środa, 31 stycznia 2007


Sześć lat temu też była środa.

Śnieg spadł dopiero, gdy wpatrywałam się w jej rzęsy na pół twarzy i nie mogłam uwierzyć, że ta perfekcyjna, wyśniona i wyczekana córeczka chwilę wcześniej była we mnie.

Monsterówna od pierwszych chwil pokazywała swój zdecydowany charakter i nadwrażliwość, ale ja miałam, w porównaniu do chwili obecnej, niespożyte pokłady cierpliwości. Zresztą, my też daliśmy jej w kość, przecież to na niej uczyliśmy się i uczymy, jak być rodzicami.
Prototyp, choć przecież to nie egzemplarz testowy.

Teraz Monsterówna oprócz bycia księżniczką



chciałaby jeszcze raz się urodzić, tym razem w Szwecji i żebym dała jej wtedy na imię Britta.
Ewentualnie, żebyśmy popłynęli do Szwecji statkiem.
I chciałaby chodzić już do szkoły i mieć różowy tornister z barbie.

Bycie nadwrażliwcem i perfekcjonistką w jednym nie jest łatwym kawałkiem chleba, więc życiowych frustracji ma Monsterówna na codzień sporo.
Teraz na przykład przeżywa gorycz niezawinionej porażki, bo w trakcie jej nieobecności
w przedszkolu dzielono role w przedstawieniu "Czerwony Kapturek", które będą wystawiać na Dzień Babci i Dziadka, a że jej nie było, to wszystkie główne role zostały już przydzielone.
Możecie sobie wyobrazić, jaka jest rozczarowana...

Sześcioletnia córeczko! Wiem, że sama musisz do tego dojść, ale z całego serca pragnę, żebyś była szczęśliwa.



poniedziałek, 29 stycznia 2007


W związku ze śniegiem zrobiłam sobie snow day i zostałam z Monsterami w domu.

Z pracy były może ze dwa telefony, ale oczywiście w tym samym czasie, gdy uzgadniałam z klientką liczby w zestawieniu, z łazienki zabrzmiało dźwięczne fortissimo:
- MAMO JUŻ ZROBIŁEM KUPĘĘĘĘĘ!

Normalnie w takiej sytuacji odkrzyknęłabym, żeby się sam wytarł (w ramach strategii: jestem sam odpowiedzialny za przeżycie w naszej wielodzietnej rodzinie), ale nie mogłam wrzeszczeć mając klientkę na linii... W końcu ją przeprosiłam, wycedziłam do Monstera, by się nie darł, na co on odpowiedział, że on już się dawno wytarł, ale chciał mi pokazać, jak wielką kupę zrobił. No, fakt. Była wielka.

A potem Monster podzielił się swoją wizją remontu kuchni:

- Jakby tak zdjąć te płytki i dać tam takie wieszaczki ozdobne i potem prąd i lustro, to to by takś świeciło i byłaby ładna ozdoba, taka podłoga!

- Ach, taką podświetlaną podłogę chciałbyś mieć? - nie powinnam się dziwić, bo Monster ma ogólnie zapędy budowlane

- Tak, mogliście taką wybudować! - ucieszył się Monster

- Jeśli ci się taka podoba, to wybudujesz sobie w swoim domu - zasugerowałam delikatnie, bo mimo wszystko nie chciałabym mieć podświetlonej podłogi, nawet w kuchni

- Och, ja nigdy nie będę dorosły! - zapowiedział i wyszedł, a ja zostałam z wizją trzydziestoletniego maminsynka we własnym domu.

Dużo czasu na myślenie nie miałam, bo zaraz do kuchni spłynęła księżniczka Monsterówna i widząc czarne wnętrze piekarnika westchęła:

- Dlaczego piekarniki pomalowane są na czarno w środku, a nie na przykład...

- Na różowo? - wtrąciłam domyślnie

- Właśnie! - rozpromieniła się Monsterówna, która w przeciwieństwie do brata wyprowadza się z domu często i roztacza wizje swojego dorosłego życia wraz ze swoją najlepszą przyjaciółką Stasią.

Wieczorem Monstery rozbierają się do kąpieli i zazwyczaj wrzucają cały zestaw rzeczy do kosza na brudy, ale Monster ZAWSZE wrzeszczy, czy wszystko do brudów. Pewnie taki rytuał sobie stworzył.

Mówię wrzeszczy, bo ja w tym czasie karmię wymytego już Monsterina i muszę mu odwrzaskiwać, że tak, a Monsterino podskakuje mi pod pachą.

