niedziela, 29 stycznia 2012
niepierwsze starcie




Och, muszę przyznać niestety , iż posiadanie samochodu ma też dobre strony. Złe strony mam na swoim sumieniu (trucie środowiska) i drenaż portfela ogromny, z tankowania na tankowanie coraz większy, ale w porównaniu do przywdziewania przeciwdeszczowego ubranka na rower jest szybciej i na pewno lżej. Oraz do sklepu po drodze można podjechać, zakupy do bagażnika wrzucić, a nie dźwigać na ramie. Wygoda. I nawet argument o marnowaniu czasu po drodze odpadł, gdy z dna pudła z kasetami wygrzebałam kurs włoskiego dla podróżnych. Albowiem jeszcze do świąt chlubiłam się tym, że moja pracofura jest bardzo vintage - ma kaseciaka jako odtwarzacz muzyki. Wreszcie odstawione w mrok piwnicy kasety, tdk-i zdobyczne z pieczołowicie przegrywanymi longplay'ami  (a monstertata jeszcze opisywał swoje na maszynie do pisania - to są egzemplarze o historycznym znaczeniu!) otrzymały drugie życie. Jednakże wszystko ma swój kres. Choć pracowóz jako taki, choć wiekowy (mogę udawać, że gdybym go swego czasu kupiła za seniorską pożyczkę w korporacji jako nówkę, to właśnie byłby w tym wieku) jest bardzo sprawny i stuka w nim tylko, gdy przytrzasnę pasek od kurtki, to kaseciak powoli odmawiał posłuszeństwa.
A szkoda.
Już nawet Monsterino wskakujący na tylną ławkę i domagający się love me, love me, say that you love me (bo katowałam ścieżkę dźwiękową z Romea i Julii) rozumiał, że trzeba będzie poczekać, aż przewinie się kaseta do końca, żeby ponownie wysłuchać tego utworu (przycisk przewijania zawodził).
W każdym razie Gwiazdor przyniósł supernowoczesne radyjko i po przebrnięciu przez grubaśną instrukcję, bo guziczków na nim jak mrówków, znowu mogę powtarzać za lektorem coś w stylu: Dove il Vaticano? .
Już jestem na dziesiątej lekcji i powoli potrafię wydukać zamówienie w restauracji, ale nie napiszę tutaj brawurowego dialogu, gdyż moja znajomość włoskiego ogranicza się do mówienia. Powtarzam monstertacie to, czego się nauczyłam, czasem nie dosłyszę, bo dmuchawa grzania za głośno chodzi, a wtedy wychodzą śmiesznotki, na które monstertata, jako italiański specjalista, fuka.
I tu dochodzimy do sedna naszej ostatniej rodzicielskiej rozmowy.

Jesteśmy z monstertatą reprezentantami różnych technik nauki języka obcego: ja uważam, że nauka całych wypowiedzi w dialogach stosownych do sytuacji jest lepsza, bo pozwala na wcześniejszą komunikację, a ta jest dla mnie priorytetem w nauce języka, natomiast monstertata stoi po stronie tradycyjnej nauki, języka jako całości, poprzez gramatykę jako podstawę i w obronie swego stanowiska przedstawia mi przykładowo ostatnie przesłuchiwanie Monstera, które brzmiało jak żywcem wyjęte z Dnia Świra.

Gdyż Monster owszem, powie bez zająknięcia: They are talking. They are introducing themselves to each other. I nawet prośbę: Introduce yourself zrozumie mówiąc: I am 8 years old and I have blond hair, ale gdy monstertata zapytał go, jak jest "oni" po angielsku, to wymiękł.
Teraz ma to na kartce nad łóżkiem i wkuwa, ale fakt, że obecnie takich odmienianek nie wymagają na jego poziomie. Ma powiedzieć jaki jest "tiger" i co ma na sobie, ale już zamiana "tiger" na "he" kuleje.
Monsterówna ma już przemyconą odmianę to have, ale to też przy okazji jakiegoś dialogu.

Mnie się podoba ich sposób nauki. Że uczą gotowych zwrotów, płyty dołączane do podręczników i piosenki przemycające całe struktury gramatyczne są genialne w porównaniu do czasów, gdy my uczyliśmy się z siermiężnych, szarych podręczników i dukaliśmy I am, you are, he/she/it is,

ale

faktycznie byliśmy starsi, gdy się tak uczyliśmy. Rozumieliśmy, co oznaczas słowo odmiana i jak przebiega budowa zdania. A to ma dopiero teraz, w czwartej klasie, Monsterówna.

Koniec końców wzięliśmy się za Monstera. Bo gdy przejrzałam jego niedokończone zeszyty ćwiczeń oraz dotarłam wreszcie do słynnego zeszytu z religii, to zrozumiałam dlaczego został tak nisko oceniony.

Ja bym mu nawet tyle nie dała.

Zmiana naszego stanowiska została zakomunikowana Monsterowi w niezbyt przyjaznej atmosferze, co Monsterówna mi skrzętnie wypomniała.

Znowu mnie poniosło, ale tak nie może być, żeby dziecię u progu swej edukacji już lekceważyło swoje obowiązki. I teraz sobie zrobiliśmy kłopot, bo po szkole Monster wraca do domu, zamiast leniuchować w świetlicy, by wyspowiadać się ze swoich zadań, a dopiero potem trzeba zawieźć z powrotem na zajęcia. 

I granie czy tv zostało ograniczone tylko do weekendów. Dopóki nie pokaże,  że jego podejście do pracy się zmieniło. Howgh!


wtorek, 24 stycznia 2012
nieznane ścieżki jego

Wirus krążący po Monsterowie jest sprytny, nieprzewidywalny i bezimienny. W przypadku Monsterina zaatakował znienacka małym pawikiem oraz trzydniową gorączką (trzydniówka?). Gdy osłabionego Monsterina stawialiśmy na nogi, większym pawiem ukazał się Monsterowi. Ale bez gorączki. (jelitówka?)
Monster na granicy przeżywalności się snuje. Bez sił, bez ducha, kompletnie jak nie on.
Na szczęście jest babcia, która piecze, gotuje, rosołkiem poi, desery podsuwa, lekturą uszczęśliwia (jeśli jest na sali lubiący makabrę ośmiolatek, to Monster poleca Blarta - chłopca, który nie chciał ratować świata), więc jest nadzieja na zmartwychwstanie.
Nie pytamy, kto następny stanie się ofiarą naszego gościa. Może go mróz zamrozi.

***
Zupełnie wcześniej postanowiłam z racji nadchodzącej sesji zrobić sobie ostatnie piątki wolne.
W celu naukowym.
W pierwszy wolny piątek patrzyłam na rozłożone książki, a w tym czasie z lubością gotowałam obiad oraz pucowałam kąty (a ja przecież gotować nie lubię!) - znacie to, studiujący, prawda? Wykwintność, a i pracochłonność dań w czasie sesji jest odwrotnie proporcjonalna do czasu jaki pozostał do egzaminu...
W ostatni piątek przed egzaminem miałam wymówkę,  bo gorączkujący Monsterino siedział ze mną przy stole.
Dzielnie dłubał ołówkiem drogę w labiryntach, bo teraz labirynty są na topie. Ewentualnie połącz kropki, bo wtedy można liczyć do 39, na przykład.
W końcu się znudził i przez trzy godziny słuchał ciurkiem audiobooków o panu Kuleczce, a ja starałam się przerobić zadania. Tylko, że wtedy wróciła już ze szkoły Monsterówna:
 - To niesprawiedliwe! - obruszyła się - Dlaczego liczysz na kalkulatorze, a ja muszę pisemnie!
Zostało mi tyle czasu, by gruntownie przejrzeć notatki oraz same odpowiedzi do zadań.
Jakoś zdałam, nie był trudny.
- Ile było szóstek? - zapytała Monsterówna po ogłoszeniu moich wyników, choć PRZYSIĘGAM, że nigdy w życiu nie zadałam jej takiego pytania.
Monsterino wrócił do przedszkola (ćwiczy rolę na dzień babci) i właśnie chwieje mu się druga dolna jedynka.
Bo pierwsza wypadła dokładnie w dniu pięć i pół lecia, czyli ponad miesiąc temu, czego nie ogłosiłam wszem i wobec.
No, ale przecież jako trzecie dziecko powinien się cieszyć, jeśli w ogóle o nim pamiętamy;)



środa, 18 stycznia 2012
odbicie piłeczki


Początkowo jest się dla dzieci alfą i omegą, normalnie matką wszechmogącą. Potem życie to weryfikuje, powoli wiedzą, że pan Google potrafi dostarczyć konkretniejszych informacji niż matka, chociaż staram się mocno i nigdy NIGDY nie mówię, że czegoś nie wiem, tylko, że sprawdzę, potwierdzę, na obrazku LEPIEJ pokażę (to musi być jakaś postszkolna trauma prymuski). Ale pewnych uwarunkowań nie przeskoczę, więc skoro w pracach ręcznych nie bryluję, wiedzą, że jeśli same czegoś nie zrobią, namalują, wykreują, to w naszym domu nikt im nie pomoże.

Zatem kiedy Monster zaskoczył mnie pytaniem i prośbą:
- Czy mogę coś przyszyć? Chciałbym coś poszyć... - miałam ochotę wystrzelić w górę z triumfalnym okrzykiem - yes, yes, yes, - wreszcie sam będziesz zaszywać dziury w swoich spodniach i zwęzisz dresy! Ale strategicznie się powstrzymałam.

Bowiem znany jest fakt, że nic tak nie pociąga dzieci, jak czynności zakazane.

- No wiesz, - zaczęłam usilnie rozmyślając, w którą stronę potoczyć dyskusję
- to jest niebezpieczna sprawa... taka igła...

Bingo! Oczy Monstera rozbłysły znanym mi blaskiem i Monster rozpoczął swój typowy jęk błagalny, dotąd spotykany jedynie przy prośbie o przedłużenie grania na komputerze choćby o pięć minut.

Wspaniałomyślnie zgodziłam się, gratulując sobie w duchu. Wprawdzie cierpliwości starczyło mu na jedną dziurkę, ale za to jak dumnie paraduje w zaszytych przez siebie spodniach!

