poniedziałek, 31 stycznia 2005
Były czasy....

... wcale nie tak odległe, gdy jedyną gębusią, którą karmiła Monstermama była gardziel drukarki laserowej najnowszej generacji. Miała wtedy na sobie wysokie obcasy (Monstermama, nie drukarka - o, tak!) i  nieskazitelnie czyste ubranko typu bizneswoman. W  tych zamierzłych czasach także się nie wysypiała, zastać ją było można raczej w hotelu, niż we własnym mieszkaniu, a czas dla siebie oznaczał kilka godzin w klubie fitness.

To było jakieś 5 lat temu…

To że założymy z Wspólnikiem spółkę z nieograniczoną odpowiedzialnością, nie rejestrowaną bynajmniej w KRS, wcale nie było takie pewne.

Snuliśmy jakieś mętne plany wspólnych podróży dookoła świata i tym podobne dyrdymały.

Wiadomość o raczej nieuniknionej konieczności sprecyzowania wspólnej strategii zaistnienia na rynku oraz  podpisania umowy o wzajemnej współpracy (a raczej paktu o nieagresji) nastąpiła nagle. Rzekłabym: jak grom z jasnego nieba, gdyby nie pewne sygnały, które, być może, powinnam była zinterpretować jednoznacznie.
Z braku doświadczenia (choć ciężko mi się przyznawać do takiego uchybienia) tak się nie stało.

Kiedy zatem na tajemniczej płytce kupionej w aptece pokazały się dwa paski zaczęłam ryczeć ze śmiechu!

 Ale jaja!

Ale numer! O, kurcze.

Ze służbowego mieszkania, 300 kilometrów od domu rodzinnego Wspólnika, dzwoniłam, by usłyszeć ryczenie wcale nie ze szczęścia. Być może, choć żadne znaki na niebie i ziemi tego nie zapowiadały, Wspólnik wiedział, że  życie nam się generalnie zmieni.

W każdym razie wtedy, gdy z Monsterem Pierworodnym jeszcze w brzuchu leciałam na szkolenie (i brzuch ukrywałam,  by mnie w ogóle do samolotu puścili), gdy z radosnym kwikiem kompletowałam wyprawkę w przerwie na lunch, gdy z nieukrywaną satysfakcją nabyłam pracowniczy kostium ciążowy i gdy już nie mogłam się przysunąć za bardzo do biurka, nie widziałam innej alternatywy, jak pastelowe obrazki w stylu – mamusia w obłoczku perfum obcałowuje Monstera (policzkiem, bo usta ma pociągnięte dobraną do koloru kostiumu pomadką), wręcza gugający tłumoczek gosposi w śnieżnobiałym czepku i udaje się do bardziej cywilizowanego miejsca, zwanego miejscem pracy. W pracy, jako że jest oświeconą i nowoczesną matką, w przerwie pomiędzy jednym spotkaniem a biznes-lunchem, dyskretnie wyjmuje biznes zestaw laktacyjny i wykorzystując przysługującą jej 15 minutową przerwę w pracy, produkuje posiłki dla Monstera.

Na szczęście dla Monstera i dla Monstermamy, polityka prorodzinna w byłej firmie Monstermamy nigdy nie istniała. Toteż, gdy Monstermama któryś raz z rzędu wróciła do domu, gdy Monster Pierworodny dawno był się udał w objęcia Morfeusza (wyszedłszy uprzednio przed jego obudzeniem) Monstermama przejrzała na oczy.

Na oczy przejrzała także firma Monstermamy i rozpoczęła się licytacja – kto kogo ubiegnie. Wygrała Monstermama powijając Monstera Drugiego w Kolejce i żegnając się ozięble ze swoim dawniej uwielbianym pracodawcą.

Tak oto zmieniły się priorytety w życiu Monstermamy.

Teraz Monstermama jest kobietą pół-pracującą u Bardzo-Elastycznego-Pracodawcy, którego niniejszym uniżenie pozdrawia,  a  pół-harującą w gospodarstwie domowym typu podstawowa komórka społeczna, podtyp b: rodzina z dziećmi.

Czas dla siebie oznacza podróż tramwajem do pracy (w trakcie tramwajjazdy – jedyna okazja do czytania własnych, a nie monsterowych lektur) i wypady na aerobik do pobliskiego gimnazjum (bo bliżej niż do trendy klubu, prysznic bierze się po powrocie do domu – jeśli miłościwie panujący nam Wspólnik położy w tym czasie dzieci  do łóżek, a  solarium i saunę ma się w lecie podczas zabaw z dziećmi na placu zabaw).

Ten wstęp przydługi, kombatancki, to z okazji dzisiejszych 4 urodzin Monsterówny, która rano dumna i blada zatargała do przedszkola koszyk ubrany w różową (jakże by inaczej) krepę, a w sobotę skromnie spuściła oczy, gdy śpiewaliśmy jej  STO LAT!

 

 

 

 

 

 

 

 

sobota, 29 stycznia 2005
Wątek poboczny

czyli jak to mi się z panem dyrektorem magistrem korespondowało.

Jak tylko w "Wyborczej" opisali plany likwidacji przedszkoli, napisałam do nich list, który po paru dniach opublikowano:




W niecały tydzień później zostałam zaszczycona odpowiedzią pana dyrektora Wydziału Oświaty, MAGISTRA zresztą, czego niestety na skanie nie widać - za słaba pieczątka:





Niegrzecznie byłoby nie odpowiedzieć, przekazałam zatem panu dyrektorowi moją polemikę, którą tu publikuję prostym tekstem. Bardzom ciekawa reakcji. Czy w ogóle nastąpi.