Kiedy zatem kolejny raz wrzasnął, odwrzasknęłam mu w odpowiedzi, żeby sam ocenił.

No to usłyszałam monolog:

- Spodnie trochę brudne od farb, do kosa... bluzka bardzo brudna chyba od kubusia... do kosa...majtki brudne, bo dotykały siusiaka...WYJĄTKOWO brudne skarpetki... ciekawe od cego...

A tak w ogóle to mamy teraz ogólnodomową dyskusję o biednych dzieciach oraz Domach Dziecka. Jeż to spowodował.

Wnioski są takie, że mamy wziąć do naszej rodziny małą, biedną dziewczynkę z Domu Dziecka i nadać jej imię Ingeborga.

Życie stawia przed nami wyzwania.




czwartek, 25 stycznia 2007
środa, 24 stycznia 2007
poniedziałek, 22 stycznia 2007
piątek, 19 stycznia 2007

Najważniejsze pytania tygodnia:

- Mamuś, czy siostry zakonne często jeżdzą konno? (Monsterówna)

- Cy bomby wlatują przez okna cy tylko robią dziury w ścianach? (Przyszły wojskowy, który bynajmniej nie ogląda wiadomości TV)

- Dlaczego ciągle śpiewają po angielsku? (Monsterówna, akurat w radiu rzeczywiście coś po angielsku leciało)

Tym razem wybrnęłam z odpowiedziami.

Ale

rozłożyłam się na konwersacji z Monsterinem.

Zasiadłam w okolicy Monsterina z kolacją na talerzu, ale zobaczywszy głód w jego oczach oraz usłyszawszy mlaskanie bez ogródek sugerujące konsumpcję, przygotowałam Monsterinowi porcję puree.

- Widzę, że masz ochotę na kolację? - zagaiłam

- Ta-ta - pośpiesznie mlasnął Monsterino dodatkowo machając wszystkimi kończynami, żebym czasem nie miała wątpliwości

- Ja cię nakarmię, nie tata! Mama!- zapewniłam natychmiast wykazując się wyjątkową pomrocznością jasną, ale usprawiedliwioną: która matka nie chciałaby, żeby pierwszym słowem dziecka było ma-ma?

- Tata, tata! - sapnął Monsterino uśmiechając się szeroko

- Ach, może ty mówisz: "tak-tak"?! - doszło do mnie

- Ta-ta? - zawiesił głos Monsterino, wyraźnie zniecierpliwiony

I mimo zatykającego puree na dobranoc, Monsterino nadal często budzi się w nocy, nadrabiając niepicie w dzień. Nie da się go zmusić do wypicia ani mojego mleka z butelki, ani soku z kubka. Nic. Zjada obiadki i desery, na picie zatyka dziób. Wieczorem, w nocy i rano pije mnie, ale żeby nie pić nic w dzień?

Dodatkowo zbliża się czas rekrutacji do szkół (o, tak: w społecznych ilość kandydatów na miejsce przewyższa średnią na najbardziej oblegane kierunki na studiach), a ja nadal nie jestem przekonana, czy w ogóle instytucja szkoły społecznej jest najlepsza. Poza tym, wszędzie trąbią, żeby wybierać szkołę najbliższą zamieszkania dziecka, bo koledzy, przyjaźnie, itp.

No, nie wiem, czy to ma aż takie znaczenie. Ja nie chodziłam do szkoły koło miejsca zamieszkania. I nie miałam z tym problemu.

A co Wy o tym sądzicie?

czwartek, 18 stycznia 2007

- Gaja chciałaby się ciebie o coś zapytać! - zakomunikowała prababcia przez telefon (gdyż Monstery do południa są pod opieką PRAbabci. Chwała jej za to i wielki podziw, że daje radę. A tak to jest, gdy się za wcześnie obdarzy rodziców wnukami. Za wcześnie, to znaczy, że jeszcze na emeryturze nie są)

- Z przyjemnością - odpowiedziałam prze(d)kładając rozmowę z córką nad pilną koniecznością zamknięcia roku

- Dzień dobry! - rzekła w słuchawkę Monsterówna, a ja przypomniałam sobie któryś tam rozdział podręcznika ze studiów dotyczącego sprzedaży przez telefon, że należy się uśmiechać, gdy się w ten sposób konwersuje, bo to słychać. W głosie Monsterówny było słychać uśmiech.

- Dzień dobry, słoneczko! - odśmiechnęłam się

- Mamuś, czy  MOGĘ umyć zęby po serku? - takim pytaniem częstuje mnie córka po paru dniach niewidzenia. Czy to jest normalne?