A Monsterówna chodzi znowu w burzowym nastroju, bo pani od polskiego, surowa i wymagająca, skrytykowała (słusznie zresztą) jej sposób opowiadania i teraz dziecko się zestresowało, a kolejne opowiadanie zostało zadane.
Bowiem styl opowiadania Monsterówny jest specyficzny. Choć Monsterówna generalnie gadatliwa jest, jednakowoż zazwyczaj wątek główny jej opowieści rozwija się w niezliczone dygresje oraz detale, co jest urocze i takie bardzo charakterystyczne, ale jak najbardziej rozumiem panią. Bo i my, niestety, przewracamy (dyskretnie!) oczami, gdy Monsterówna zaczyna od opisu konkursu na rozgrzewce przechodząc przez niuanse ubioru koleżanek (co jest dużym wyczynem zważywszy, że mają jednakowe stroje do ćwiczeń), a konkludując szczegółowym opisem pracy domowej, która być może (chyba! prawdopodobnie!) jest dla chętnych, ale chyba (może! przypuszczalnie!) ją jednak wykona.

Nie mam pojęcia jak przeszła od zawodów do pracy domowej, widocznie układałam wtedy w myślach listę zakupów.

To brzmi jakbym ignorowała wypowiedzi Monsterówny, ale tak absolutnie nie jest. Wierzcie mi - żeby wyłowić clue jej wywodu nie można śledzić jej bez przerwy, bo po paru dniach wyląduje się w psychiatryku. Przynajmniej ja tak mam - nie jestem w stanie znieść takiego poziomu drobiazgowości.

W każdym razie Monsterówna narzeka, że pani żąda wstępu, rozwinięcia i zakończenia oraz tępi yyy i eee podczas odpowiedzi.
Jak dla mnie super, chociaż rzecz jasna nie powiedziałam tego córce tak prosto z mostu. Perfidnie zastosowałam jej własną broń - poprosiłam ją o opowiedzenie, jak sobie wyobraża wymarzoną lekcje języka polskiego.

Niestety, w tym przypadku Monsterówna miała dla mnie jednowyrazową odpowiedź: likwidacja.



poniedziałek, 16 stycznia 2012
skrawki jak skrzydło motyla


- Bardzo lubię słuchać o takich rzeczach - podsumował Monster swój długi a w szczegóły obfity wywiad o dzikim plemieniu Indian w dorzeczu Amazonki żyjącym prymitywnie jak w epoce paleolitu

- Chciałbym tak żyć - rozmarzył się Monster, znany piroman - tak polować, samemu krzesać ogień...

- Wodę nosić zamiast do szkoły chodzić - wtrąciłam złośliwie, bo jakiś czas wcześniej Monstery argumentowały a propos życia w Afryce, że nie miałyby nic przeciwko całodziennym wyprawom po wodę, jeśli miałoby to oznaczać brak szkoły. O tempora, o mores!

Cała ta opowiadaniowa akcja miała być jawnym odwróceniem uwagi przez zagadanie, bo chwilę wcześniej wyszło na jaw, że na poniedziałek potrzebne są materiały do kolażu, "patrz str. 62 w ćwiczeniach", a monsterowe ćwiczenia zażywały właśnie weekendowego odpoczynku w szkolnej szafce.

Delikatnie się wydarłam (przecież mówiłam, że masz zabrać ze sobą wszystkie książki!), a potem nakazałam dzwonić po kolegach.
Monsterowa pamięć odświeżyła się szybko - miały być tkaniny różne oraz sztywna kartka a3.
No to przytaszczyłam z piwnicy jedno z pudeł opatrzonych etykietką "do szkoły", a Monstery żwawo rozpoczęły eksplorację.

I wtedy Monsterowi przypomniało się, że ten kolaż to będzie o dżungli amazońskiej, a że akurat w tym kartonie zielonego materiału nie było, to pospiesznie zbiegłam po drugie pudło. Pamiętam, że spory kawał zielonego materiału został nam po którymś rajdzie wiosennym.
Trochę pokopałam w piwnicy, fakt, ale ile mnie mogło nie być? Kwadrans maksymalnie.
Widok, jaki zastałam po powrocie wskazywał, że już na pewno na lekcję muzealną nie mamy szansy zdążyć, ba! jakiekolwiek wyjście przed zmierzchem stało pod znakiem zapytania.





Odkurzacz przywiozły profilaktycznie: żebym się nie denerwowała bałaganem, kanapkownicę - bo zgłodniały i zrobiły sobie grzanki, żelazko, bo materiały były pogięte oraz, nie widać dokładnie, ale Monsterówna siedzi obok przybornika z całym zestawem igieł i nici, bo postanowiła uszyć lalce sukienkę.
Nawiasem mówiąc, Monsterowi prasowanie tak bardzo przypasowało, że nie skończył na skrawkach, ale wyprasował swój dobok oraz judokę Monsterina, a także ze dwie swoje bluzy! I w ogóle się nie poparzył (co nadrobił z nawiązką dzień później, gdy smażył camemberty, ale to już zupełnie inna historia). Wydaje się, że najbardziej zauroczyła go opcja turbo wybuch pary.
Kiedy Monsterówna zobaczyła, że Monster prasuje, nie mogła odpuścić i tak wyszło, że nawet nie miałam pretekstu, by wieczorem posiedzieć przed tv, skoro dzieci wszystko wyprasowały. A bez prasowania to nie wypada.
Monsterino nie brał udziału w wyścigu do żelazka.
On się wywyścigował w przedszkolu, na zimowych igrzyskach. Że paniom się chce! Dzieci robiły narty z kartonu, a potem jeździły na nich wyklejoną na sali trasą,  z niebieskiego plastiku było lodowisko, można było też malować pastą do zębów, o rzucaniu papierowymi kulami śnieżnymi już nie wspomnę! To wszystko, żeby zrekompensować dzieciom brak śniegu za oknem.
Monsterino wyżył się kreatywnie, więc w weekend w odróżnieniu od starszych, pragnął się uczyć.
- A wiesz, od jakiej litery nie zaczyna się w Polsce żadne słowo? - zapytał znienacka, bo ostatnio zintensyfikował wysiłki, by samemu zapoznawać się z treścią książek, bo ja mu za krótko czytam.
Jego umiejętności kończą się na przeczytaniu niektórych sylab, ale nie zniechęca się, co jest miłą odmianą po Monsterze (który na szczęście nie musi już czytać głośno, strasznie to raniło nasze uszy, a po jego cichym przeczytaniu lektury tylko sprawdzam go z treści). - i o czym jest ta książka, poczytasz? - dźgnął palcem okładkę mojego wentyla bezpieczeństwa, mojej ostatniej instancji, czyli wiecie, tej o rozwoju psychicznym dziecka
- Sprawdzasz, czy jestem psychiczna? - zadrwiła przechodząca obok Monsterówna, bo zauważyła, że otworzyłam tom o nastolatkach

Niniejszym chciałam zaznaczyć wyraźnie, że nie jest.
Nawet okazało się, iż jedenastolatki mają znowu wahnięcie nastroju w dół i to, że nie chce zostawać sama w domu, a już chciała, to też jest typowe dla wieku. Ha!
Ale nie jest tragicznie. Wręcz przeciwnie - jeśli Monsterówna jest na tyle wieczorem wyluzowana, że czyta sobie DLA PRZYJEMNOŚCI, to znaczy, że okrzepła (w sumie to, że sama z siebie chce wrócić na dodatkowy angielski też jest tego oznaką).
Teraz zastanawiam się, który monsterchłopiec będzie z kolei przeżywać załamanie. Bo przecież cała trójka nie może być w wyżu na raz. Tylko dlatego, żeby potem nie przyszedł na raz niż.








czwartek, 12 stycznia 2012
wywiadówka


W zamierzchłych czasach, choć dinozaury były już wtedy historią, czyli gdy Monsterrodzice chodzili do szkoły, ich rodzice bywali w szkole na zebraniach pewnie tak do trzech razy w roku. Dzienniczków nie było, nie pamiętam, żebym specjalnie zwierzała się z terminów sprawdzianów, a oceny ukazywały światło dzienne na wywiadówkach.

W dobie dzienników elektronicznych, bardzo zresztą krytykowanych przez młodzież, oceny półroczne nie są niespodzianką. W szkole Monsterów funkcjonują jeszcze starodawne dzienniczki, więc Monstery mają kontrolę nad terminem przekazania dobrych i złych wiadomości (stąd Monster często gęsto dzienniczka nie przynosi), ale i tak wiemy, mniej więcej, co się dzieje. Zebrania są w końcu co miesiąc.

Niemniej jednak, gdy ocenami, nadal opisowymi, podzielił się Monster, zachowaliśmy się raczej jak chińska niż zachodnia matka i zamiast pochwalić Monstera za te wszystkie bardzo dobrze opanowane umiętności, to skrzywiliśmy się nad religią.

- DOSTATECZNY?!

- To jest propozycja ocen - nieśmiało wtrącił Monster

- Masz w piątek pójść do siostry i ustalić, co masz zrobić, żeby mieć dobry. JAK MOŻESZ MIEĆ DOSTATECZNY Z RELIGII?!

Muszę przejrzeć wewnętrzny system oceniania w szkole i ten ustawowy, bo kompletnie nie orientuję się, kiedy należy się szóstka i czy religia wlicza się do średniej, ale dotąd nie miało to znaczenia. A powoli zacznie mieć.

Bo podobno szóstka obecnie powinna być traktowana jak piątka w naszych czasach, a w szkole Monsterów szóstka jest nadal za wybitne, ponadprogramowe osiągnięcia.

Więc gdy Monsterówna ma szóstkę z muzyki, to wiem, dlaczego. Bo w końcu gra na flecie o niebo lepiej od reszty, która ledwo zaczęła. Natomiast z reszty przedmiotów ma piątki. Choć w niektórych przypadkach wychodziła jej średnia bliżej szóstki, tyle że na przykład z plastyki nie brała udziału w konkursach pozaszkolnych, a z matmy jeszcze nie było konkursów. Teraz to nie ma znaczenia, natomiast przy konkursie świadectw do gimnazjum jej piątki mogą przegrać z szóstkami z innych szkół.