Sz. P.
Mgr Andrzej. B. Tomczak
Dyrektor Wydziału Oświaty
Urzędu Miasta Poznania


Szanowny Panie,
 
Bardzo ucieszyła mnie odpowiedź, jaką wystosował Pan na mój list.
Zmartwił mnie jednocześnie brak zrozumienia dla moich racji, które w mojej wypowiedzi zaprezentowałam.
Przyjmuję zatem propozycję zachowania rozwagi i merytorycznego charakteru polemiki i pragnę nie zgodzić się z Pana zdaniem w następujących kwestiach:

1. pisze Pan, iż propozycje likwidacji mniejszych, a więc droższych przedszkoli są "podyktowane tylko i wyłącznie zmniejszeniem liczby dzieci uczęszczających do tych placówek".
Otóż w przypadku przedszkola nr 97 liczba dzieci do niego uczęszczających od lat jest maksymalna, a chętnych na miejsce w naszym przedszkolu jest jeszcze raz tyle (odpowiednie dane dotyczące ilości wydanych kart rekrutacyjnych posiada pani Dyrektor naszego przedszkola).

2. według Pana "sieć przedszkoli jest wystarczająca i zapewniająca łatwy dostęp do niej".

Na naszym, nadal rozrastającym się, osiedlu Stefana Batorego istnieje tylko to jedno małe przedszkole nr 97.
Obecnie szacuje się, że na osiedlu Batorego I i II mieszka około 8 tysięcy osób, a cały czas budują się nowe bloki. To właśnie nasze osiedle jako jedno z nielicznych polepsza statystyki demograficzne Miasta Poznania. Według osiedlowej przychodni zdrowia w ostatnich latach rodzi się rokrocznie 100 nowych obywateli i to właśnie osiedle ma być od przyszłego roku pozbawione przedszkola w ogóle! Do nowych bloków wprowadzają się przede wszystkim rodziny rozwojowe bądź już z małymi dziećmi, więc tutaj, blisko ich miejsca zamieszkania powinno być przedszkole. Radni mają propozycje wypłacania "becikowego", w celu zwiększenia przyrostu naturalnego w Poznaniu, a jednak urodzenie dziecka wiąże się z zapewnieniem mu miejsca w przedszkolu  już za 3 lata!
Rozumiem, że według Pana dostępność sieci przedszkoli, to bliskość komunikacji miejskiej, która pozwala dowieźć dziecko do przedszkola w śródmieściu po drodze do pracy.
Nie wiem, czy próbował Pan kiedyś zbudzić bladym świtem trzylatka, pokazać mu nawałnicę za oknem i zakomunikować, że najbliższe 45 minut spędzi dochodząc na przystanek, tkwiąc stłoczony jak szprotka w tramwaju, a potem wędrując nadal w deszczu z przystanku do przedszkola i to w tempie, bo w przeciwnym razie mama przecież spóźni się do pracy.
Proszę mi wierzyć - zanim córka dostała się do naszego przedszkola nr 97 [ciągły brak miejsc] ćwiczyłam właśnie takie ranne manewry. Gdy w końcu docierała rano do przedszkola, to już miała ochotę iść spać, tak była zmęczona. A tu przed nią było jeszcze 8 godzin intensywnego przedszkolnego życia i taki sam powrót do domu!
Nie wytrzymała tego - musiałyśmy na parę miesięcy zrezygnować z przedszkola w ogóle - zaczęły się koszmary nocne, histerie, napady lękowe. Na całe szczęście w kolejnym roku dostała się do naszego przedszkola i teraz budzi się rano z radością, i popędza mnie, żeby jak najszybciej znaleźć się wśród swoich ukochanych pań, koleżanek i kolegów;

3.  W swoim liście nigdzie nie napisałam, że uważam, iż wychowawcy w innym przedszkolach nie angażują się i nie wkładają uczuć w swoją pracy, nie napisałam także, że w innych przedszkolach nie mają odpowiedniego wykształcenia, a tak Pan stwierdził w swojej polemice.  Napisałam natomiast, że wychowawczynie w przedszkolu nr 97 takie wykształcenie i przygotowanie mają. I są świetne, a dzieci czują się z nimi wspaniale. Myślę, że takich pracowników i tak doskonale funkcjonujące instytucje finansowane w końcu za pieniądze nas wszystkich powinno się promować, a nie zamykać.

4.  Napisał Pan też, że propozycja likwidacji przedszkola nr 97 została opracowana na "wytycznych merytorycznych, które miały uwzględniać możliwie wszystkie aspekty sprawy",
Być może miały uwzględniać, ale zdecydowanie nie uwzględniły, co my, jako rodzice dzieci uczęszczających do przedszkola nr 97, przedstawiliśmy w naszej petycji do Radnych Miasta Poznania, którą wraz z naszymi podpisami złożyliśmy na ręce Pana Prezydenta Macieja Frankiewicza oraz wszystkich radnych.

Przykrym jest fakt, że podczas opracowania propozycji likwidacji przedszkola nie poproszono o opinie samych zainteresowanych, ba, wręcz nie poinformowano ani rodziców, ani personel czy dyrekcję przedszkola, że takie propozycje są rozważane. Dowiedzieliśmy się o tym z "Gazety Wyborczej".
Smutne jest, że przedstawiciele władzy samorządowej, których przecież my sami wybraliśmy, decydują
o nas bez nas.

Mimo wszystko mam nadzieję, że dzięki naszemu, czyli rodziców dzieci z Przedszkola nr 97, zaangażowaniu, merytoryczna dyskusja o przyszłości naszego przedszkola będzie możliwa.

Z poważaniem


„Wyborcza” mojej odpowiedz nie opublikowała.