- Oczywiście, że możesz kochanie. Ale ty mi powiedz, co tam ciekawego porabiasz?

- Przygotowuję specjalną PRACĘ dla ciebie i taty! - zaszczebiotała Monsterówna - A wczoraj byliśmy w ZOO i są nowe żyrafy: tata, mama i dziecko-żyrafa!

- I dzik! - wtrącił się w tle Monster

Porozmawiałyśmy jeszcze chwilę o codziennych Monsterówny zajęciach i do telefonu dorwał się Monster.

- Dzień dobry! - zagaił. Niezmiernie mnie zdumiewa, skąd oni tacy wychowani są. Jako żywo nigdy nie mówię dzień dobry do słuchawki. I raczej nigdy na uśmiechu. Raczej "halo" i raczej ze zniecierpliwieniem. Więc to nie po mnie, musi być po Monstertacie.

- Witaj, co u ciebie? Słyszałam, że byliście w zoo, czy odwiedziliście goryle?

- Tak, goryle też. Ale mi się pomyliło, nowy był nosorożec. - wytłumaczył

- A nie dzik, tak? Ale dzik też chyba był. - dociekałam

- Tak, ale nie z nosorożcem. Dzik był osobno, a nosorożec z żyrafami. - tłumaczył cierpliwie Monster

- A czy goryle piły z butelek, jak poprzednio? - bo rzeczywiście tak było, gdy odwiedziliśmy goryle poprzednim razem

- O nie, nie pamiętasz, to było wtedy!! - zganił mnie Monster - teraz jeden liczył palce, a dwa się bawiły. I pełno marchewek miały!

Prababcia nie chce mi oddać Monsterów, bo mówi, że się nimi spokojnie jeszcze tydzień zajmie, a ja mam odpocząć.

No, nie wiem, czy to jest dobry pomysł, bo Monsterówna odlicza dni. A ja tęsknię.

Między innymi za takimi rozmowami. Bo chociaż Monsterino pięknie mówi: ta-ta-ta-ta i ma-ma-ma-ma i chociaż uskuteczniamy niezłe dialogi, to mimo wszystko tęsknię.

poniedziałek, 15 stycznia 2007
sobota, 13 stycznia 2007

- Mmme-bleee - zamruczał Monsterino jednocześnie memlając kukurydzianego chrupka i szlifując krzesłem swoje świeżo nabyte jedynki
- Tak, bardzo dobrze to ująłeś - zaćwierkałam - niedługo będziesz obgryzać nam wszystkie meble! I tyle rzeczy na raz potrafisz robić, no no!



Monsterino rozpromienia się w dwuzębnym uśmiechu pokazując upaćkaną deserkiem łyżeczkę.
- Och, jak pięknie pokazujesz, że jeszcze chcesz zjeść! - gulgoczę, bo Monsterino uruchamia we mnie jakąś taką ci-ci-ci nutę histerii, rozczula mnie piekielnie ten misiaczek. Że taki milutki, okrąglutki, że taki łagodny i uśmiechnięty. Że jego rodzeństwo w tym wieku siedziało prosto lub pełzało, a on składa się jak nożyczki:



ale przecież nie należy porównywać.

I jego zdziwiona minka, gdy po dwóch tygodniach przebywania w zamkniętych pomieszczeniach, wyszliśmy na chwilę się przewietrzyć (a propos dzisiejszej pogody) i pooddychać świeżym powietrzem (abstahując od tego, czy powietrze w centrum miasta jest świeże).



Monstertata wywiózł Monstery do dziadków, więc byliśmy sami i mogłam się do woli zachwycać, jak to Monsterino najcudowniej w świecie wierzga nogami, albo manewruje rączkami. Zatem, gdy zadzwoniła przyjaciółka, to naturalnie musiałam się tymi fascynującymi wiadomościami od razu podzielić.

- Tak, tak, syneczek mamusi! - syknęła przyjaciółka, która jest mamą jedynie córki, jak na razie - a potem moja córka nie będzie mogła sobie męża znaleźć, bo wszystkie tak ciumkają i takich rozpieszczonych później facetów jest pełno!

- Babolcu złośliwy! - zaczęłam pieszczotliwie - zapominasz, moja droga, że ja mam także córkę i też o jej przyszłość się troszczę i czyż byś myślała, że zamierzam przekształcić ją w służącą dla własnych braci, he? A zresztą, czy myślisz, że nie ciumkałam do Monsterówny w swoim czasie?!