Chyba, że przedwcześnie panikuję.

A jak oceniane są Wasze dzieci? (i czy, jeśli w ogóle, tym się przejmujecie- Wiem, Magdo od EiZ, wiem;))


wtorek, 03 stycznia 2012
antydepresant


Nie ma lepszego sposobu na walkę z poświąteczną depresją jak zdrowa porcja ruchu. Toteż gdy ramię w ramię uwalnialiśmy dom od dywanu z confetti i balonowych flaczków, przerabialiśmy kolejne porcje kieliszków w zmywarce i gdy już wszystkie meble po sylwestrowej imprezie wróciły na miejsce, mogliśmy spokojnie podziękować Trzem Królom, że ten tydzień pracy dzięki nim taki krótki jest.

Aczkolwiek tylko jedno dziecko broniło się przed powrotem do placówki. To najstarsze. Postanowiliśmy zgodzić się z Monsterówną, że szkoła jest okropna (tak radzą w Mądrych Książkach). Monstertata, starając się nawiązać kontakt z naszą nastolatką in spe, podzielił się wspomnieniem, jak to on też (czasami!) nie lubił szkoły. Mnie takie kłamstwo nie przeszło przez usta... W każdym razie po poniedziałkowym zrywie nocą właściwie (Monster zapragnął znaleźć się również o siódmej w szkole, co tym bardziej rozjuszyło Monsterównę, nie mówiąc już o Monsterinie, który spakowany do przedszkola był już wieczorem, co nie jest normą), i po dwugodzinnej siłówce, gdy okazało się, że wcale nie ma zakwasów, jakoś łagodniej potraktowała perspektywę kolejnych dni.

Ale odlicza do ferii.

Jak my wszyscy.

A co tam u Was w Nowym Roku?


czwartek, 29 grudnia 2011
nieszczelność


Gdy po przedświątecznych imprezach i uroczystościach emocje opadły, Monstery starsze po spełnieniu obowiązków szkolnych rozszczelniły swój system odpornościowy i na święta rozkaszlały się w duecie.
Monstertata szybko zorganizował wizytę u pani dr i ku dużemu zadowoleniu starszaków pani zaleciła przebywanie w domu. Jakież mogą być lepsze ferie, skoro śnieg zdążył się stopić (w ciągu tego jednego dnia, gdy śnieg zaległ, wiedząc, że ma go zaraz nie być, zdążyłam zawieźć Monsterina na sankach do przedszkola, uczestniczyć w bitwie na śnieżki z chłopakami i stworzyć minibałwana, więc naprawdę wykorzystaliśmy tę kilkucentymetrową warstwę maksymalnie).



Zatem Monstery gromadnie oddawały się budowaniu,






 a jedyną osobą, którą regularnie przewietrzałam na boisku był Monsterino



(fakt, że musiałam szantażować go odebraniem przywileju grania na PS, jeśli nie wyjdzie, bo jak tu wyjść, skoro starsi nie wychodzą i nie wiadomo, co w tym czasie robią).



(jak to co - Babcia czyta do ochrypnięcia... dziękujemy Babciu! :)

Kaszle utrzymują się nadal, ale jest nadzieja, że Nowy Rok Monstery przywitają zdrowe, by w pełni sił wskoczyć do kieratu.
Chora, lecz niegorączkującą, więc supersprawna progenitura w domu to więcej tarć, ale byłabym niesprawiedliwa, gdybym nie dodała, że potrafią się zorganizować i zatracić się w zabawie. (A biedni dziadkowie muszą potem chodzić i szukać wnucząt, bo to najlepsza zabawa, zwłaszcza, gdy wyłączy się wszelkie źródła światła - dziękujemy, Dziadku!).  Chociaż brak możliwości wyżycia się na dworze skutkuje w kumulacji energii w domu. Wszyscy posiadający dzieci wiedzą, co to znaczy.

Będę zatem nudna, bo znowu na Nowy Rok życzę Wam wszystkim zdrowia.
Bo jak ono będzie, to ze wszystkim innym dacie i damy sobie radę.
Uściski przedszampańskosylwestrowe od Całego Monsterowa!




wtorek, 20 grudnia 2011
rywalizacja



Monsterowe poczucie własnej wartości  zostało wystawione w tym tygodniu na ciężką próbę.
Najpierw zgłosiłam na zawody taekwondo Monsterina, chociaż od października już nie trenuje. Ale to były konkurencje sprawnościowe, a nie walki, ponadto czekało nas kilkugodzinne kibicowanie, więc wymyśliłam, że zamiast nudzić się na widowni, pójdzie startować ze swoją grupą wiekową.
Monsterino poczuł zew walki, rezultatem czego zdobył medale w obu konkurencjach, w jednej złoto, w drugiej brąz.



Monster tylko (tylko według niego!) brąz.



To sobie wyobrażacie, jak się poczuł.
Bo w jego grupie wiekowej to już nie przelewki - są tam zawodnicy z zielonymi, ba! z niebieskimi pasami nawet. Tacy, co na każde zawody jeżdżą i medale przywożą. Ciężko się wybić.
Monsterino triumfował, a Monster zgrzytał zębami.

Natomiast wczoraj - kolejny kiks - w szkolnych zawodach Monsterówna wygrała w swojej klasie, natomiast Monster nawet nie liznął podium.
No i teraz biedny Monster może spokojnie poczuć się jak klasyczny przykład środkowego dziecka... zaniedbany, niedowartościowany.
Na szczęście ma fajną naturę - szybko się otrząsa i pędzi dalej.

Monsterakrobaci 2011:




Układ klasy młodzieżowej Monsterówna (według wyjaśnień Monsterówny - kończyny powinny być bardziej napięte, a także źle ląduje po ostatnim elemencie)


Układ klasy młodzieżowej Monster (główne ujemne punkty wzięły się ze źle wykonanego ostatniego elementu - tzn. barana - pozycja powinna być kuczna, Monster jeszcze go nie potrafi) 


piątek, 16 grudnia 2011
duma



Nie mam obsesji, ani specjalnych oczekiwań, by Monstery lubiły siebie nawzajem. Rodziny się nie wybiera, typów ludzkich w niej moc,  więc nie rozumiem skąd ten dogmat, że wszyscy mają się lubić i pić sobie z dziobków. Owszem, muszą tolerować siebie, fatum koegzystencji w gromadzie, nie ma innej opcji, by funkcjonować w miarę sprawnie razem, ale nigdy nie oczekiwałam, że jedno drugim będzie się opiekować czy stawać za sobą murem. Byle sobie krzywdy nie czynili. Niemniej jednak, nieoczekiwane gesty jednego w kierunku drugiego, całuski, miłe słowa oraz częstowanie zdobycznymi słodyczami, bardzo mnie wzruszają.

Prawie każdej nocy nad ranem Monsterino ląduje u nas, co rejestruję dopiero, gdy porannie dzwoni budzik. Toteż, gdy rano okazało się, że Monsterina u nas nie ma, zdziwiona poszłam go szukać i znalazłam go... w łóżku razem z Monsterem.

- Czy ty wiesz, co on mi w nocy robił? - spytał rozbudzony Monster, niby niewyspany z powodu aktywności brata, a z drugiej strony dumny z faktu, że przyszedł do niego, a nie do rodziców.

Widząc znaki zapytania w moich oczach, od razu wyjaśnił:

- Lulaki! Duże i małe lulaki! Wyobrażasz to sobie?! W nocy?!

(Dla niewtajemniczonych: chodzi o książkę Lulaki, Pan Czekoladka i Przedszkole i rodzaj porannych, ułatwiających wstawanie, pieszczot)

A wieczorem bawią się gormitami rozstawiając je we wrogie armie na schodach.

- Zabierzesz je do piwnicy, jak ich nie pozbieramy? - docieka Monsterino, bo mamy taką zasadę, że niezabrane wieczorem zabawki ze wspólnych życiowych przestrzeni lądują w piwnicy (choć to tylko groźba, na hasło "piwnica" zbierają się szybko)

- Nie może zabrać - wtrąca się Monster zanim zdążę zareagować - piętro jest NASZE!



środa, 14 grudnia 2011
wszystkie życia towarzyskie



Tak jak i inni rodzice licznego potomstwa w wieku odpowiednim prowadzimy intensywne życie towarzyskie, jeśli policzy się te wszystkie zaproszenia na imprezy, które układam na półce w przedpokoju w kolejności odfajkowywania. Wiadomo, że monsterrodzicowy udział w tym bywaniu kończy się na roli kierowcy oraz dostarczyciela prezentu dla solenizanta (na szczęście produkcja kartek na okazje wszelakie jest jedną z ulubionych czynności Monsterów, więc przynajmniej tym nie muszę się martwić), ale mam poczucie, że ciągle muszę trzymać rękę na pulsie, bo imprezy mają to do siebie, że lubią odbywać się w tym samym czasie, a w różnych miejscach oczywiście.

Zeszły tydzień był bardzo spokojny, ledwo jedne urodzinki Monsterina plus uroczystości wewnętrzne w szkole, niewymagające jeżdżenia i wydawało się, że także kolejne, do świąt, ułożą się harmonijnie. Ale nie mogło być tak dobrze - zawody akrobatyczne w szkole i jasełka w przedszkolu odbędą się w tym samym czasie, a chcemy być przecież obecni na obu widowniach.

Świąteczne przygotowania toczą się więc pełną parą, jednak rutyna w tym roku została zachwiana - Monstery zgodnie oprotestowały Tajemnicę Świąt Bożego Narodzenia, bo znają już ją na pamięć. Zatem adwentowo połknęli Rodzinę Penderwicków i bardzo są rozczarowani, że to już koniec sagi. Na stronie autorki widać już zapowiedź trzeciej odsłony przygód sióstr, więc Monsterównie mam do zapowiedzenia, że tym razem po angielsku będziemy czytać, bo już się odgrażała, że napisze do autorki, by się nie leniła, tylko pracowała nad co najmniej czterema jeszcze historiami (choć ma w planie pięć, a powszechnie wiadomo, .że dobre sagi są przynajmniej siedmiotomowe!). List do autorki Przygodowego Masła oraz do Pawła Beręsewicza, tego od Ciumków, w przygotowaniu. 

