mamą.

Jedziemy dzisiaj na narty?

Nie?

Dlaczego nie jedziemy dzisiaj na narty? Ja chcę na narty!

Kiedy wreszcie będę mieć popołudnie dla siebie. Ciągle gdzieś jeździmy, a ja nie mam czasu, żeby napisać książkę.

Dzisiaj?

Nie. Dzisiaj chcę jechać na narty.

Jedziemy do babci w piątek?

Ja nie chcę!!! Ja chcę dzisiaj!

Jestem zła!

Co jest dzisiaj na śniadanie? Płatki?

Ja nie chcę! Ja chcę bułkę z nutellą!

Przyjdziesz po nas dzisiaj wcześniej?

Nie? To niesprawiedliwe!!! Marysia wychodzi do domu zaraz po podwieczorku!

Dlaczego tak wcześnie przyszłaś, chciałam się jeszcze pobawić!!

TO JEST NAJGORSZY DZIEŃ MOJEGO ŻYCIA!!!

poniedziałek, 21 stycznia 2008

Poszłam z Monsterinem odwiedzić prywatny żłobek.

W środku ładnie, czysto, przytulnie. Monsterino od razu zabrał się do zabawy, a ja rozmawiałam w tym czasie z dyrektorką. Inne dzieci bawiły się obok, wszystkie wyglądały na zadbane i szczęśliwe. Pani dyr. okazała się kompetentną, ciepłą osobą.

- Idealne miejsce dla Monsterina - pomyślałam sobie

I wtedy pani dyr. wyciągnęła papierosy z kieszeni i przysunęła w moim kierunku:

- Zapali pani? - zagadnęła

- Ja nie palę! - wykrzyknęłam zdumiona - I pani też nie powinna! Jak to? Przy dzieciach!

Dyrektorka zaciągnęła się głęboko i wypuściła kółeczka dymu.

- Bez przesady! - rzekła - nikt nie udowodnił, że to ma jakikolwiek wpływ na choroby!

Co za koszmar!

I wtedy się obudziłam.

Aż się dziwię, że zdążyło mi się dzisiejszej nocy cokolwiek przyśnić, skoro milion-brazylion razy budziłam się, bo budził się zakatarzony Monsterino. Za każdym razem sięgałam po fridę, wyciągałam gluty, Młody zasysał mnie i miałam wrażenie, że za chwilę powtarzam znowu to samo. W sumie powinnam się cieszyć, że to tylko katar i to nie zielony, na razie, no i spływa, a nie betonuje nos. Choć Monsterinowi od razu odkaszluje się jak w studni. A i tak bardzo długo w tym roku wytrzymuje bez infekcji i ostatni w domu złapał katar, mimo, że Monstery smarkały w zeszłym tygodniu. Czyli chyba łapie jakiś tam wyższy poziom odporności i oby tak dalej. Aczkolwiek obserwuję, że jak tylko pomyślę o tym, że może już czas by Monsterino wrócił na zajęcia na basenie, od razu psiknie albo kaszlnie i się wycofuję z pomysłu.

Natomiast już jestem zdeterminowana, by zakończyć monsterinowe karmienie. Już mam dość, czuję się powyciągana i wykorzystana.

Zatem wysyłamy Monstery na tydzień ferii do dziadków, a ja nastawiam się na nieprzespane noce, wycie, sceny i zgrzytanie zębów.

Trzymajcie kciuki!

środa, 16 stycznia 2008


to nie Monstery oblepiły Marycha




Monstery w tym czasie wchłaniały rosół po egipsku.
Monsterówna dokonała przy kelnerze skróconej recenzji potrawy. Na pytanie, czy smakowało, odpowiedziała, że na początku wyglądało obrzydliwie, ale było przepyszne. Kelner roześmiał się nerwowo.

A potem maszerowaliśmy przez miasto owładnięte Orkiestrą, a serduszka nie chciały się przyklejać i gubiliśmy je po drodze, toteż co i rusz Monstery postulowały wrzucenie grosiwa do puszki, by okleić się ponownie.
W pewnej chwili musiałam zahaczyć o bankomat, tyle nam się serduszek pogubiło, zatem czuję, że w tym roku rzeczywiście dofinansowałam Orkiestrę...

Przy końcu spaceru przypomniało mi się, że jeszcze chciałam Monsterom zbroje i działa pokazać, więc 35 minut przed zamknięciem muzeum weszliśmy do filii Narodowego na Starym Rynku.
Pani bileterka uniosła brwi, pani szatniarka zamarła w pół kroku, a dwoje ludzi pilnujących ekspozycji przestało rozmawiać.