- Tłumaczą się winni! - wyzłośliwiła się przyjaciółka, a ja wróciłam do ciumkania nad Monsterinem, bo co tam jej będę tłumaczyć. I tak nie zrozumie, że przecież gdyby Monsterino był córeczką, to ja też bym tak.

A wiecie, że Monsterino staje się blondynem?



I jak genialnie obcałowuje swoje stópki?





piątek, 12 stycznia 2007

- Czy wojskowym samolotem doleci się do orła? - rzucił Monster wtulając się już w poduszkę przed snem

- Z samolotu można dojrzeć gniazdo orła, ale blisko podlecieć raczej nie - stwierdziłam, aczkolwiek niepewnie

- A możemy polecieć wojskowym samolotem? - dociekał, choć przecież miał już spać

- Żeby lecieć wojskowym samolotem, trzeba być wojskowym - wydawało mi się, że wybrnęłam

- To ja będę wojskowym! - sapnął Monster, zafascynowany ostatnio moro

- Lepiej, nie - pomyśłam, ale nie dane było mi wyobrażać sobie wojskową przyszłość Monstera, bo padały kolejne pytania:

- A czy orzeł może nas porwać?

- O, nie, nie ma takiej możliwości! - zapewniłam pospiesznie - Orzeł żywi się myszami, małymi zwierzątkami, a nie ludźmi!

- Ale małym człowiekiem, takim malutkim jak Teodor? - wtrąciła się Monsterówna i zadrżała, chyba z tej wizji uprowadzenia Monsterina przez orła, a może z powodu wichury za oknem.

- Przecież powiedziałam, że orzeł nie zjada ludzi! - powtórzyłam zrezygnowana, bo już czułam, co się święci.

- Boję się orła! - wystękał Monster wciągając kołdrę na głowę - czy będziesz ze mną spać? - dodał spod kołdry

- A ja się boję tego wiatru! - zajęczała Monsterówna otulając się zdecydowanie nadplanową ilością przytulanek.

Nikt z nas się nie wyspał. Monstertata wstał połamany, bo drugą noc spał zwinięty na łóżeczku razem z Monsterem, choć równie dobrze mógł spać z Monsterówną, która też się budziła. Monsterino też już odespał, co miał i znowu budzi się, jak dla mnie zbyt często w nocy.

A wiatry wcale nie mają ochoty ucichnąć.

czwartek, 11 stycznia 2007
środa, 10 stycznia 2007
wtorek, 09 stycznia 2007

Gdy pierwszy szok po przyjęciu do szpitala mija, a na dzień dobry pneumonię częstują prześwietleniem RTG, które dla niemowlaków wygląda tak, że dziecko krępuje się z rączkami w górze w specjalnym plastikowym tubusie, a potem wiesza na haku, jak paróweczkę u rzeźnika, więc dziecko drze się w niebogłosy, z tego stresu i braku możliwości manewru. Zatem, gdy po takiej dawce adrenaliny i po pierwszej traumatycznej nocy, gdy nie jest się samym w małym pokoiku, takim może 3 na 4 metry, tylko w szóstkę, to jest trzy zapłakane mamy i trzy zapłakane zawartości łóżeczek, nie da rady wprowadzić swoich rytuałów, wtedy zaczyna się nawet do tej rzeczywistości i do tego rytmu przyzwyczajać.
Bo co innego można zrobić.
I dzieci się przyzwyczajają. Starsze dłużej, ale za to szybciej kojarzą i na widok maszyny do odciągania glutów wyją ze strachu, a na widok kogokolwiek w białym fartuchu, uciekają w ramiona mam. Trudno się dziwić, skoro jak ten szczur laboratoryjny uczą się, że biały fartuch to ból. Tylko Monsterino śmiał się do każdego, bo on o bólu szybko zapominał.
Pewnie w tym wieku tak się ma.
I dobrze.

Niektóre zabiegi były, po krótkim przyzwyczajeniu się, nawet zabawne.
Na przykład oklepywanie, inhalacje, czy wiszenie na hamaku głową w dół.



Kroplówki też nie bolały. Jeśli ktoś ma wątpliwości, czy dotować Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy, to służę informacją, że wszelkie nowoczesne sprzęty miały orkiestrową naklejkę. A stary sprzęt jeszcze przedowsiakowy był:





Szpitalne łóżeczko przysłużyło się Monsterinowi: łatwiej było mu siedzieć, gdy się szczebelków przytrzymywał.
Choć to wyglądało trochę jak zza krat .