A wracając do clue, czyli życia towarzyskiego, gdy zapowiedzieliśmy Monsterom, że tym razem to MY wychodzimy (raz na ruski rok!), oburzeniu i obrażeniu nie było końca.

- Co?!

- Dlaczego dzisiaj?!

- O której wrócicie?!
- Spróbujemy wyrobić się przed północą - zapowiedziałam i już miałam nawiązać do Kopciuszka, gdy Monsterino zapałał gniewem:

- Ale kto nam poczyta?!

Jakbyśmy rzeczywiście regularnie nie dopełniali rodzicielskich obowiązków... Ot, mamy to, co sobie wychowaliśmy.


czwartek, 08 grudnia 2011
a u nas renifer dostał bez konserwantów




Wiadomo, jakie zdjęcia ukażą się o tej porze roku...

...globalne opierniczanie się



z ozdabianiem



Jako Koordynatorka Blach Wkładanych Do Pieca przysłuchiwałam się, chcąc nie chcąc, okołostołowym konwersacjom.

Monsterino obficie ozdobił piernikowe serce i zastanawia się, kiedy wyschnie, by zanieść je swojej narzeczonej do przedszkola.
- Lepiej jej nie dawaj tego piernika - radzi doświadczony, starszy brat - ona z tobą zerwie, a ty stracisz piernik!

Przy monsterinowym energicznym wyciąganiu ludzika z foremki, oderwała mu się jedna noga.

- Ojej - wzdycham - biedny kaleka ci wyszedł.

- To muszę dorobić mu kulę - stwiedził Monsterino

I dorobił.



Wypieki robiliśmy przed mikołajkami, więc odbywały się, oczywiście dyskusje w stylu, na jak duże pudło lego stać Mikołaja, a na jakie Gwiazdora. Już w legolandzie omawiali poszczególne półki. Generalnie zapowiedziałam, żeby nawet nie myśleli o największych pudłach, bo takie są dla dzieci, które W OGÓLE nie mają lego.

O dziwo, zgodzili się z motywem przewodnim mojej tyrady.

Przy okazji przygotowania talerza dla św.Mikołaja i reniferów (zawsze obierają marchewki i NIGDY jeszcze nie zadali pytania, dlaczego niby renifery nie jedzą ze skórką...) Monster przypomniał sobie, że w zeszłym roku po odwiedzinach Mikołaja z pierników zostały okruszki, a jedna z marchewek została tylko nagryziona.

- Myślę, że się zamienili i to Mikołaj nadgryzł marchew, a renifery sprzątnęły pierniki, bo ślady zębów na marchwi nie były zwierzęce! - stwierdził Monster, który niby nie wierzy już w Świętego, ale jednak podtrzymuje mit

A tak się starałam, by wyglądało to na przekonywujący reniferowy odcisk szczęki.

***


Zaordynowałam sprzątanie kątów, by przygotować miejsce na nowe EWENTUALNE zabawki. Chłopcy o dziwo, czuli większą motywację, by oczyścić pole. Może dlatego, że Monsterówna ma wieczny porządek. Monsterówna nie ma też żadnych potrzeb - bąknęła tylko o drążku do podciągania i o małpim gaju, w który chce przemienić swój ogołocony z zabawek (bo jest już przecież prawie dorosła) pokój.

Święty stanął na wysokości zadania i teraz Monsterówna na drążku zaczyna dzień i na drążku kończy. Dawno nie widziałam tak zadowolonej córki.

I znowu sprawdziła się stara prawda o słuchaniu dziecka.

A tu Monsterinowi leciutko odbiło pierniczenie:

- Czy są tu jakieś grzeczne dzieci?! - zabuczał grubym głosem


niedziela, 04 grudnia 2011
niby krok do przodu, a potem znowu do tyłu dwa
 



Monsterino na pierwszych zawodach judo ukazał waleczną stronę swojej natury. Dwie walki wygrał, a raz w pięknym stylu zremisował i wygrał w swojej kategorii wagowej. Bardzo dumny zainkasował nagrodę.
Kibicujące rodzeństwo i matka pozostają w lekkim szoku, że tak mu to wyszło.



Tu niestety wygrał z kumplem (kolega się rozpłakał potem, głupia sprawa. Lepiej walczyć z "obcymi")




Monster był zazdrosny o uwagę skierowaną na młodszego brata, więc lekceważąco wyrażał się o judo, że takie misiaczki przewracające się, a taekwondo, to dopiero jest trudność - tak nogą podskoczyć i walnąć. A nie powinien być negatywnie do życia nastawiony, bo naprawdę miał milutki akcent w zeszłym tygodniu - otóż w noc adrzejkowkową świętowali w szkole nocowanką. Były i wróżby i specjalny wieczorny trening i podchody z latarkami po ciemnej szkole w środku nocy. A najważniejsze - nocowanie na matach w salach gimnastycznych! Tyle atrakcji pani wymyśliła, że rozumiecie, że zgłoszenie Monstertaty jako ochotnika w opiece nad chłopcami było strategiczną decyzją. Monster oczywiście bardzo zadowolony, ale i wydaje się, że rozbisumaniony przez te wszystkie przyjemności. Zatem na okrasę, co by nam się w głowach nie poprzewracało, jakim to on aniołkiem się stał, przyniósł w piątek dwie uwagi odnośnie swojego bezczelnego zachowania (od katechetki - brak szacunku do osób dorosłych i pani od angielskiego - mimo A+ z testu). I znowu będziemy musieli z nim poważną rozmowę przeprowadzić, bo oczywiście, Monster potrafi być arogancki, tak zuchwały, że gdyby nadal obowiązywały kary cielesne w szkole, to pewnie chodziłby cały w siniakach. A i mnie swędzi ręka, nie raz. Potrafi tak spojrzeć się na człowieka, w stylu "I co mi możesz zrobić", że nęci, by pokazać, co mogę.
Gadać.
Tortury wymyślać.
Miotać się bezsilnie, tak naprawdę.
I mieć nadzieję, że wyjdzie na ludzi mimo swej buty. I że sobie nie zaszkodzi takim bezsensownym zachowaniem (teraz ocena z zachowania na nic nie wpływa, a w starszych klasach przecież tak). Poprawczakiem na razie mu nie grożę, ale zupełnie nie potrafię wytłumaczyć mu, że takie harde spojrzenie, jakim raczy, szczególnie siostrę katechetkę, nic mu nie daje, a tylko zniechęca do swej skromnej osoby. Największą zagwozdkę ma pani od angielskiego, bo Monster brawurowo zalicza materiał, co nie zmienia faktu, że nie waha się przed wyrażeniem ewentualnego negatywnego zdania co do programu przedmiotu czy sposobu przeprowadzenia lekcji. Jakby nie mógł mruczeć tego pod nosem, albo bloga na ten temat pisać... Skaranie boskie z tym bezczelniakiem!
A tu nakręcił brata w akcji - rozłożenie na łopatki nr 1:


wtorek, 29 listopada 2011
I znowu nastał wtorek...


W zeszły wtorek nadciągnęła  Monsterbabcia z saganem gołąbków i życie stało się prostsze. Przynajmniej chwilowo. W weekend na odsiecz przybył dziadek i okazało się, że chcąc nie chcąc, od zeszłego zjazdu monstermamowej szkoły ustanowił rutuał: Termy Maltańskie, że się tak skrótowo wyrażę.

Dziadek wreszcie zadowolony, że Miasto Wnuków dochowało się basenu z prawdziwego zdarzenia, a i Wnuki bardzo ukontentowane, że się dziadkowi chce ich zabrać. Coś tam jeszcze w Termach nie do końca działa i zimno w rurach, jak donosi Monsterówna, ale zwalam to na nieuchronny czas rozruchu...

W każdym razie babcia dogadzała kulinarnie i kulturalno-oświatowo-edukacyjnie (pisałam już o babciowej obecności jako czynniku polepszającym nastrój Monsterówny), a Monstermama mogła spokojnie poświęcić się nauce.

Ale to był zeszły tydzień, nie mówię, że nie wróci więcej, ale na razie życie znowu biegnie, a przecież adwent.

Monsterówna konsultuje się z nami, jakie ma zrobić postanowienie adwentowe.

- Napisz, że ograniczysz użycie słowa "chyba" - proponuję

- Nie będziesz się obrażać, tylko od razu mówić, o co chodzi - postuluje Monstertata

Monsterówna ociąga się, już by wolała nie jeść słodyczy.

- Nic z tego - mówię - to ma być prawdziwa praca nad sobą - mówię do niej i do siebie (zobaczymy, jak mi postanowienie pod roboczym tytułem zero wrzasku wyjdzie).

Udało nam się wyskoczyć na pierwsze roraty. Nawet Monsterino nie za bardzo jęczał - ciemność, a w niej światełka, lampiony i tajemnica - taka Msza św. jest atrakcyjna, chociaż w zwykły dzień. Po powrocie (szaleńcza jazda rowerem, bo przecież nie można spokojnie i statecznie) Monsterino głodny jak wilk.

- Poproszę trochę węglowodanów - zamawia

- I klopsiki - dodaje

Monsterino niczego nie postanawia, choć sugerowaliśmy mu dobitnie, że regularne nocne nawiedzenia naszej sypialni nam nie pasują i ich zaprzestanie byłoby idealnym postanowieniem. Nawet niekoniecznie adwentowym.


 

środa, 23 listopada 2011
regularne posiłki to podstawa




Bardzo korzystny początek tygodnia - wyjechałam z pracy dwadzieścia minut później, a przyjechałam zupełnie bez korków kwadrans wcześniej niż zwykle. Gdzie się wszyscy podziali? Czułam się na drogach naszego rozkopanego miasta, jakby impreza była gdzie indziej...