Pan magister dyrektor był na czwartkowej sesji i uśmiechał się. Nie do mnie, nie do mnie. Do swoich myśli pewnie.

piątek, 28 stycznia 2005
A teraz z innej beczki

 

Co by się oderwać od ciągłego myślenia o obronie przedszkola, w domu przeprowadzam zmasowane działania oraz powszechną indoktrynację mającą na celu przekształcenie Monstera Młodszego z etapu pieluchowego w etap nocnikowy.

Za sobą mamy kupno nocnika, przyzwyczajenie do sprzętu oraz… poranne sikanie do tegoż.

Zdecydowanie, prawie codziennie, od paru tygodni, Monster Młodszy wędruje rano z Monstermamą do łazienki i przeprowadzamy ogólne sikanie.

Dzisiaj Monster po wysiusianiu i po mojej żywiołowej, jak na ranek, reakcji  stwierdził: ale jestem facetem!

 

Pozytywna afirmacja działa tylko rano. Potem rozbierać się i siadać na nocnik nie chce.

Kolejny krok jest przed nami.

10 par męskich majtek w rozmiarze XS zostało zakupionych, muszę wydobyć z czeluści kartonów z pogajowymi rzeczami rajtuzy w odpowiednim rozmiarze, tzn rajtuzy ćwiczebne i po prostu zdjąć pieluchę.

Najchętniej jednak bym chciała, żeby Monster, w mądrości swej, powiedział: mamo droga, dosyć mam już tego ładunku między nogami, ubierz mi moje super slipki z motorem, a ja będę sygnalizować potrzeby swe, co byś mogła mi ze spodniami ewentualnie pomóc.

 

Pomarzyć można, prawda?

czwartek, 27 stycznia 2005
Komisja
Chciałam napisać o debacie, o tym jak prezydent mówił o tym, co jest dobre dla społeczeństwa, mimo, że społeczeństwo obecne na sali mówiło coś zupełnie przeciwnego.

Chciałam napisać o bzdurnych głosowaniach proceduralnych, przepychankach partyjno-osobowych, które zajęły większość czasu przeznaczonego na wydawałoby się merytoryczną dyskusję.

Chciałam napisać o braku przygotowania wydziału oświaty, braku danych, które miałyby w pełni i przejrzyście dowodzić, dlaczego właśnie te przedszkola zostały przeznaczone do likwidacji.
Wręcz odwrotnie: czasem ten sam argument był raz przedstawiony jako przeciw przedszkolu, a raz za [jedno przedszkole chcą likwidować, bo jest umiejscowione w szkole, a nasze ma być właśnie do szkoły przeniesione].

Chciałam to wszystko kwieciście opisać, ale to nie ma sensu.
Politykę mamy na co dzień w gazetach i telewizji i wszyscy są nią już zmęczeni.
Ja też. Nie mogłabym być politykiem. Widziałam, że radni czuli się jak ryby w wodzie, ja czułam się zniesmaczona.

Przez dwa tygodnie z jeszcze dwojgiem rodziców, pisaliśmy petycje, spotykaliśmy się z radnymi, uzgadnialiśmy linię obrony z wychowawczyniami.
Ale to wszystko za mało.

Gdy weszłam do domu, Monsterówna obrażona na mnie, że nie zdążyłam jej z przedszkola odebrać, na moje tłumaczenie, że walczyłam o to, żeby nie przenosili przedszkola dalej, rozryczała się i powiedziała, że ona chce, żeby przedszkole było blisko, bo ją nogi bolą, żeby dalej chodzić.
Młodszy zawołał: "ja tez chce walcyć!"

Mamy trzy tygodnie, żeby zmobilizować wszystkich rodziców, by wygospodarowali trochę czasu i spotkali się z poszczególnymi radnymi. Radnych jest 35, a par rodziców trochę mniej niż przedszkolaków, bo są rodzeństwa, więc około 30, niech będzie.
Muszę jakoś na nich wpłynąć, bo co odpowiedzą swojemu dziecku, gdy zamkną nasze przedszkole? Że nie miałem czasu o nie walczyć? Bo okazuje się, że pism, to radni nie czytają. Trzeba z nimi face to face się rozmówić, trzeba być namolnym, a jednocześnie cierpliwym, nie zrażać się, wracać oknem, gdy wyrzucają cię drzwiami.
Ot, polityka.
Brzydzę się takim zachowaniem. Niedobrze mi, mam kaca moralnego. Fuj.
Ale jako prawdziwa matka-polka będę walczyć o moje dziecko.

W komisji przedszkole zostało zaopiniowane do likwidacji, ostatnia deska ratunku to posiedzenie radnych na sesji 22 lutego.
To akurat w moje trzydzieste urodziny.
Już wiecie, jakie mam urodzinowe życzenie?

wtorek, 25 stycznia 2005
PRZEDSZKOLE - PILNA PROŚBA


Smutno mi, smutno i bardzo się denerwuję.
Jeszcze tylko jutro zostało na spotkanie z radnymi, a tu się okazuje, że poza jeszcze dwojgiem rodziców, nikt się nie deklaruje na rozmowy, ani na uczestnictwo w posiedzeniu komisji.
Najgorzej, że gwóźdź do trumny wbił nam jeden z sąsiadów przedszkola. Pieniacz jeden, któremu nawet dzwony kościelne przeszkadzają, bo za głośno biją.
Zadzwonił do gazety "Fakt" i powiedział, że on już z tym przedszkolem wytrzymać nie może, że ma nadzieję, że wreszcie przedszkole zlikwidują, bo od rana do wieczora dzieci okropnie hałasują.
"Fakt" nie zamieścił żadnej opinii sąsiadów, którym przedszkole nie przeszkadza, a listę takich sąsiadów mamy.
To się nazywa obiektywne przedstawienie sytuacji.