Na czas szpitala przypadła też wiekopomna chwila pojawienia się pierwszych zębów. W liczbie mnogiej, bo dolne jedynki pojawiły się jednocześnie i żadna nie może pochwalić się koszulką lidera.
Na zdjęciu ich oczywiście jeszcze nie widać, ale są i kłują, gdy Monsterino obgryza mi nos.



Monsterino został wczoraj oficjalnie wypisany do domu.
I pożegnany przez panią doktor słowami: żebym cię już tu nigdy więcej nie widziała.
Pod czym się z monstertatą podpisujemy obiema rękami.

W końcu, żeby pospać sobie na karimacie, zawsze mogę pojechać pod namiot, prawda?
poniedziałek, 08 stycznia 2007

Żegnając się z przedszkolem na jakiś czas, zebrałam od wychowawczyń Monsterów zalecenia, czym dzieci będą się w tym czasie zajmować, co by to samo Monstery poczyniły w domu.

Pani Monsterówny zaznaczyła jej w książce odpowiednie rozdziały, a pani Monstera rzuciła krótko, żeby poćwiczył wycinanie.

Wzruszyłam w myślach ramionami, bo jakoś nie wydaje mi się, żeby Monster miał jakiekolwiek z wycinaniem problemy, ale skoro pani zaleciła, to wyciągnęłam Monsterowi książeczkę, pt.: wycinanki czterolatka ( w końcu już za 2 miesiące nim będzie), poleciłam wybór wycinanki i jej wykonanie, Monsterównie wydałam jej podręcznik i poszłam do pokoju Monsterina (izolujemy go od starszych na razie).

W międzyczasie Monsterino usnął, ja zaczęłam krzątać się po domu, a Monstery jak zaczarowane siedziały w swoim pokoju. Pomyślałam, że pewnie Monster rzucił wycinankę w kąt i bawi się autami, a Monsterówna coś sobie rysuje, więc nie zaglądałam do nich dłuższą chwilę.

Aż w końcu się zaniepokoiłam.

Sprawdziłam Monsterina: chyba odsypia szpital, bo mu się zdarzają półtoragodzinne drzemki.

Zajrzałam do Monsterów, a tam: obydwoje siedzą przy stoliku, dywan zaścielony ścinkami papieru, a Monster prezentuje stosik wycinanek i z dumą stwierdza:

- Jeszcze mi tylko jedna została...

Jak się można domyślić, Monsterówna wszystkie zaznaczone zadania wykonała też za jednym posiedzeniem.

Dobrze, że jako stary chomik, mam zgromadzony pokaźny zapas książeczek z zadaniami na wszelkie okazje.

Aczkolwiek, po takim wstępie, nie wiem, na jak długo mi starczą.

 

sobota, 06 stycznia 2007

Od wczoraj Monstertata dwa razy dziennie dowozi Monsterina do szpitala na zabiegi. Wybłagałam urlopowanie, aczkolwiek na ciężkich warunkach: urlopowanie Monsterów z przedszkola, zakaz wizyt i ogólna jałowość otoczenia.

Stanęliśmy zatem przed radosną perspektywą zapewniania Monsterom domowych atrakcji na najbliższe trzy tygodnie. I jesteśmy na razie w tym osamotnieni, bo dziadkowie z obu stron zainfekowani.

Pewnie, że jak trzeba, to trzeba. Zęby w ścianę, itd.

Ale na ironię zakrawa fakt, że właśnie u jednego mojego klienta jest kontrola z urzędu skarbowego, a drugi ma sprawę w ZUS i absolutnie nie mogę być wyłączona z pracy na kolejny tydzień.

Więc dzielimy się na zmiany w domu- rano Monstertata, popołudnie ja.Wieczór i noc na spółkę.

Monstery, szczególnie Monsterówna, nie przyjmuje tego do wiadomości. Jej się to w głowie po prostu nie mieści.

Ja też tego na razie nie jestem w stanie objąć. Weekend - nie ma sprawy. Ale trzy tygodnie? I to w zimie, gdy czas przebywania na dworze jest limitowany. (oczywiście Monsterino przez tydzień wychodzić w ogóle nie może).

Zatem dziękuję Wam wszystkim za życzenia, dobre słowa, modlitwy i trzymanie kciuków.

I proszę o jeszcze.

Bo, jak widać, pobyt w szpitalu to był dopiero początek. I jedynie mróz może nas przed następnymi bakteriami uratować.

A o szpitalu jeszcze Wam opowiem.

Tylko zupełnie nie wiem, kiedy znajdę czas.
poniedziałek, 01 stycznia 2007
Archiwum
do Monsterowa tędy