W domu Monsterówna. O dziwo, zadowolona. Opowiadanie zaliczone na pięć.
- Chyba - dodaje jak zwykle Monsterówna, bo do dzienniczka nie wpisała. Najważniejsze, że ma to za sobą.

Otwieram lodówkę.
Bardzo lubię poniedziałek, bo zawsze jest pod hasłem: Czyszczenie Resztek Z Weekendu i nie muszę pichcnić niczego nowego.
Co by tu skonsumować... Waham się między naleśnikami (wiadomo, że z razowej biomąki z dodatkiem amarantusa) a makaronem (wyjątkowo pszennym, a nie owsianym, choć naturalnie z pszenicy durum) z pesto.
Ja mogę resztki, ale sportowcy muszą swoją pełnowartościową paszę, więc choć widzę paczkę z merlina, najpierw ukręcę Monsterom kaszkę (pewnie, że orkiszową!). Aczkolwiek do czuwania nad kaszką najlepsza jest świeża lektura (choć czasem muszę potem solidnie wietrzyć. Kuchnię, nie lekturę).
Zasadniczo moją obecną powieścią kuchenną jest Dzienniczek św.Faustyny w ramach umartwiania przedadwentowego (w łazience mam - Po rozstaniu Zeruyi Shalev , a na nocnym stoliku już od dwóch miesięcy nie mogę skończyć Pod skórą Doris Lessing - nie dlatego, że nudna, tylko, że jak już tam dotrę, to zawsze za późno - muszę ją przełożyć do łazienki. Po rozstaniu idzie mi zdecydowanie szybciej - ledwie miesiąc w kibelku się kurzy. W monsterinowej torbie na basen mam Amatorki Jelinek - też w zawieszeniu, bo ostatnio Monsterino szybciej przebywa dystans od jednego brzegu do drugiego i zanim znajdę akapit, na którym skończyłam, to już muszę znowu machać i pokazywać oba kciukasy do góry. Mam też którą z kolei Jodi Picoult na dnie torebki. To w razie korków albo treningu taekwondo.
Symultaniczne czytanie kilku powieści i odpowiednie rozłożenie książek w strategicznych miejscach jest podstawą, by w ogóle znaleźć czas na lekturę (multitasking jako jedyny możliwy sposób działania matki pracującej). A jakie są Wasze zwyczaje czytelnicze?

Wracając do poniedziałkowego menu, kaszka oczywiście przywarła. Nie czas żałować lektury (Polecam bardzo, choć nie mam w tym żadnego interesu, piszą do mnie tylko producenci AGD, żebym jakiś konkurs na blogu rozpisała, a żadne wydawnictwo - Zupa musi być  Magdaleny Kołodkiewicz - intensywna i pyszna!),

gdy przypala się garnek! Ratuję kaszkę podlewając mlekiem, Monsterino i Monsterówna zasiadają do stołu. Porcja dla Monstera odłożona. W poniedziałki Monster wraca ze szkoły przed siódmą. Twardziel.

Dla siebie losuję makaron.
Monsterino wciąga nosem woń (właśnie zakończył swoją porcję kaszki. Z malinami. Ekomaliny, prosto z leśnej głuszy).
- A ty co jesz? Makaronik?! Ja też chcę!
Oczywiście, że oddaję swój makaron dziecku. W końcu mam naleśniki. O! I surówkę.

- Taką suróweczkę CHYBA lubię - Monsterówna pochyla się nade mną.
- Weź - mówię. Przecież nie będę Sportsmence ograniczać witamin.
Po bliższej analizie okazuje się,  że naleśnik jest jeden.  Monster wróci bardzo głodny, a naleśniki akceptuje.

Na szczęście w zamrażalniku był jeszcze kawałek chleba.

poniedziałek, 21 listopada 2011
lektura




Leżymy we czwórkę na monsterinowym, standardowo szerokim, łóżku.
Monsterino zarezerwował sobie brzuch, starsze po obu stronach, Monsterówna wisi jednym półdupkiem poza łóżko, ale balansuje, Monster przyklejony do zimnej ściany, ale ja grzeję. Wszyscy się zbiegli, bo Monsterino po raz kolejny czyta nową serię o trójce rodzeństwa naciągającego swojego tatę na różne wyprawy ,które przeradzają się w totalne wariactwa. (a zawsze dopiero wieczorem, jak już wszystko dobrze się skończy, nadciąga mama, po nadgodzinowej pracy - bardzo życiowa lektura, bardzo!)

Seria jest tak zabawna, że mimo kolejnego przerobienia, nadal rechoczemy.
A skoro na świeżo zaliczyliśmy rodzeństwo Różyczków, to Monsterinowi przypomniała się Mama Mu i Nusia oraz Findus, zatem i Monstery starsze mają powrót do wczesnego dzieciństwa. Nawet łóżko piętrowe ze starego mieszkania im się przypomniało, choć nie jestem pewna czy już wtedy czytaliśmy te książki.

No nic - skoro już przy lekturach jesteśmy, to ze starszymi czytaliśmy ostatnio Niezwykłe Wakacje Beaty Ostrowickiej - może być, ale teraz mamy absolutny hit - Przygodowe Masło ! Cudownie dla nas się składa, że narratorką jest tu dziesięciolatka, z którą Monsterówna się utożsamia, jak się wydaje (bohaterka ma braci wprawdzie starszych, ale także dwóch).

Wczoraj Monsterówna bardzo była wieczorem zestresowana, bo dzisiaj na polskim miała przedstawiać lekturę, którą wybrała jako dodatkową. A najbardziej w życiu  nie lubi opowiadać na forum klasy. Najpierw napisała sobie swoją wypowiedź i poprosiła o sprawdzenie, ale gdy podpowiedziałam, by, ewentualnie, nie na siłę!, rozbudowała wstęp i dopisała choć jeszcze jedno zdanie podsumowania, to się obraziła. I podarła swoje wypociny!
Troszeczkę się uniosłam, to prawda, na taką akcję, ale po co mnie prosi w takim razie. I pytam, czy poleca "Konia na receptę" (bo to właśnie wybrała), czy nie. Ostatecznie wydusiła, że poleca, ale w przyszłym półroczu wybierze raczej coś bardziej przygodowego do opowiadania.

Leżymy więc w czwórkę na wąskim łóżku, wszystkie Monstery przytulają się ściśle, aż nagle Monsterówna łapiąc mnie za ramię wrzyna się paznokciami.
- Och, ale ty masz długie paznokcie! - syczę z bólu
- A jakie czyste! - z dużym podziwem w głosie dodaje Monster

Fukam na Monstera, bo oficjalnie jestem obrażona. Bo znowu popisał się, tym razem w operze.
- To było dla dzieci, nudne - tłumaczy
- Teosiowi się podobało - bronię opery "Piotruś i wilk"
- No przecież mówię, że dla dzieci było - cieszy się Monster
Ale zachowanie było błazeńskie przed i po przedstawieniu. Monster na polecenie Pani napisał do mnie list. [ERRATA: Według Pani, to był Monstera pomysł, by do mnie napisać. A - i jeszcze pocieszyła mnie odnośnie monsterzych błędów, że w tym wieku znajomość zasad nie gwarantuje bezbłędnego pisania. Tylko ciągłe ćwiczenia. Ha! Teraz tylko go zmusić...]



Dzień później zarobił dwie szóstki (pani powoli wprowadza prawdziwe oceny).

- Odrabiam straty - tłumaczy Monster. Nie widać, żeby specjalnie przejął się swoim kolejnym potknięciem. A może potrafi dostrzegać raczej pozytywy sytuacji.

- Ma to po mamusi - śmieje się Monstertata

Nie będę fałszywie zaprzeczać.



czwartek, 17 listopada 2011
konsekwentnie sprofilowani


Nastrój Monsterina podążającego na pierwszy w swoim życiu egzamin oscylował szeroko: od radosnej ekscytacji po czarną rozpacz. Tak naprawdę to nie mówiliśmy głośno nic, bo nie powinniśmy go porównywać do starszych. Przecież nie porównuje się dzieci (przynajmniej tak wprost przy nich), choć czasem bardzo korci, ale też nasze patrzenie na jego obecny poziom sprawności jest wypaczony przez poprzeczkę, którą wysoko wywindowali starsi. Ale zdał! Na tle innych jego sprawność jest wystarczająca do klasy mistrzostwa sportowego. Git.

Monsterino spytał się, czy wobec tego chociaż do najbliższej środy może jeszcze do przedszkola chodzić, bo akurat przypada robotyka. Troszeczkę się zdziwił, że ma jeszcze jakieś siedem miesięcy robotyki przed sobą. Głośno odetchnął z widoczną na liczku ulgą. I wtedy dopiero skojarzyłam jego przedegzaminowe emocje! On po prostu i chce już iść do szkoły i przedszkole mu się podoba, a  bał się, że musi je opuścić już zaraz, natychmiast. Że też czasem wystarczy dopytać, o co chodzi...

Wracając do akrobatyki, trenerzy w AZSie przedyskutowali problem i jednak WYJĄTKOWO zgodzili się zabrać Monsterównę tylko na tydzień ferii do ośrodka przygotowań olimpijskich. Bo bardzo im zależy, ze względu na supersprzęt, na którym można poćwiczyć takie ewolucje, których w szkole się nie da. Czyli wszystko można załatwić, gdy się bardzo chce. I dobrze, że się postawiliśmy.

I tak podsumowując wizję przyszłego roku kompletu potomstwa w szkole sportowej (wszyscy NA RAZ w jednej instutucji -  jak można tak sobie ułatwiać życie?!), to nigdy w życiu bym nie przypuszczała, że ja, noga z wf'u, będę matką sportowców.


wtorek, 15 listopada 2011
und, wie geht es Ihnen?




Mam świadomość, że rokroczne spędzanie święta Niepodległości Polski akurat w Berlinie ociera się o perwersję, ale cóż, tak nam wychodzi, bliżej mamy na zachód niż na wschód. Monstery starsze dzień wcześniej nabuzowane patriotycznie akademiami ku czci radośnie śpiewały "Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz", póki ich nie spacyfikowaliśmy. Pod Bramą Brandemburską, tak mniej więcej.