Po moich spotkaniach z radnymi też mi nie wesoło.

Do likwidacji jest kilkanaście przedszkoli. Same małe, więc droższe.
Zamiast wyższej jakości z powodu niżu demograficznego, jest obcinanie kosztów kosztem najmłodszych.

Nie poddajemy się, mimo wszystko.

Na stronie:

 www.przedszkole97.prv.pl

znajduje się tekst petycji przez nas przygotowanej. Petycja podpisana przez rodziców została przesłana na ręce radnych i prezydenta, ale dodatkowo zostaje wysłana elektronicznie wraz z podpisami rodziców i przyjaciół zarejestrowanymi do jutra, czyli do środy 26 stycznia, do północy.

Proszę zatem uniżenie sympatyków i czytelników bloga o podpisanie się pod petycją!
Z góry dziękuję, Monstermama


poniedziałek, 24 stycznia 2005
Weekendowe gaduły

 

Monsterówna rozochocona występem w przedszkolu na dzień babci występuje także w domu. W roli wiernego giermka występuje Monster.

 

Ubierają się w kocyki, narzucają je jak płaszcze.

Monster objaśnia: jestem stalą babcią!

Monsterówna kuca na podłodze, udaje że płacze, Monster jest zdezorientowany.

-          Monsterówna w końcu mu wyjaśnia: jestem sarenką, która wpadła do dołu i masz powiedzieć: co się stało?

-          Młodszy: co się stało?

-          Monsterówna: o, ja biedna, wpadłam do dołu....

-         Monster biegnie do mnie i woła: Mamusiu!!! Gaja wpadła do dołu, pomóc!

 

-   

Boiłam - szepcze Monster Młodszy, gdy chwytam go za rękę, by razem ratować siostrę. 

 

 

Kolejna odsłona.

 

Monsterówna bierze jeden z obrazków z układanki i udaje, że to lizak.

Młodszy chwyta inny obrazek i mówi: ja tez mam lizaka.

-           To nie jest żaden lizak! - krzyczy Monsterówna

-          To lizak! - przekonuje Młodszy bliski płaczu

-          No, dobra.... jakoś dziwnie szybko ulega Monsterówna.

Czacha jednak dymi, bo za chwilę woła:

-          Ej, na to jesteś ZACZULONY! Muszę się zapytać mamy twojej [udaje, że dzwoni]

Czy syn może cukr malinę jeść? Może...?

-          No to możesz ….-  łaskawie zgadza się Monsterówna – ale zobacz: tu jest napisane: <Mikołaj nie może jeść cekolady, cukr malina i jagoda..>

 

 

Strasznie gadatliwe są Monstery.

Tylko na dworze Monterówna zarządza:

-          Tylko nic teraz nie mów!

Monster:

-           la la la la…

Monsterówna:

-           Nie mów, bo cię gardło będzie bolało!

czwartek, 20 stycznia 2005
Huśtawka



- Chodź zobacić - Monster ciągnie mnie do pokoju - huśtam!

I następuje pokaz huśtania: Monster wchodzi na stolik, a potem na parapet (to już przerabialiśmy) z ciężarówką w ręce (wchodzi się trudniej, ale jest to wykonalne). Następnie zawiesza ciężarówkę tylnimi bądź przednimi kołami za sznurek rolety i tak ją huśta cały zadowolony.





Tego typu rozrywkom oddaje się Monster Młodszy, gdy Monstermama oznajmia: "teraz pobaw się chwileczkę sam, bo mama musi popracować".




Kolejne frapujące zajęcie: szczelne wypełnianie samochodzikami doniczek z kwiatkami

środa, 19 stycznia 2005
Walka o przedszkole trwa

 

Wczoraj było zebranie rodziców.

Byłam pod wrażeniem, że tylu ich przyszło (20 na 30 dzieci w przedszkolu – a zakładając, że jest siedmiu zerówkowiczów, którzy i tak już idą do szkoły, to przyszli właściwie wszyscy zainteresowani). Wielu napisało swoje przemyślenia odnośnie przedszkola!

Miał być dziennikarz z „Wyborczej”, ale nie dotarł. [chyba, że był under cover].

Panie wychowawczynie wzięły mnie na słówko i potwierdziły moje obawy – one też czują, że dyrektorka dostała przyrzeczenie posady w nowym przedszkolu, bo nie widać w niej woli walki. Ale podczas zebrania była w porządku.

Zebrałam ich i moje argumenty, napisałam szkielet petycji. Dzisiaj mama, która dopiero na 14 idzie do pracy, będzie uzgadniać z panią dyrektor ostateczną wersję petycji, a w piątek rano jeden tata, co pracuje przy urzędzie miasta zaniesie tę petycję z podpisami do radnych.

Na piątek przed południem umówiłam się na spotkanie z radną z mojego osiedla, na którą zresztą głosowałam.

Chciałam umówić się z przewodniczącym komisji oświaty. A ten nie chce – dopiero na posiedzeniu komisji mam się zjawić – czyli jak będą już decyzję wydawać – za tydzień.

Bo to facet jest. I na naszym osiedlu nie mieszka, to mu wszystko jedno.

Wiedziałam, że tak będzie.

Muszę jeszcze z innymi radnymi się spotkać, tylko sobie ich zdjęć w necie poszukam, bo stawiam na młodsze osoby, co mogą ewentualnie dzieci przedszkolne mieć. No i na babki. Kobiety myślą inaczej.

 

Czuję się jak w amerykańskim filmie, gdy adwokaci wybierają ławę przysięgłych.

 

Jak nam się uda, to uwierzę w ideę społeczeństwa obywatelskiego.