Obejrzałam się.
Oprócz trojga Monsterów i mnie w muzeum nie było nikogo.
Pani bileterka odzyskała głos:
- Ale ja pani już nie sprzedam biletów!
- O, a to dlaczego, przecież mamy jeszcze 35 minut do zamknięcia? - rzekłam spojrzawszy na zegarek.
- 15 minut, bo potem już musimy zamykać! - obraziła się pani bileterka - nie da się wszystkiego tak szybko zobaczyć
- Damy radę! - uspokoiłam panią - przyszliśmy tylko zobaczyć zbroje i działa
- Ale, ale! - nagle włączyła się pani szatniarka - trzeba zostawić kurtki! (to było do Monsterina, który z okrzykiem "łał, ale KÓŁKA!" ruszył w stronę armat.

Pozbawiłam Monstery odzieży wierzchniej i pobiegłam za Monsterinem.
Nie musiałam się śpieszyć. Cerber w spódnicy był pierwszy i zdecydowanym głosem przemawiał do Monsterina:
- Prosimy nie dotykać eksponatów!
To w razie, gdyby Monsterino nie przeczytał tych wszyskich tabliczek, którymi eksponaty były otoczone.

Monstery wydawały ochy i achy i naprawdę starały się NIE dotykać eksponatów, chociaż było to bardzo trudne.
No bo jak oglądać nie dotykając.
Za Monsterami snuli się pilnujący, a pani szatniarka już w szaliku na szyi i pani bileterka z beretem w ręce, stały w dzwiach.
Po 15 minutach zachwycania się armatami, strzelbami i zbroją konia, zdyscyplinowałam towarzystwo i wyturlaliśmy się na zewnątrz.
W ciągu sekundy w muzeum zgasło światło i zastukały obcasy. Fajrant.
Wcale się nie dziwię, że nie mają w niedzielę zwiedzających.
Z taką obsługą i taką ubogą ofertą?

Poznańskie Koziołki w ruchu




wtorek, 15 stycznia 2008



Monster wyrósł z butów, więc dostał nowe.
Z miejsca spodobały mu się bardzo i nawet rzekł do mnie:
- Dziękuję ci, mamusiu, że mi takie ładne buty kupiłaś, właśnie o takich marzyłem!

cóż można zrobić, gdy takie podziękowanie z ust faceta, któremu nie jest wszystko jedno, co ma na sobie....rozpłynęłam się ze szczęścia..

- Wiesz, że te buty są takie szybkie, że o wiele szybciej w nich biegam? - stwierdził po spacerze

- Przecież wiesz, że to nie dzięki butom tak szybko biegasz! - zaoponowałam
- No właśnie! - zgodził się - to dzięki moim silnym mięśniom!

- I szybkim ruchom kolan! - dodał po chwili zastanowienia

A taki widok zastałam, gdy Monster oznajmił, że robi wykopy w swoim pokoju.
Zaintrygował mnie. Myślałam, że wydłubuje parkiet. A to tylko pod wykładziną rzeźbi...



Kopanie tunelu swoją drogą, ale wydarzeniem weekendu miały zostać zawody pływackie dzieci uczących się pływać na AWF-e. Zastanawiałam się przez chwilę, czy w ogóle pojechać na nie z Monsterami. Czy jest sens, by przepłynęły jak najszybciej basen, skoro tłumaczymy im co tydzień, że najważniejsze, żeby nauczyć się pływać, a nie, kto szybciej.
Z drugiej strony pomyślałam, że jak nie będą w takich imprezach uczestniczyć od dziecka, to samo wydarzenie: "zawody" urośnie w ich myślach do rangi jakiegoś mitu i mogą się później bać właściwie nie wiadomo, czego.
A tak, naturalnie, pojechały, popłynęły i dały z siebie tyle, ile mogły, a nawet więcej.

No kiedy wreszcie się zacznie...



I starty:

po lewej Monsterówna (zwyciężyła w swojej ósemce płynąc na plecach), po prawej Monster - płynął z makaronem i pierwszy raz w życiu przepłynął bez zatrzymywania się cały basen. Zwyciężył sam siebie i bardzo się zdziwił.



Monsterówna gryzła palce, speszona, gdy prowadzący imprezę chciał porozmawiać ze zwyciężczynią wyścigu. Monster spał z medalem w ręce.
Bo medale uczestnika zawodów otrzymali wszyscy.
I to było najważniejsze.

poniedziałek, 14 stycznia 2008
piątek, 11 stycznia 2008



- Jestem zadziwiona - westchnęła Monsterówna i ułożyła się na różowej poduszce w księżniczki

- Jestem zdziwiona - poprawiła się - po co jest ten świat? Po co my żyjemy?