Oczywiście, skoro ustanowiliśmy pewien zwyczaj, to teraz nie ma zmiłuj się i jeden dzień mamy zajęty budowaniem. Nauczona zeszłorocznym jękiem, że pięć godzin to za mało, zaplanowałam sześć. Też było za mało.



Dzień później w akwarium Monster zmienił pomysł na domowe zwierzątko i postanowił hodować rekina.
- Wychowam go od samego jajeczka - postanowił

Rekiny rzeczywiście ciężko pracowały na swój kawałek krwistej karmy szczerząc niezliczone szeregi kłów, ale i tak dla mnie najpiękniejsze są płaszczki...



... albo meduzy. Te tańczyły najpiękniej.




czwartek, 03 listopada 2011
od końca


- Dlaczego Gaja nie ma jeszcze chłopaka? - pyta Monster, dumny, bo on ma dziewczynę, a jeszcze chwilę wcześniej fukał, że wszystkie dziewuchy z klasy chcą mu wmówić, że się zakochał w którejś tam z kolei.

- A po co jej chłopak! - prycham - Niech lepiej najpierw studia skończy - kończę, niby na poważnie

Monsterówna chichocze, punkt dla mnie.

- A Tobie po co dziewczyna? - indaguję - Przecież jeszcze niedawno denerwowałeś się, gdy ci dziewczyny wmawiały...

- No właśnie - przerywa Monster - a teraz mam spokój.

To się nazywa znaleźć nieagresywne rozwiązanie palącego problemu.

****

Monsterówna powinna mieć bonę lub guwernantkę na stałe. Gdy była u nas babcia, do szczęścia Monsterównie wystarczało, by siedziała z nią podczas odrabiania lekcji. Dobrze, że znowu babcia do nas wpadnie, bo gdy zdarzają się chwile, gdy jestem popołudniu poza domem z którymś z chłopców, Monsterówna ląduje na dnie rozpaczy.

Może dzieci powinny nauczyć się samemu, jak walczyć z uczuciem smutku i przygnębienia, ale jakoś okropnie znoszę zły nastrój naszej pierworodnej i jak tylko mogę staram się jej wskazać dobre strony życia (że np.: jeszcze tylko 8 i pół roku nauki języka polskiego jej zostało - zakładając, że na studiach wybierze li jedynie ulubioną matematykę)

****


Zupełnie nie po kolei, wręcz od końca, przerabia "Przyjaciół Zippiego" Monsterino. W piątek był przygotowany na zabranie patyczaka do nas na kolejny weekend, gdy pani obwieściła dyskretnie, że patyczak właśnie zdechł.
Monsterina zamurowalo, ale tylko na chwilę.
- Możesz zrobić mu pogrzeb - zaproponowała pani
- Cała nasza rodzina pogrzebana jest w ogrodzie - oznajmił zdecydowanie, a ja naprędce prostowałam, że w istocie chodzi o braci mniejszych i nie jest to jakaś masowa mogiła, ani też nie prowadzimy nekropolii dla zwierząt.

Dzisiaj do przedszkola przyjeżdża cała horda nowych patyczaków. Monsterino już się wpisał na listę weekendowego opiekuna.





wtorek, 25 października 2011
bezsens totalny


Rozpieszcza nas jesień w tym roku. Co weekend, to ładnie. Bo przecież nie pada, wręcz przeciwnie, świeci słońce, liście mienią się kolorowo, pograć w piłkę można, czego chcieć więcej...

- Mamo, jaki jest sens życia?! - dramatycznie zawiesza głos Monsterówna w sobotnie przedpołudnie

I nie, nie chodziło o smutek po jakimś tragicznym wydarzeniu. Nie. Tylko o to, że kompozycja kwiatowa, którą aranżowała na kartce urodzinowej dla swojej przyjaciółki nie chciała się przykleić.

- Okres wysychania: 24 godziny - czytam na opakowaniu kleju

Monsterówna wpada w stupor.

- Patrzysz, jak klej wysycha? - ironizuję

Duży błąd. Nie odezwie się do mnie przynajmniej przez godzinę, dopóki jej nie wygilgoczę i nie przeproszę za tak haniebną odzywkę.

Potem ankieta od pani z niemieckiego. Kilka pytań o to, czy te lekcje to pierwszy kontakt uczniów z niemieckiem, czy im się podoba, z jakim słowem mają trudność.

Monsterówna zawiesza się nad kartką.

Bo czy to, że w zeszłym roku w Berlinie, konkretnie 11 listopada, nauczyła się już Guten Tag, to ma to określić jako niewielki kontakt z niemieckim, czy w ogóle pominąć... Naprawdę to dla niej problem - żeby prawdę i tylko prawdę napisać. Szczegółową. Nie rozumie kwestii poziomu istotności.

Na polskim był sprawdzian. Ostatnie pytanie dotyczyło opisu pierwszego dnia szkoły. Monsterówna nie napisała nic na ten temat, bo:

- nie wiedziała, czy chodzi o pierwszy dzień szkoły W OGÓLE, czy pierwszy dzień czwartej klasy, a pani powiedziała, żeby już się nie pytać, bo nie zdążą;

- nie pamiętała dokładnie, co działo się w ten dzień, a przecież nie może napisać cokolwiek...

- zanim namyśliła się, co by jednak może skrobnąć ogólnikowego, to czas już się skończył.

No i klops. Niereformowalna córka.

- To nie będzie kłamstwo, gdy opiszesz cokolwiek - mówię, ale widzę, że mi nie wierzy

I jak tu żyć? Zwłaszcza mając takiego brata, jak Monster, który w czasie, kiedy Monsterówna ledwo MYŚLAŁA nad koncepcją kartki, on machnął plakatowymi na blejtramie i wymodził małe dzieło sztuki w ramach urodzinowego prezentu dla koleżanki.

- Ale tu mu zaciekło - krytykuje Monsterówna wskazując palcem

- Ale w całości wyszła bardzo fajna praca - bronię Monstera

Monsterówna nie jest przekonana. Powinnam stworzyć nową kategorię wpisów pt. Odrabianie lekcji przez Monsterównę. Zamiast cyk-cyk, odfajkować, szczególnie te nielubiane, to przez całe popołudnia oraz większość weekendu przekłada z kupki na kupkę, trochę tego maźnie, trochę tamtego, poprawi, zamknie z hukiem, popłacze się, znowu skubnie... A potem jęczy, że nie ma czasu na czytanie czy oglądanie filmu. Zwariować z nią można! Fakt, że skupia się, gdy planujemy na weekend wyjazd - wtedy wie, że czasu ma mniej i strategicznie kończy projekty wcześniej. Może to był jednak błąd, by pozbawiać ją zajęć dodatkowych i dać czas na lekcję. Może tego czasu mieć nie może.

Wykończy się ta nasza perfekcjonistka, jeśli nie pojmie, że większość tych wypielęgnowanych majstersztyków nie ma sensu dla samego robienia. Tylko, że stąd już tylko krok do okropnej zasady - zakuć, zdać, zapomnieć.

Ech, ten złoty środek! Monster jakoś bliżej niego znajduje się w ostatnim czasie. Prawie popłakałam się ze wzruszenia, gdy zobaczyłam opowiadania, które pisze w ramach kolejnych tomów słownika ortograficznego. Pani ma taką propozycję na zapamiętywanie słów - mają je rysować i pisać z nich historyjki - im bardziej śmieszne, tym lepiej. Ważne, by je zapamiętać, a pisownię przy okazji. A jak mu się pismo poprawiło! Nie mogłam uwierzyć, że to on samodzielnie napisał. Dojrzał, autentycznie dojrzał do szkoły.

I jeszcze na sobotnim odrabianiu basenu z Monsterinem zdałam sobie sprawę, czego tak naprawdę szukam w zajęciach dodatkowych. Tego "juhuuu", które wydał z siebie Monsterino, gdy dostali płetwy, tak że na widowni usłyszałam. Jak pędził i potem w szatni emocjonował się, że mama nawet jednej strony z książki nie zdążyła przeczytać, a on już był po drugiej stronie basenu! Tego "było super", gdy odbieram go z przedszkola, a on mówi, że robili wulkan, który na czerwono wybuchał i gelzery oglądali. Tego "uwielbiam judo" i jak dzieli się z Monsterem japońskim komendami (a on mu koreańskimi odpowiada).

Może starszych gorzej zadowolić, bo już wszystko widzieli i wszystkiego doznali. Albo bardziej krytyczni są.

No, ale fakt jest faktem - wraz z dojrzewaniem coraz częściej kwestionują sens wszystkiego i czegokolwiek. Choć akurat to rozumiem. Muszą znaleźć własny.


środa, 19 października 2011
mowa trawa


Kotłowała nam się ta zuchwała decyzja w głowie przez cały miesiąc. W końcu usiedliśmy z monstertatą, by rozłożyć plany i omówić strategię walki. No, może na początek przemowy. Przemowy Do Pana Trenera W Celu Zwolnienia Córki z Obozu Zimowego.

Przyjęliśmy linię argumentacji, wybraliśmy Reprezentanta Wygłaszającego. (Monstertata - jednogłośnie, bo tylko ja głosowałam).

Nastawieni buńczucznie oraz rewolucyjnie udaliśmy się na zebranie. W skrócie chodziło o to, by zakomunikować, że możemy się zgodzić na oddanie połowy wakacji letnich naszej córki dla sportu, ale nie zgadzamy się, by nie miała w ogóle zimowych ferii z rodzicami. I że ze względu na liczne potomstwo pogodzić tego inaczej nie damy rady.

Podczas monstertatowej oracji trener ze dwa razy otworzył usta, by zabrać głos, ale się nie przebił.

Stanęło na tym, że zabieramy ją na ferie bez względu na konsekwencje. Gdyż ponieważ i tak nie da się przewidzieć, jak się dalej nasza akrobatka rozwijać będzie i sam brak obecności na obozie nie przekreśli jej przyszłości. Do zgody to może nie doszliśmy, ale trener przyjął do wiadomości nasze zdanie i musiał się z nim pogodzić.

Uff. Mamy to już za sobą. Teraz niech tylko nam nikt nie zajmie miejsca w Czarnym Dole!

