piątek, 18 maja 2012
gotowość (na wszystko)
Badanie monsterinowej gotowości do podjęcia obowiązku szkolnego ujawniło pewne braki w edukacji naszego Misiaczka-Pysiaczka, co przyjęliśmy na klatę z maskowanym spokojem starając się patrzeć na te wszystkie aspekty, które zaliczył. Jednak przyznaliśmy z pewnym zażenowaniem, że nie dało się ukryć w przedszkolu monsterinowego parcia do zwycięstwa w jakiejkolwiek dziedzinie (może być nawet wyścig do kibelka) oraz jego ekstremalnego wyrażania żalu po ewentualnej porażce (drugie miejsce się nie liczy, generalnie). Najpierw pomyślałam, że no cóż, przynajmniej w odróżnieniu od Monstera, ten nasz samiec alfa nie przejawia zachowań agresywnych. A potem, przyznaję się ze wstydem, że pomyślałam mściwie, że dobrze, iż Monsterino wykazuje spójność i konsekwencję w zachowaniu, zatem nie tylko w domu rzuca się w konwulsjach na ziemię, gdy nie wygra partii warcabów czy innych osadników. To jeden minus (duży!) minus na arkuszu oceny, drugi to odrzucanie sztućców jako podstawowych narzędzi spożywania posiłków. Czyżby nic się nie zmieniło od trzech lat? (bo problem pojawiał się w końcoworocznej ocenie w każdym roku monsterinowej edukacji przedszkolnej). Trzeci to problemy z odwzorowaniem kratkowanego wzoru. (już się za to wzięłam, ale idzie nam ciężko - już nawet nie mówię o jakości kolorowania jako takiego - przy Monsterze zrozumiałam, że dokładne kolorowanie nie jest standardem dziecka wczesnoszkolnego) Innych braków nie ma. Szykuje się do szkoły i nawet nie zamierza się pojawić na wakacyjnym dyżurze przedszkolnym. Jest już jedną nogą pod innym adresem. A panie ostatecznie przerobiły tekst pożegnania przedszkola na (i tu znowu nie mogę zacytować, bo się jeszcze nie naumiałam) zakończenie jednej przygody a rozpoczęcie nowej, szkolnej. Jakoś tak, ma to sens i melodię, choć rym nieczysty.
środa, 16 maja 2012
zielnik i inne oświatowe kamienie milowe
Monsterino szlifuje rolę na przedszkolne absolutorium. Tekst średnio się rymuje, ale jest tam takie wyborne zdanie w stylu: w przedszkolu było wesoło, a teraz witaj szkoło!. Rozumiem, że bardziej częstochowskiego rymu od szkoło/wesoło od wieków nie wymyślono, mnie jednak uderzył sam sens, którą to sformułowanie nam odkrywa i choć wiem, że się czepiam, nie omieszkałam przekazać paniom moich wątpliwości. Bo dzieci teraz w domach tłuką, że w przedszkolu było super, a lada chwila czeka ich szkolna katorga. Galery. No nic wesołego w każdym razie. Pewnie, że panie patrzyły na mnie długo i przeciągle, ale zapewniłam je, że nie żartuję. Zobaczymy, co z tym zrobią, ja w każdym razie to zdanie pomijam, gdy ćwiczę z Monsterinem jego kwestie. Monsterówna zła, bo nadszedł czas oddania zielnika, a niektóre rośliny źle (wg Monsterówny) wyschły i teraz jest ich prawie dwudziestka (przy obowiązkowych 10), a nie 30. A ile jeszcze odrzuciła! Gdyż, kiedy zapowiedziała wczesną wiosną, że zielnik jeszcze w maju trzeba oddać, myślałam, że pani się pomyliła. Bo żadnego kwiatka na horyzoncie nie było, więc jak tu przygotować zielnik. Na szczęście wiosna wybuchła, to zupełnie spontanicznie zaczęliśmy Monsterównie znosić zielska. Ja przywiozłam żółciutki łubin zerwany w drodze do pracy, Monstertata tulipana prosto z ogrodu, nawet Monsterino jakiś chwaścik. Monsterówna jednak grzecznie odmówiła nam obecności w zielniku. Dlaczego? Bo przy każdym okazie należy podać, kto i gdzie go zebrał, a przecież to ona powinna WŁASNORĘCZNIE (nie wiem, czy rzeczywiście takie zalecenie zostało wydane, ale i tak wiadomo, że nie ma takiej opcji, by wpisała kłamstwo). Chwała jej, oczywiście, za to sumienie czyste, ale przez to przeżywa codziennie wiele rozterek i zdarza się, że ma niezbyt dobry humor, czego nie waha się okazać. Na przykład na kartkówce z przyrody pomyliły jej się niektóre nazwy nizin z wyżynami w jednym zadaniu, a mimo tego otrzymała piątkę. Teraz zastanawia się, czy poprosić panią o ponowne sprawdzenie, bo przecież niemożliwym jest dostanie piątki, gdy nie zna się nazw wszystkich nizin polskich. Nadciągnęła po radę, co czynić. Myślę nad odpowiedzią, która byłaby inna niż - ciesz, się dziecko, że albo pani nie zauważyła i ci się udało, albo pani najwidoczniej stwierdziła, że dokładna znajomość nizin nie jest aż tak potrzebna, by błąd mógł pogorszyć ci ocenę. W końcu wymyśliłam, że nauczy się tych nizin i będzie miała czyste sumienie, że je zna, więc piątka się należy. Sęk w tym, że Monsterówna wolałaby niższą ocenę niż uczyć się tych nazw. I co Państwo na ten węzeł gordyjski? (sugestie alternatywy dla wesoło/szkoło też mile widziane)