Gadałyśmy już od dobrego kwadransa, o nadmiarze różu w jej pokoju, potrzebie dodatkowej półki i chęci pójścia już do szkoły (i naostrzyłam już wszystkie ołówki!). Omówiłyśmy też niuanse przestawienia horyzontu na rysunku. Jak zrozumiałam, chodziło Monsterównie o perspektywę na rysunku (księżniczka z przodu jest większa niż zamek, ale to dlatego, że zamek jest daleko z tyłu i prowadzi tam wąska ścieżka). Tematów było wiele, bo Monsterówna bardzo gadatliwa jest, ale takich z grubej rury pytań nie spodziewałam się.
Nieprzygotowana jestem, więc milczałam. Sama sobie na te pytania musi odpowiedzieć.
Ale myśli lawirowały wokół spraw ostatecznych, bo żałowała, że do nieba idzie tylko dusza, a ciało zostaje w grobie. Wytłumaczyłam jej zatem, że jak będzie staruszką, to będzie wolała zostawić stare ciało w grobie, a w Niebie będzie wiecznie młoda.
To ją uspokoiło.
Ale na chwilę.

- Och, ja będę bardzo płakać, jak ty umrzesz!
- Ale będę na ciebie czekać w Niebie! - starałam się ją pocieszyć

- Jednak wolałabym mieć siostrę! - jęknęła i wygięła buzię w podkówkę, co robi ostatnimi czasy z jakiekolwiek powodu, żeby nie powiedzieć, że bez powodu. Bo powód znaleźć łatwo.

Choćby taki, że Monsterino nie zawsze chętnie chce robić za lalkę. Aczkolwiek czasem udaje się go na to namówić.



Trzeba przyznać, że przeważnie Monstery starsze są cierpliwymi nauczycielami najmłodszego.

Więc gdy Monsterino wchodzi Monsterowi do łazienki, czego Monster nie toleruje, zdarza się, że nie wystawi go na zewnątrz, a tłumaczy:

- Widzisz, siusiam siusiakiem! Ty też tak będziesz, jak będziesz taki duży jak ja! - mówi z wielką dumą

A pamiętam, że gdy Monster zaczął chodzić do przedszkola, to ledwie sięgał siusiakiem ponad niską, przedszkolną muszlę klozetową...

środa, 09 stycznia 2008



- Czy wy się lubicie z tatusiem? - zapytała Monsterówna ni stąd, ni zowąd, a ja szybko przeskanowałam ostatnie dni, czy aby złamaliśmy z monstertatą jednej z podstawowych zasad wychowania, czyli niekłócenia się przy dzieciach. Ale nic mi się nie skojarzyło.

- A nie widać? - odpowiedziałam pytaniem na pytanie, czyli tak, jak najbardziej nienawidzi Monsterówna, a w międzyczasie zrobiłam rachunek sumienia, czy rzeczywiście tak okropnie zachowujemy się w stosunku do siebie z monstertatą, że nasza córka nie jest przekonana, czy my się lubimy.

- Nie wiem, chyba widać - podstawiona pod ścianą, odpowiedziała z wahaniem - ale czy wy się kiedyś wyprowadzicie i będziecie mieszkać osobno?

O, o, o .... tylko przyjaciółkom - wiedźmom mówiłam o moich planach powrotu na Batorego na emeryturze, więc skąd, u licha, takie Monsterówny podejrzenia.
W końcu spytałam wprost:

- A dlaczego pytasz?

- Bo rodzice Ali już się nie lubią i teraz mieszkają osobno i Ala jeden tydzień mieszka z tatą, a jeden z mamą i Ala mówi, że ma dwa pokoje i w każdym zabawki, wiesz? I ja też bym chciała mieć dwa pokoje...

No to niezły PR zrobiła koleżanka rozwodowi rodziców.

Chwilę później (nie wiem kiedy, bestyja, podsłuchała naszą z monstertatą rozmowę o żłobku), wygłasza:

- Ja nigdy nie oddam swojego dziecka do żłobka!

- A co, będziesz się sama swoim dzieckiem zajmować? - pytam zdziwiona takim sprzeciwem wobec instytucji

- Nie, ja będę w pracy. Z dzieckiem będzie babcia.

Po sekundzie namysłu:

- Czyli ty!