 

To, że Monsterówna  bladym świtem potrząsa Monstertatą, by zwlókł się z łóżka i zaprowadził ją jak najszybciej do przedszkola, dodaje mi sił. Musi się udać, musi!

wtorek, 18 stycznia 2005
Wychowanie w wierze


Monster Młodszy został zawieziony do babci, ale okazało się, że musi przez chwilę zadowolić się dziadkiem, bo babcia poszła do ZUSu.
- Gdzie jest babcia? - pyta Monster
- Poszła do ZUSu - zgodnie z prawdą odpowiada Monstertata
Monster bawi się chwilę samotnie, a potem podchodzi do dziadka i mu tłumaczy:
- Nie ma babci. Babcia poszła do Jezusa....

poniedziałek, 17 stycznia 2005
Opowieści przedszkolne i pierwszy prezent


Orientuj się

- Bo Mikołaj i Adam się źle zachowywali i pani ich przesadziła. I Mikołaj siedzi teraz tam, gdzie Esterka z boku, a Adam tak samo z boku obok Wiktorii. A ja siedzę teraz koło Miłosza i Marty i u nas są dwa stoliki: jeden zielony i jeden cały drewniany, a krzesełka są wszystkie drewniane, a u starszaków są dwa stoły żółte i same żółte krzesełka....


Cierpienia
.
- A Piotr mnie uszczypnął
- I co zrobiłaś?
- Powiedziałam, że ma mnie nie szczypać.
- I co on na to?
- Nic. Przeprosił mnie.
- To chyba dobrze, że przeprosił?
- Tak. Ale to dalej boli.

Nietrwałość uczuć

Jeszcze w piątek mama Michała mówiła, że Michał mówił w domu, że chce, żeby Gaja przyszła do niego na urodziny.
Jeszcze w piątek wracali razem z przedszkola, trzymali się za rączki, biegali i ganiali się.
A dzisiaj?


- Wiesz, mamo, dzisiaj bawiłam się z Miłoszem.
- Tak, a z Michałem też?
- Z Michałem nie.
- Ooo, a dlaczego?
- Bo Michał powiedział na mnie <durna>.
- Naprawdę? To bardzo brzydko. Chyba było Ci przykro. Co mu odpowiedziałaś?
- Powiedziałam mu <idź sobie!>. Durno, durno takie!

-  A w co się bawiłaś z Miłoszem?
- Ja byłam mamą, a Miłosz - tatą.
- I co robiliście - Miłosz-tata i Ty-mama?
- Miłosz mył naczynia, a ja piekłam ciasto na dzień babci!
[to się nazywa partnerski podział obowiązków]

Kiedy będą moje urodziny?

Popołudniu Monsterówna z wypiekami na twarzy wyciągnęła ze skrzynki na listy pierwszy prezent na swoje tegoroczne urodziny. Ma to o tyle duże znaczenie, że od kiedy styczeń pojawił się w kalendarzu, codziennie stawiane jest pytanie z serii: <daleko jeszcze?>.
A tu już - pierwsza kartka, cudowna, bo z królewnami i całkowicie różowy prezent. Od cioci Oli.
Opakowanie zostało rozerwane, napięcie rosło, kompletnie różowe bluzeczki zostały obcałowane, przyciśnięte do łona i łzy polały się rzęsiste, gdy okazało się, że bluzeczki muszą zostać wyprane przed włożeniem.

I mam napisać podziękowania dla cioci Oli, więc piszę:
Kochana Ciociu!
Dziękuję Ci bardzo i ty masz bardzo wielkie serce. [być może chodziło jej o serce, które wczoraj wycięła specjalnie dla cioci]
Gaja.

niedziela, 16 stycznia 2005
Monsterdialogi


Monstermama: Robert, kupę zrobiłeś?
Monster: Nieeee
Monstermama: A co tak śmierdzi?
Monster: Mama. Mama śmieldzi. Mama zlobiła kupę.


Monstermama pisze na komputerze.
Monster: Ja cę do mamy, do mamy siadać.
Gramoli się na kolana, nogi mu się nie mieszczą: Mamo, zablokowałam!
W końcu pokazuje na ekran i woła: O tam jest "B" jak Lobelt!
Wciska mi kilka klawiszy, panoszy się i w końcu pyta: A gdzie pisze Lobelt ma ulodziny? W malcu!


Zwierzyniec w łóżku Monstera przedłuża wieczorne zasypianie Monstera, ale jeśli to ma być cena za przytrzymanie go przez całą noc, to ja się na to piszę.
Monster układa zwierzaki i nie omieszka z każdym jakiś small talk przeprowadzić.
Monster do Big Bird'a:
- Dzień dobly, ptaku. Co masz tam w dziobu? Winaminkę? [witaminkę]. Nie? A chces? Gumę chces?
No dobla.

sobota, 15 stycznia 2005
Nocne wędrówki
Od kilku nocy Monster Młodszy uskutecznia nocne wędrówki do łóżka rodziców.
Słodkie to jest niesamowite.Nie płacze, nie krzyczy, tylko woła: "mamusiu, moja mamusiu, gdzie jesteś?"
Przytula się mocno, ręce na szyję zarzuca, przylega ściśle, żąda: "kocykiem psyklyj mnie".
Ale jak tylko zaśnie to zaczyna krążyć po łóżku, kopać, przemieszczać poduszki, no i nas. Monstertata zazwyczaj przenosi się wtedy na Madejowe, pardon, Monsterowe łoże, a ja muszę się męczyć dalej, bo Monster ma jakiś radarek lokalizujący matkę, który się włącza, gdy zamierzam czmychnąć, choćby do spokojniej śpiącej Monsterówny.
Od paru dni zatem podtrzymuję oczy na zapałkach, gdyż Monsterowe krążenie po łóżku absolutnie nie daje mi się wyspać, a ponadto wcześniej takie wycieczki były sporadyczne, a od paru dni stały się regułą, więc zaczęłam się bać, że jakiś nowy, świecki zwyczaj nam się kroi i w te pędy wymyślać, jakby Monstera we własnym łóżku przytrzymać.