***

Popołudniowo-wieczorny rytuał: Monsterówna odrabia lekcje. Na leżąco, czego Monstertata w ogóle nie rozumie. A przecież milutko jest mieć miękki dywan pod brzuszkiem, gdy trzeba kreślić dwie strony wypracowania (wyszło na trzy i pół).

Tym razem nazwy szkolnych przedmiotów po angielsku, a pod spodem podsumowanie: I'm good at... i tu ma napisać te przedmioty, w których jest dobra oraz I'm not good at... i tu wpisać te, w których nie jest dobra, oczywiście.

Monsterówna ma problem, bo przecież w żadnym przedmiocie nie jest zła.

- Tylko nie płacz! - zastrzegam, bo już widzę, że jej się broda trzęsie - Może napisz ten, którego nie lubisz!

- Przecież tu nie jest napisane, że nie lubię, tylko nie jestem w nim dobra - syczy Monsterówna

Zostawiła trzykropek. To prawie jakby nie odrobiła zadania.

Rano przed szkołą ciężko przeżywa, że Pani Od Polskiego może pytać. A ona nie cierpi opowiadać. I że najlepiej byłoby wybierać przedmioty jak w Hogwarcie.

- Jakie byś wybrała? - pytam, choć już tylko pięć minut do dzwonka zostało i jeszcze musi się przebrać na akrobatykę

- Matematykę na pewno - bez zbędnej zwłoki rzuca Monsterówna - niemiecki, angielski -  tu już się waha - może przyrodę... plastykę...muzykę...

- Leć - mówię - Trzy minuty do dzwonka!

- No i teraz się spóźnię - zawodzi Monsterówna z pretensją w głosie. No pewnie, że to moja wina

- Napiszę ci usprawiedliwienie, jeśli się spóźnisz - żartuję

Monsterówna zerka na mnie uważnie. Czy to, co widzę w jej spojrzeniu to politowanie???






czwartek, 13 października 2011
predyspozycje




Do mojej prawie dobowej podróży służbowej przygotowywałam Monstery od paru dni. Monster nie wyraził przeciwwskazań.
Monsterówna zwiesiła nos na kwintę: "to nie będziesz w domu, gdy wrócę ze szkoły?" . Prawie nigdy nie zdążam być tak wcześnie, ale widać, że to dla niej ważne, żebym była i już potem wieczorem nigdzie i z nikim nie wychodziła.
Monsterino codziennie powtarzał, ile to dni zostanie do tego dnia, gdy to tata, a nie mama odprowadzi do przedszkola.
W końcu wstał tak wcześnie, że na lotnisko odwieźli mnie razem z Monstertatą.
- A jak samolot się rozbije? - zapytał całkiem rozsądnie. Nie wiedziałam, co odpowiedzieć prócz gwałtownego zaprzeczenia.
- Wiesz, możesz wylądować na tym krześle z samolotu - wyrzucą je przez okno - wyjaśnia - wystrzelą i opadniesz na spadochronie!
Gdyby to było takie proste.
Samoloty nie pospadały, tylko wszystkie po kolei się spóźniały. W drodze powrotnej, na lotnisku w Monachium nawet mogłabym była sobie dorobić, bo w poszukiwaniu gniazdka do naładowania komputera dotarłam do toalety dla niepełnosprawnych, przysiadłam na krześle obok z kubkiem, a jedna z pasażerek usiłowała mi do tego kubka wrzucić drobne.

Musiałam wyglądać na bardzo zmarnowaną życiem, ale wszyscy wracający tak wyglądali. Krawaty pozdejmowane, koszule rozchełstane, ostatnie rozmowy  to jutro spotykamy się w centrali, a ja cały czas pytałam sama siebie: tęsknisz za tym? brakuje ci tego? Tych wyjazdów bladym świtem i tych powrotów ciemną nocą?

Ostatni raz w taką podróż służbową leciałam z Monsterówną w brzuchu, więc ponad dekadę później rozglądałam się zaciekawiona, czy rozpoznam coś z tego podekscytowania biznes-byciem. Czy znajdę gdzieś w sobie radość i spełnienie, że wreszcie wracam, tam, gdzie byłam.

Nic z tego. Null. Zupełnie.

Czy ci, w większości mężczyźni, w pomiętych dniem garniturkach, podłączonych non-stop do sieci lubią to, co robią? Czy robią to, bo muszą? Pewnie, znacznie gorsze i tym bardziej gorzej płatne rzeczy robi się dla pieniędzy, ale rozumiecie - czy ci zalatani robią co jakiś czas taki rachunek - że żyjąc na trochę niższym poziomie, dajmy na to: bez Egiptu co rok, mogliby zyskać coś w każdym calu innego? A może właśnie to im odpowiada i tak jest też dobrze - w końcu nawet dzieci przyzwyczają się do mojej nieobecności i dadzą sobie radę. Tyle dzieci tak żyje, to i one mogą.

Sęk w tym, że to ja tego nie chcę. Bo to ja na tym stracę, nie one. No może prócz tego Egiptu. (Dzieci wolicie mieć matkę na co dzień czy raz w roku dwa tygodnie w Egipcie - wybierajcie!)

Czy powinnam się tłumaczyć z tego, że nie lubię, że nie chcę - że cały dzień latania po to, by przez dwie godziny dyskutować oko w oko jest bezsensownym traceniem pieniędzy i czasu w obecnych czasach, przy obecnym poziomie rozwoju telekomunikacji?! I jakim zatruwaniem środowiska przy okazji.

Widocznie nie mam predyspozycji do robienia biznesów.

Może trzeba się z tym pogodzić.

I wracając do talentów - Monster został Sportowcem Września.

Bardzo prosił, bym wpadła na lekcję zobaczyć, jak fika salto w tył, więc przeorganizowawszy dzień zabrałam Monsterina z przedszkola i poszliśmy podziwiać.

Ładnie fika, nawet, a może szczególnie dla mnie, laika.

Poobserwowałam sobie też inne dzieci, w tym roku pierwszy raz. I zdałam sobie sprawę, że nie do końca trener jest szczery z rodzicami przy rekrutacji. Hasło przewodnie jest takie, że pierwsze trzy lata szkoły to ogólnorozwojówka i po tych latach dzieci będą na tyle wysportowane, że w każdym sporcie się odnajdą.

Guzik prawda.

Być może, gdyby rekrutacja była ostrzejsza. Ale w sumie przyjęto te dzieci, które spełniły minimum fizyczno-zdrowotne oraz miały chęci, by 17 godzin w tygodniu spędzić na sali gimnastycznej.

Przez te dwa lata moich wizytacji klasy Monstera niewiele zmieniło się. I nie chodzi o ocenę wykonywania akrobacji, bo się na tym nie znam, tylko tak oglądając w ciągu tych lat coraz to bardziej skomplikowane ćwiczenia - te dzieci, którym najszybciej wychodziło,   nadal są w czołówce - niektóre poprawiły się mozolną i systematyczną pracą, fakt, niektóre spadły z powodu braku dyscypliny pomimo talentu, fakt, ale w sumie to tylko roszada wśród tych, którzy już na początku wykazywali predyspozycje. Natomiast ci, którzy ledwo się trzymali na końcu, nadal się tam, z dużym trudem wiją. Bo nie mają do tego serca, albo nawet największą pracą nie są w stanie dorównać. To po co się tak męczyć???

Być może te pierwsze lata takie mają być - by i rodzice i dzieci mogły się przekonać, czy rzeczywiście to jest dobry kierunek rozwoju. Ale jakie to okazuje się łatwe - tym dzieciom, którym już na wstępie nie szło te wszystkie godziny spędzone na sali wcale im nie pomogły - ani w zwiększeniu kondycji, ani w umiłowaniu sportu - na szczęście dla nich samcyh po trzeciej klasie będą mogły (musiały) odejść. Dręczeniem jest już samo obserwowanie tych zmuszanych do sportu dzieci. Abstrahując od tego, że to naprawdę marnowanie dziecku dzieciństwa.

To może właśnie tym się kierować - nie chce ćwiczyć na pianinie - nie puszczać do szkoły muzycznej, mimo, że muzyka rozwija mózg. Nie garnie się do sportu - nie dawać do szkoły sportowej, mimo, że sport rozwija mięśnie (i mózg też wbrew pozorom).

Tyle, że nie wszystkie zdolności da się tak łatwo sprawdzić.

No i dobrze - o ile życie byłoby mniej ciekawe, gdybyśmy, jak to drzewiej bywało, już w łonie matki mieli zdeterminowaną przyszłość.

poniedziałek, 10 października 2011
walczący z garnkami



Nigdy nie ukrywałam tego, że nie lubię gotować. Nie rozumiem też mody na oglądanie wszystkich świętych gotujących na ekranie, a już zupełnie padłam, gdy przeczytałam, że w Stolycy są nawet specjalne warsztaty dla chcących się uczyć gotowania dzieci. To w domu nie mogą tego zrobić?! Nawet opłacenie gosposi po godzinach plus sprzątaczce, przepraszam - konserwatorce powierzchmi płaskich ekstra za skrobanie mąki z blatu byłoby tańsze i mniej fatygujące niż dojazd gdzieś tam na godzinę. Może jeszcze w weekend?
Ale rozumiem, też miałam marketing w szkole, że wszystko trzeba umieć nazwać i opakować, by stało się przedmiotem pożądania.
Ja też nie jestem odporna, o nie - swego czasu, gdy jeszcze Monstery grzeszyły wolnym czasem i nieograniczoną chęcią bywania, zaliczyły ekskluzywną Szkołę Designu przeprowadzoną w superwypasionym snobistycznym klubie w naszym mieście.
Nie można powiedzieć, że jakoś specjalnie męczyły się wycinając rzeźby z kartonu (Projekty! Formy! Struktura!) i tworzyły sałatkę (współpraca i połączenie różnorodnych form!), ale szczerze powiedziawszy, gdybym zaprosiła ich kumpli i dała kartony plus farby, to byłoby równie, a może nawet równiej.
Tyle, że nie wypiłabym w tym czasie kawy i nie zjadł tarty. Albo może nie tak smaczną, bo dziesięć razy tańszą.
O tym wszystkim właśnie myślałam, gdy znowu nadeszła sobota, Monstery odmówiły wyjścia gdziekolwiek, na hasło muzeum obrócili się na pięcie ode mnie wszyscy i nawet wizja obiadu w restauracji nie podziałała motywująco.