 A tu, bez związku z poważnymi tematami, rzut nakrętką.



wtorek, 08 stycznia 2008
poniedziałek, 07 stycznia 2008



Gdy Monstertata wybył z Monsterówną na balet, Monster do dziadków, a ja zostałam sama z Monsterinem z perspektywą godziny i pół na zrobienie obiadu, najpierw usiadłam.

By z nóżką na nóżkę przeczytać Wysokie Obcasy.
Monsterino bawił się u mych stóp tworząc długie pociągi z klocków.
- Idealna sobota! - przemknęło mi przez myśl - Co za luz! Zero kłótni i przepychanek. Obiad zrobię w trzy sekundy.
I przewróciłam kolejną stronę.

Pół godziny później przeciągnęłam się leniwie i stwierdziłam, że już czas. Monsterino w tym czasie ganiał po chacie z piłką pokrzykując rytmicznie "bam-bam-bam". Uśmiechnęłam się do swojego życia.

Wstawiłam makaron, wstawiłam brokuły, zamieszałam bazę na beszamel.
Zlokalizowałam słuchem Monsterina - brak oddźwięku.
Ruszyłam na poszukiwania.

Był w saloonie i właśnie wygrzebywał się spod choinki. Chyba znokautował ją piłką, zresztą, kto go tam wie, nie pierwszy to raz, kiedy ciągnął łańcuch albo bomkę wraz z całym drzewem.
Po pierwszym przewróceniu przestawiliśmy choinkę bezpośrednio na podłogę, a i choinka niewielka, więc nie uszkodziła Monsterina, raczej odwrotnie. Musiałam jednak posprzątać ziemię, którą przy okazji wysypał, bo już ją zaczął roznosić po mieszkaniu.


Po doprowadzeniu choinki do pionu przypomniałam sobie, że przecież tam w kuchni się gotuje..
Muszę pochwalić wyciąg kuchenny w kuchni. Żaden zapach spalenizny nie wydobył się poza kuchnię. Ale w kuchni zasmrodzone było całkiem, całkiem. No i te kłęby dymu z gotujących się potraw! Monsterino zaczął intensywnie dmuchać.

W końcu jakoś zdążyłam, mimo, że Monsterino nie dał się już odstawić od centrum zabaw,które uskuteczniałam w kuchni i musiał uczestniczyć w przygotowaniach, więc wysypał makaron, kaszę i ryż i rozmieścił równomiernie po kuchni.

A potem wróciły starsze Monstery, podziobały makaron, pokłóciły się, pobiły i życie wróciło do normy.

Ale na wszelki wypadek na nocnym stoliku położyłam sobie "rodzeństwo bez rywalizacji"

W razie gdybym kiedyś miała chwilkę na akurat taką lekturę przed snem.



ostrość chyba złapałam na klamce...(bo to z dalekiej perspektywy zrobiłam - Monstery stały na starcie, ja na mecie)

sobota, 05 stycznia 2008


Kiedy Monsterino pierwszy raz ugryzł Monstera, Monster stanął jak wryty w niemym zdziwieniu.
Trwało to dobrych kilka sekund, potem był głośny szept: ON MNIE UGRYZŁ! i wrzask, ryk oraz łzy jak grochy.

Przez dłuższą chwilę uspokajałam Monstera, obcałowywałam ślady zębów i tuliłam ofiarę oraz groziłam sprawcy palcem, ale nie mogłam, po prostu nie mogłam się powstrzymać przed wygłoszeniem:
- Hmm, to już chyba wiesz, co czuli twoi koledzy w przedszkolu, gdy ich gryzłeś...

- Ale to jak byłem MAŁY! - oburzył się Monster - teraz to nie gryzę!

No tak. To we wrześniu było...
Od tego czasu wiele się zmieniło. Monster za 2 miesiące skończy 5 lat i oddał prymat łobuzerstwa w domu i zagrodzie na rzecz młodszego brata.
A w przedszkolu już nie boję się spoglądać innym rodzicom w oczy.

A co do Monsterina... czy to nie ja się bałam, że biedaczysko takie spolegliwe, uśmiechnięte i spokojne jest, że pewnikiem zdominowane przez starsze rodzeństwo będzie.
He, he.
I tu następuje salwa śmiechu jak z sitcomu.
Przez łzy, bo Monsterino wali łapskiem jak leci. A że konsumuje tyle, ile starsze razem, to i ręka jego coraz cięższa jest, a śmiech pusty.

Jeszcze co do konsumpcji, to Monsterino generalnie wszystkożerny jest.
Po spożyciu dwóch śniadań i porannej rundy owoców jest w stanie spojrzeć głęboko w oczy i zażyczyć sobie:
- Mamooo, ciem am-am!