W każdym razie wieczorem rozpoczęłam gadkę umoralniającą, pt.: <jaki to duży jesteś, Monsterze, jaki dorosły, jakie masz fajne, własne łóżko, jakie samochody tam poprzyklejane na ciebie czekają, no i kogo to musisz na noc przygarnąć>
Z tym przygarnięciem zabawek wymyśliłam, że ma tulić zabawki, co by im smutno i samotnie nie było i może wtedy nie będzie potrzebował mamy-przytulanki.

To Monster wybiera zabawki:
- Ja cie klowę i Klecika koniecnie!
Krowa i Krecik lądują koło poduchy Monsterowej. Zostają przytulone, obściskane, całe przedstawienie wykonane:
- Klecik do ciebie lącką macha, widzis?
Monstermamie wydaje się, że być może pomysł chwycił i już chce światło gasić, ale gdzie tam, Monster rozochocił się i woła:
- Jesce Boba poplose i ptaka!
Bob Budowniczy i sporej wielkości Wielki Ptak moszczą sobie miejsce koło Krowy i Krecika.
- Capkę zdjąć Bobu - zarządza Monster
- Nie da się zdjąć, bo jest na amen przyszyta, bardzo mi przykro, Bob śpi w czapce.
- Bob montuje - stwierdza Monster Młodszy i wali pluszowym młotkiem Boba w Monstermamową głowę - damy ladę, kochanie!
W końcu, po krótkich negocjacjach, zabawki zostają wycałowane, obślinione i ustawione w szeregu.
Na Monstera brakuje miejsca.

Na koniec przyplątuje się jeszcze Elmo, którego wystającymi oczami stuka w łóżko, więc buntuje się Monsterówna. Potem następuje pełna teatralnych gestów, jęków i ryków walka o zaanektowanie Konika Monsterówny - Monsterówna nie chce go pożyczyć i po zwyczajowej porcji chóralnych śpiewów, Monster w końcu zasypia ze swoich zabawek najściślej przytulając Monstermamę.
Rano przyszedł do nas dopiero przed szóstą, ale trudno wyrokować, czy to dzięki zabawkom, czy tak sobie.

piątek, 14 stycznia 2005
Nadal walczymy

 

- Mamusiu, pani powiedziała, że dalej macie walczyć z tatusiem, dlaczego?

- Monsterówna wyglądała na zbitą z tropu

- Pani chodzi o to, że walczymy nie ze sobą, tylko o przedszkole. Żeby go nie przenoszono  – starała się jakoś wyjaśnić Monstermama

 

- Mamo, a jak oni chcą przenieść przedszkole, przecież jest ciężkie – wgryzała się w temat Monsterówna  - ja nie chcę.

 

Ja też nie chcę, Gajusiu, i dlatego walczymy.

 

A swoją drogą – dlaczego panie mówią o tym przy i do dzieci.

 

Pierwsze koty za płoty: mój list do Gazety został wydrukowany, kilka głosów było na poznańskim forum.

 

Szykowana jest też osobna strona z protestem.

 

Pani dyrektor dziwnym trafem spasowała z walką – wydaje się, że obiecano jej ciepłą posadkę w nowym miejscu.

Już nas zaczęła przekonywać do nowej sytuacji…

 

Ale panie wychowawczynie są z nami i w przyszłym tygodniu będzie zebranie rodziców i pisanie wspólnego listu do radnych i prezydenta.

Czyli walczymy dalej.

czwartek, 13 stycznia 2005
Dzień tfurczości


Z rana samego z gardzieli Monstera Młodszego dobył się głos potężny:
- Auta, auta, auta, auta....
Musieliśmy mieć dosyć tępy wyraz twarzy, gdy Monster Młodszy to śpiewał, bo wyjaśnił:
- To jest utwól o autach. Ładny?
- Jadą auta do galazuuu, jadą do galazuuuuu, galazuuu - zaśpiewał później Młodszy na melodię dowolną i zaraz objaśnił:
- A to piosenka o galazu. Tez ładna.

wtorek, 11 stycznia 2005
Syndrom zamkniętych drzwi


Monsterówna grzecznie: Mamusiu, czy mogę zamknąć drzwi?
Monstermama podejrzliwie: A co będziesz robić?
Monsterówna tajemniczo: Zobaczysz...
I odcina się od rodzicielki w swoim pokoju.
O, jak dobrze -myślę - mam swoją chwilę na lekturę.
Ale, gdy po pół godzinie gazety ma z grubsza przejrzane, zaczynam nerwowo krążyć przy drzwiach.
Hej, hej! - pukam - co ty tam robisz?
Sprzątam - dochodzi głos, ale jakoś przytłumiony.
Mogę zobaczyć? - pytam z nadzieją w głosie
Troszeczkę! - enigmatycznie odpowiada Monsterówna.
Zerkam.
Przecieram oczy.
Liczę do 10.
Monsterówna siedzi na stercie niegdyś pieczołowicie uprasowanych przez Monstermamę rzeczy i układa je według swojego uznania przyduszając je przy okazji zabawkowym żelazkiem.
Prasuję swoje rzeczy do przedszkola - oznajmia, a ja nie wiem - śmiać się czy płakać.