No to musieli sami obierać warzywa!
O dziwo, warsztat tłuczenia kotletów miał większe powodzenie od siekania pietruszki. Nawet jeśli do siekania pietruszki można używać kolebiącego się noża. Nic nie wygra z tłuczkiem!



A tu zaległy Monster po postrzyżynach.
Sam sobie zorganizował warsztaty Wicia z Wierzby. Cały komplecik biżuterii - naszyjnik, pierścień oraz sześć bransolet mi sprezentował.



czwartek, 06 października 2011
obróbka skrawaniem


Już miałam hymn pochwalny Monsterowi zaśpiewać z racji braku uwag w dzienniczku przez CAŁY miesiąc, gdy okazało się, że wyjście do kina na dzień chłopaka zakończyło się elaboratem pani wychowawczyni na temat nieprzestrzegania zasad. Wcale nie uniosłam się gniewem, gdyż Monster strategicznie dostarczył dzienniczek do podpisania dopiero wówczas, gdy zdobył pochwałę, która zasadniczo zrównoważyła wydźwięk uwagi. Wydaje się zatem, że Monster przystosował się do kajdanów, tfu, kaganka, oświaty. Nie powiem, o wiele lżej jest być matką przystosowanego niż tego z przedrostkiem nie. Grunt, to znaleźć niszę dla siebie - Monster na przykład regularnie przygotuje relacje do kroniki klasowej, ale tylko dlatego, że pisze na komputerze. Choć z kaligrafią jak się postara też nie jest najgorzej. Aczkolwiek dyktando "z ogródka Józefa" nadal kuleje. Trzeba przyznać, że jest konsekwentny w swoim upartym trzymaniu się u otwartego w powyższych słowach.

Zwycięzcą w rodzinnym konkursie o najbardziej wszechtronnie zajęte dziecko zostaje na ten rok szkolny Monsterino. Zgłosił się do wszelkich możliwych zajęć dodatkowych i tylko dlatego nie osiągnął maksa, że absolutnie nie zgodziłam się, by chodził z przedszkolem na pływalnię (bo to grupa początkująca). Przeczytawszy harmonogram zajęć, dziwię się, kiedy panie mają czas na te wszystkie prace plastyczne i inne chroboty zręczne, których wyniki ozdabiają wystawki i tablice w sali. Może same po nocach wiercą dziurki w kasztanach i wbijają wykałaczki w ziemniaki (praca Monsterina była zatytułowana "ta ryba, co się nadmuchuje, jak się przestraszy" - muszę powiedzieć, że podobna:))...

Zobaczymy na ile starczy mu zapału, by te wszystkie robotyki i inne -tyki kontynuować. Na szczęście tańce i korekcyjna też jest, więc się będzie ruszał, co jest nieodzowną podstawą.

Reszta towarzystwa powoli ustabilizowała sobie rytm tygodniowy, a dzięki temu, że staram się, żeby przez mój motorek w tyłku Monstery jednak nie cierpiały, to mają  od matki wycieczkowo-warsztatowo-szlajających wymysłów wolny przynajmniej co drugi weekend. Wydaje się, że było im to bardzo potrzebne, zwłaszcza, że ostatnio przecież pogoda dopisywała, Monsterówna mogła lekturę czytać w ogrodzie (miała pomysł, by siedząc na drzewie, ale na dłuższą metę było to niewygodne), a chłopcom udało się zorganizować całkiem składną zabawę z sąsiadami.

Monster molestuje nas też często, byśmy chodzili na boisko. Boisko z odpowiednią nawierzchnią i całkiem świeżutki plac zabaw jest o rzut beretem, ale wiadomo, jak bardzo się chce tam iść, skoro według mnie latanie z piłką można równie dobrze zorganizować w ogrodzie. Poza tym oboje z Monstertatą nie jesteśmy fanami piłki, więc to, że nakazuje mi stawać na bramce i bronić jest średnio skuteczne.

No, ale czego nie robi się dla dziecka...

Z Monsterówną przerzucamy się piłką siatkową - temu jeszcze jestem w stanie podołać.

Najważniejsze przesłanie do mnie dotarło - iść o krok za potrzebami/pomysłami Monsterów, a nie wyprzedzać ich życzenia. W związku z tym, Monsterino chodzi na judo w przedszkolu zamiast na taekwondo, mimo, że dobrze mu idzie, trener go chwali i mamy wygodnie, bo przecież i tak odprowadzamy Monstera. Ale na judo chodzą kumple z grupy. Jedyna zaleta, że wszystkie zajęcia oprócz pływalni Monsterino ma na miejscu.

Chociaż nasze wycieczki na pływalnie coraz ciemniejszym wieczorem Monsterino bardzo lubi. Choć tylko za widok nocnego miasta. Bo basen jest "tak długi i zimny". A pianki włożyć nie chce, uparciuch.

Trenerska uwaga o Monsterinie: ciągle za babami się ogląda!

(fakt: patrzy, czy aby go nie wyprzedzają)

poniedziałek, 03 października 2011
walka karnawału z postem


Monster-sportowiec zdominował Monstera-muzyka.

Było tak (jeszcze przed zdaniem na żółty pas):


Jego włosy, jego sprawa. Pojechali razem z Monstertatą, który też pozbył się kitki. Monster jest obecnie bardzo tatowym syneczkiem. Monsterino natomiast nadal maminym. Rywalizują w tym względzie z Monsterówną, bo gdy w czwartek- jedyny dzień, kiedy wszyscy mają zdążyć na ósmą, dzielimy się odprowadzaniem i to nie ja maszeruję z Monsterówną, to Monsterówna płacze. Zawsze myślałam, iż powiedzenie "łzy jak grochy" jest koloryzacją literacką. Ale nie w przypadku Monsterówny - u niej koraliki łez mogą na przekór grawitacji tkwić na policzkach jak wyrzut sumienia. Dopóki ich nie wytrze.

Mogłabym zmusić Monsterina do bycia odprowadzonym przez Monstertatę, ale musiałabym go do tego dwa dni przygotowywać. I ryk też by był. Choć bezłzowy.

Na szczęście z chęcią porannego wychodzenia jest już lepiej  - może dlatego, że wreszcie startują wszystkie zajęcia dodatkowe. I roboty! I eksperymenty! Monstery starsze zazdroszczą Monsterinowi, choć jednym może się podzielić - w weekend gościliśmy u nas przedszkolnego patyczaka.

Monsterino łaskawie pozwalał rodzeństwu oporządzać terrarium i dorzucać liście domowemu zwierzątku, ale potem zabierał skrzyneczkę ze sobą. Patyczak przeżył weekend bardzo aktywnie - asystował przy kąpieli, spał obok Monsterina, jadł z nim, a nawet jechał rowerem. Teraz sobie odpocznie...




wtorek, 27 września 2011
zastávka




Monstery wzięły udział w prastarym ludowym obyczaju w wersji śląskiej. Że akurat w Czechach, to nie ma większego znaczenia, aczkolwiek jest faktem. W każdym razie tańcowały, obserwowały, wyciągały wnioski i choć do oczepin nie doczekały, pewne spostrzeżenia zachowały na później.

- Ja będę mieć wesele z Michaliną - stwierdził Monsterino (nie wiem, czy ja już tu kiedyś pisałam, że Monsterino ma też w planach cztery córki, w tym co najmniej jedną o imieniu Anastazja?) - Jutro.

Starsze Monstery pękają ze śmiechu, więc potem muszą sobie masować różne części ciała od monsterinowych razów.

Monsterówna nie wie, czy w ogóle taka impreza jak jej własne wesele ją interesuje. Monster będzie mieć DJ'a na swojej i w ogóle to playlistę ma z grubsza ustaloną.
A to przecież najważniejsze.
Na angielskim spotkał się ze swoją byłą żoną przedszkolną i teraz nagle ćwiczenie czytanek stało się bezproblemowe. Oto siła miłości!
Tylko ciiii! Oficjalnie nic nie wiecie.

Monsterównie życie ciąży. Odpowiedzialność ją przygięła i jakoś nie może się otrząsnąć. Choć są elementy radośniejsze. W piątek udało nam się jeszcze przed wyjazdem wpaść na Wydział Biologii na Noc Naukowców i sobie poczarowała w laboratorium. Pani Naukowiec troszkę zbiła nas z pantałyku, bo powiedziała, że po biologii pracy nie ma, a Monsterówna przecież ma zamiar ratować środowisko i wydawało się, że to właśnie po tym kierunku.
Może jednak nic straconego, bo potem udało nam się wkręcić do oglądania życia w kałuży i gdybym ja, w swoim czasie, spotkała TAKICH naukowców, to ani chybi szukałabym w swoim zawodowym życiu niesporczaków w Mongolii, a nie brakujących groszy w sprawozdaniu finansowym.

- Dużo masz dzisiaj zadane? - pytam Monsterównę po przyjściu do domu (a ona już siedzi nad lekcjami)

- Hmm - duma Monsterówna, bo należy się nad każdym słowem zastanowić, żeby czasem nie zgrzeszyć - czy dużo, to pojęcie względne - w końcu wydusza

No tak - skoro ilustracji do jednego zdania, konkretnie do obrazka: brown dog, poświęca się pół godziny, to każde inne zadanie się przesuwa niebezpiecznie blisko północy...

A wracając do sobotniej uroczystości, Monstery pomagały młodej parze w zbieraniu deszczu grosików.

- Jak ci zabraknie kasy, to licz na mnie - informuje mnie Monsterino tonem zblazowanego multimilionera - Na weselu zarobiłem kasiory jak sto pięćdziesiąt!

Natalko i Tomku, mam nadzieję, że Wam jeszcze trochę, mimo tych ukradkiem schowanych po kieszeniach, zostało.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 46
do Monsterowa tędy