Nieraz porwał kostkę sera goudy czy ementalera, nie mówiąc już o camembercie czy brie i zaszywa się w kącie pokoju, by w spokoju wygryźć w nim dziury.

- I co, dobry był ser? - pytam, gdy znalazłam mocno naruszoną kostkę gdzieś na dywanie
- Nie-złe - przyznał Monsterino




piątek, 04 stycznia 2008


- Nienawidzę ich! - ryknęła Monsterówna i trzasnęła drzwiami - Nienawidzę moich wszystkich braci! - rozległo się zza drzwi

Monster już dawno uciekł do swojego pokoju, natomiast niezrażony Monsterino walnął ręką w zamknięte drzwi i swoim zwyczajem zawołał gromko: "To tam?"

Zajęłam Monsterina dając mu w sekrecie najnowsze autko Monstera, a sama poszłam pocieszyć Pierworodną.

- Rozumiem cię, sama miałam młodszą siostrę.... - zaczęłam

- Właśnie! - przerwała mi Monsterówna - ja też chcę mieć siostrę!!! A nie tych.. yghhhh - nabzdyczyła się

- Nie lubisz ich, gdy ci psocą, ale czasami się fajnie bawicie - spróbowałam znowu, a na potwierdzenie moich słów Monsterino cichaczem podszedł do biurka i zrzucił wielkie pudło najukochańszych kredek Monsterówny

Monsterówna wpadła w histerię, a ja poczułam, że nie wiem zupełnie kogo najpierw tulić i ratować: Monsterina przed karzącą ręką sprawiedliwości w postaci Monsterówny, wściekłego na mnie Monstera (że pozwoliłam Monsterinowi dotknąć jego auto) czy Monsterina, który z niewinnym wyrazem twarzy: "ale o co chodzi" i z okrzykiem na ustach "mamo, mamo" usiłował się wdrapać mi na kolana zajęte przez dwa starsze Monstery.

Jakoś udało się zażegnać trzecią wojnę światową, a wtedy, już na spokojnie, Monsterówna rzekła:

- Chyba już byś nie chciała mieć czwartego dziecka...

Nic nie powiedziałam.

- Nawet teraz nie mogłabyś mieć, bo Teoś by ją ciągle bił! - podsumowała - Ale jak Teoś będzie mieć 6 lat? Albo nawet 7? To wtedy, mamuś, wtedy?! Będę miała siostrę?! Proszęęęę.... - rozkręciła się Monsterówna

Taaa.
I pieska, chomika albo żółwia.


środa, 02 stycznia 2008

- Sale - przeczytała Monsterówna - jakie tutaj są sale?

- To po angielsku. Wyprzedaże znaczy - wyjaśniłam - czyli, że teraz są promocje i jest taniej

Monsterównie zaświeciły się oczy.

- Nooo! W ładnym sklepie kupujesz dla mnie rzeczy!


Ba! Skoro już zwiedzać świątynię handlu, to przynajmniej ładną.


- ZARA - przeczytała kolejną nazwę Monsterówna, a moja głowa latała jak na sznurku, w celu zlokalizowania Monstera, Monsterina i dopchania tam wózka z czterema kompletami odzieży zimowej, bo różnica między temperaturą wewnątrz centrum handlowego a zimowym dniem była znaczna.

- Chyba się pomylili - zdiagnozowała - powinno być "zaraz"

- To nazwa firmy - objaśniłam - firma jest hiszpańska - dodałam zupełnie bez sensu, bo rozwiązało to worek pytań bez dna

- A jakaś polska firma tu jest? - indagowała patriotka

- Eeee, ta chyba - wskazałam ręką... Coccodrillo

- CO-C... coco - to NIE JEST PO POLSKU! - obraziła się Monsterówna

- O, tu masz, przeczytaj - odetchnęłam z ulgą i zaniechałam tłumaczenia możliwego rozminięcia się narodowości właściciela a jezyka, w którym napisana jest nazwa jego sklepu.

- Bartek! - przeczytała Monsterówna - ale ja się pytałam o jakiś sklep DLA DZIEWCZYN, a nie dla chłopaków! - pozostała naburmuszona

W końcu, o dziwo, udało się przejść przez kilka sklepów i zrobić zakupy, choć byłam maksymalnie spięta.

Monsterówna ukontentowana siatami z łupami zadała pytanie retoryczne:

- To tutaj kupujesz rzeczy, jak przychodzisz późno po nas do przedszkola?

- Niecne insynuacje - wymamrotałam pod nosem

wtorek, 01 stycznia 2008
Archiwum
do Monsterowa tędy