Wobec tego, gdy Młodszy zamyka przede mną drzwi, dodatkowo wcześniej machając mi obficie obiema rękami i oznajmiając: Pa, pa, do widzenia! - wzmaga to moją czujność. Przez szparę obserwuję, jak wspina się na stolik, a potem na parapet, balansując metr nad podłogą ściąga pudło z kredkami, przysypując nimi stolik.
Wyrywa mi się głuchy jęk.
Monster patrzy na przymknięte drzwi i woła: chodź, chodź du mnie tutaj, pokaze ci jak umiałam nalysowałam fioletowe auto!

niedziela, 09 stycznia 2005
Cyrk
Młodszy obudził się przed północą, akurat na końcówkę "American Beauty", który chcieliśmy z Monstertatą koniecznie obejrzeć. Zamiast więc wrócić z Monsterem do jego łóżka, zapakowałam go do nas i poszłam szykować mu kanapki. Bo z głodu się obudził. Zdałam sobie wtedy sprawę, że nie nafutrowałam go dostatecznie na noc i po prostu musiał się zbudzić.
A właśnie w American Beauty nastąpił moment rozbierania Superblondi przez Kevina Spacey.
No i poszedł komentarz Młodszego: Pan lozbiela panią.
Zbliżenie na gęsią skórkę na nogach Blondi:
Pani zimno, musi ublać.
Rozpinanie zamka bluzki:
Oooo, cycuski pani ma! Taaaak, cycuski.
W końcu zabrałam go do stołu na późną kolację, ale i tak noc była z głowy, bo Monster nie mógł się zdecydować z kim i gdzie będzie spać: ja cię z mamusią, ja cię do ojca.

I to wszystko byłoby do zniesienia, gdyby nie kataklizm, który był nastąpił rano, po naszym obudzeniu się.
Zastaliśmy mieszkanie w skrajnym nieładzie. Pandemonium kompletne.
Farby na ścianie, fotelach i Monsterach. Farby niespieralne. Na kościelnej sukience Monsterówny.
Myślałam, że ich rozszarpię.
Monsterówna dostała szlaban na wyjście do sąsiadki.
Młodszy patrzył zdezorientowany, gdy kazałam mu sprzątać po sobie.

I co? Nic, przyjęli to zupełnie spokojnie- po prostu usunęli się wśród chichotów i głupich uśmieszków do swojego pokoju.
Do tej pory nie wiem, jak oni wyciągnęli te farby, bo były głęboko schowane.
Już się nie dowiem, bo wyrzuciłam te farby.
Sukienka się moczy i nie chce puścić.

Rozwiązanie na niegrzeczność podsunęła mi sama Monsterówna:
Mamusiu, a jak Mikołaj z Michałem Małym rozrabiali, to pani kazała im usiąść przy stoliku i dała im bardzo trudną układankę do ułożenia.
No to Monsterówna męczy się teraz nad puzzlami z 60 kawałków.

piątek, 07 stycznia 2005
Bez(silność)senność Monstermamy


Monstermama stara się spacyfikować Monstera Młodszego.

- Co ty tam mas, mamusiu - zastanawia się Monster Młodszy opukując tradycyjnie brest Monstermamy - zabawki?

Następnie podtyka mi pod otwór gębowy swoje stopy i zaleca: jedz mięsko, mamusiu, jedz mięsko!

Potem chowa się pod koc z hasłem: ipopotam glyzie mnie!

I jeszcze śpiewa: uciekaj mysko do dziuly, tuli Krecika, wyrzuca Krecika, pije, tak się wierci, że przekręca pieluchę, potem jęczy, że posikał piżamę i rzeczywiście ją przesikuje.
Przebieram piżamę, w międzyczasie Monsterówna karmi swoją lalkę i prosi, żebyśmy jutro poszukali lalki zagubionego kapciuszka.

Młodszy skanduje: kapciuska-placuska, kapciuska-placuska...

Monsterówna się wścieka, na parę minut rośnie temperatura w pokoju, w końcu wychodzę, wszyscy płaczą, Młodszy wije się u mych stóp, bym jednak wróciła do nich, podczas gdy ja widzę górę rzeczy do prasowania i kolejną - tym razem naczyń do mycia.

Dziwnym trafem takie cyrki wyprawiane są tylko wtedy, gdy naprawdę zależy mi na czasie: gdy muszę już wychodzić na aerobik, muszę poprasować lub mam super lekturę przygotowaną do rychłego rozpoczęcia.
Gdy mi tak nie zależy - zasypiają w trzy sekundy.
Jakoś wyczuwają moją bezsilność, bestie.

czwartek, 06 stycznia 2005
Wojna


Przedszkole wypełnia deficyty: jedynakowi daje dzieci do współzabawy, rodzeństwu daje równolatki, bo ileż można bawić się z przemądrzałą starszą siostrą lub zbyt małym młodszym bratem; Rodzicom daje pewność, że dzieci nie są w przechowalni, ale w dobrym rękach poddawane są wszechstronnym bodźcom.
Niektórzy mówią, że dzieci usamodzielniają się w przedszkolu. To na pewno prawda, ale ja bym ujęła to inaczej, bo Monsterówna była samodzielna już przed pójściem do przedszkola. Przedszkolaki stają się natomiast bardziej NIEZALEŻNE. Dzięki rozstaniu z rodzicami uczą się, czasem boleśnie, że są odrębną istotą ludzką i mogą funkcjonować bez rodziców. Tak, wiem, wg psychologii rozwojowej wiedzą to już roczniaki. Tak - ale co innego rozpoznawanie swojego ciała jako odrębnego od rodzica, a co innego własnego bytu.
Monsterówna już przed pójściem do przedszkola miała swoją najlepszą przyjaciółkę, do której chodziła bez rodziców. Bawiła się też z dziećmi naszych znajomych, jeździliśmy do różnych miejsc, zostawała przez kilka tygodniu bez rodziców u dziadków, ale to wszystko były sytuacje kontrolowane, a z założenia zajmowały się nią osoby jej życzliwe.
O czym myśli matka posyłając trzylatka do przedszkola?
Czy te panie pochylą się nad moim wyjątkowym, wychuchanym, najcudowniejszym Niuńkiem? Czy przytulą jak zatęskni, pupę podetrą, nosek wytrą, nakarmią, brokuły z zupy wyjmą, bo nie lubi i niech na spacerze zawsze idzie w pierwszej parze, bo inaczej histerii dostanie...? Czy zrobią to wszystko natychmiast całej szesnastce dzieci (w naszym przedszkolu, ale średnio przecież dwudziestce)?
Oczywiście, że nie zrobią.
Nie ma szans, żeby zareagowały bez zbędnej zwłoki na każdy alarm, żeby akceptowały każdy indywidualny zwyczaj wyniesiony z domu, żeby zareagowały na każde szturchnięcie się dzieciaków, żeby je wszystkie karmiły i podcierały.
I o to chodzi.
Dzięki temu Monsterówna wydoroślała.
I tak, jak w domu nadal przestrzega własnej, wymyślonej rutyny (a my z nią) i porządek musi być, to w przedszkolu dyscyplina wygląda inaczej i to zaakceptowała.
Myślę, że większość dzieci inaczej zachowuje się w przedszkolu, a inaczej w domu. Dostrzegają różnice i to świadczy o ich dorosłości.
Dziecko trzymane z opiekunką w domu nie ma takiej szansy. Nie poćwiczy zachowań społecznych pod jej czujnym okiem na placu zabaw, bo ona nie dopuści do interakcji. To się po prostu musi dziać pod obcym okiem i w grupie.
Inna sprawa - liczebność grupy.
Nasze przedszkole jest cudowne - 32 dzieci w dwóch grupach. To wszystko.
Po dwie panie w grupie plus dwie na zmianę do pomocy oraz pani kucharka.
Panie są wspaniałe - po prostu stworzone do pracy z dziećmi, wymyślają niesamowicie twórcze zajęcia, przygotowują spektakle, które już opisywałam.
I to wszystko na małym metrażu, bo nasze przedszkole mieści się w bloku.

Dzisiaj w gazecie przeczytałam, że nasze przedszkole zostanie przeniesione do osiedlowego kołchozu obok. Za swoje zalety - bo jest małe.
Skrzydełka mi opadły, a potem gula stanęła w przełyku. No way!- będziemy pisać do nieczułego prezydenta, który robi kołchozy, a swoje dzieci posyła do prywatnych, kameralnych placówek.
Wyruszam na wojnę.
Trzymajcie kciuki, by była zwycięska.

poniedziałek, 03 stycznia 2005
Monstera Młodszego Noworoczne Teksty Dnia

Młodszy wyciągnął z jajka-niespodzianki nakręcaną lokomotywę.

Monster nie zauważył kluczyka, więc Monstermama dyskretnie nakręciła i puściła, a Młodszy zafascynowany patrzył jak pojazd jedzie tak sam z siebie.

Patrzył, patrzył, aż lokomotywa się zatrzymała. Podniósł ją pod same oczy, ogląda, chyba jakiegoś magicznego guzika szuka. Aż w końcu podsumowuje:

"Kółka ma! Dlatego jedzie."

 

 

Młodszy ogląda w gazecie zdjęcie samochodu w pełnym słońcu i stwierdza: "ale ładna pogoda".

niedziela, 02 stycznia 2005
Upadłe mity


Wczesnym niedzielnym rankiem, czyli około 11, Monsterówna budzi Monstermamę dzieląc się z nią uwagą, która powinna poderwać Monstermamę na nogi, ale nie podrywa, ponieważ właśnie jest niedziela.
Otóż Monsterówna przysiada się do mamy i rzecze:
Mamusiu, zraniłam się w palec takim narzędziem i krew mi leci.-
Monstermama nie otwierając oczu radzi Monsterównie wziąć chusteczkę i wytrzeć krew. I oczywiście śpi dalej.
Jakiś czas później Monsterówna znowu budzi Monstermamę wiadomością, że krew leci dalej i może potrzebny jest plasterek. Znając miłość Monsterówny do plasterków, Monstermama karze podstawić sobie palec pod nos i rzeczywiście zauważa, iż krew regularnie sączy się z rozcięcia na palcu.
Trudno - tym razem Monstermama decyduje się na wywleczenie z łóżka, po to , by tryskająca krew nie narobiła kolejnych plam na wystarczająco ozdobionej kanapie, tudzież dywanie.
Po drodze do łazienki Monstermama potyka się na kolejno rozrzuconych kluczach francuskich oraz śrubokrętach. Na szczęście, nie na piłce do metalu.
W łazience Monstermama trzeźwieje całkowicie, gdyż centralnie porzucone są chusteczki higieniczne sztuk dwie całkowicie zbroczone krwią.
- Nie chciała przestać lecieć - informuje Monsterówna.

Jeszcze nie doszłam, co czyniła Monsterówna śrubokrętem oprócz rozorania skórki wokół paznokcia, ale mit Monsterodpornej skrzynki na narzędzia dzisiaj padł.
Padła też powszechna opinia o histerycznej naturze Monsterówny. Wręcz przeciwnie - Monsterówna zachowała się całkowicie rozsądnie i przytomnie. Być może bardziej niż bólu bała się mojej reakcji na zatajenie informacji o rozpieczętowaniu narzędziowej skrzynki.


Archiwum
do Monsterowa tędy