wtorek, 15 maja 2012
radydawanie - studium przypadków
Majówkowo otworzyliśmy też sezon w leśnej głuszy. Zrobiło się wakacyjnie, choć przed nami tyle jeszcze pracy do końca roku. Ten tydzień przebiega pod hasłem kartkówek i sprawdzianów ze wszystkiego oraz kończenia czytania lektur. Monsterówna jeszcze ma egzamin praktyczny na kartę rowerową, więc specjalnie jechała na plac poćwiczyć wjazd na równoważnię. Troszeczkę nie skoordynowaliśmy wspólnego zdania na ten temat z Monstertatą, więc Monsterówna usłyszała dwa, diametralnie różne, komunikaty. Ale to wszystko dlatego, że zwierzyła się ze swoich planów najpierw mnie, a potem tacie. - Bo na szóstkę trzeba wjechać na huśtawkę i dodatkowo przejechać przez taką tarkę, a ja nie wiem, czy dam radę... Odpowiedź moja: - Oczywiście, że dasz radę - jeździsz rowerem regularnie już sześć lat! A jak się boisz, to pojedź poćwiczyć, żebyś zobaczyła, że spokojnie przejedziesz. Odpowiedź Monstertaty: - Ale przecież na karcie rowerowej nie ma ocen?! Zrób to, co trzeba, żeby zdać! To biedna musiała sama podjąć decyzję. Naturalnie, że przejechała i nie mam wyrzutów sumienia, że ją do czegokolwiek zmusiłam, ale tak się teraz zastanawiam, czy ona może oczekiwała ode mnie innej odpowiedzi?
poniedziałek, 14 maja 2012
już nigdy nie będzie takiej zielonej trawy
Maj. Miesiąc ewaluacji, prezentacji oraz innych podniosłych uroczystości. Trochę nam się zebrało zaległości - wyrwać na majówkę też się udało, ale że zdjęcia zwiedzały przez tydzień targi kieleckie wraz z Monstertatą, to na razie, uzupełnię, co się działo na bieżąco. Gdyż jak zwykle pędziliśmy (ale daliśmy radę i jeśli ktoś potrzebuje, to mogę udostępnić poradnik, "Jak poradzić sobie z obsługą pracy zawodowej, domowej oraz paranaukowej, trójki dzieci wraz z zajęciami dodatkowymi w tydzień". ) Monsterówna miała przygotować instrumenty muzyczne. 4 różne na szóstkę. Oczywiście przygotowała 5. To nie po mamusi jest nadgorliwa. Wprawdzie do stworzenia tarki z szyszki (karpackiej, ale nie, broń Boże, z Parku Narodowego) zainspirował ją Monsterino i długo wahała się, czy może ten pomysł wdrożyć w czyn, ale wątpliwości rozwiała pani sugerując przeglądnięcie podręcznika, gdzie pomysłów było wiele. A grajątka Monsterówny autentycznie wydają dźwięki Chomik dorósł do eksplorowania tuneli w klatce, a w celach rozrywkowych Monstery zbudowały mu labirynt. Minus - za szybko z niego wychodzi. Monsterino tańczył. Lubi to (w jednym tańcu miał nawet dodatkową funkcję porządkową - w pewnym momencie przypominał głośnym "kroki w bok", jaki ruch mają następnie robić. Chociaż pani Ania i tak produkowała się podpowiadając... troszeczkę długawa różowa pantera, ale to w końcu ostatni raz w monsterinowej karierze przedszkolnej
piątek, 27 kwietnia 2012
Graki i inne takie mini playbacki
Chomik odwiedził przedszkole, bo mają w grupie Monsterina projekt o zwierzętach domowych, więc jakże by mogło zabraknąć naszego, całkiem świeżego. Ponieważ rano akurat lało, więc wtarabaniłam klatkę do auta otulając szczelnie kocykiem, żeby Łobuziaka nie zawiało. Koledzy Monsterina się zdziwili, że posiadamy samochód, he he (na palcach jednej ręki można policzyć dni, w które Monsterino NIE przyjechał do przedszkola rowerem). Chomik przeżył, Monsterówna, podchodząca z rezerwą do pomysłu, odetchnęła z ulgą. W ostatni weekend trapiłam się, że Monstery bezrobotne będą się snuć po domu, bo ze względu na atak alergicznego kaszlu u Monstera (pylą brzozy), nigdzie nie mogli się ruszyć. Ale oni się sami doskonale zorganizowali! Może nie powinnam publikować, bo to planszówki bez patentu. Na razie. Monsterowa gra z mostami: I Monsterina (z czarną dziurą jako pułapką) - Jeszcze tylko dwa zjazdy, egzamin i obrona do końca - tłumaczę Monsterównie, bo ona bardzo przeciwna mojemu znikaniu w weekend. I gdyby te studia miały trwać dłużej pewnie bym się nie zdecydowała, bo zbyt częste oglądanie obrażonej buzi Monsterówny jest nie na moje nerwy. Choć czasem, niestety, nie możemy z Monstertatą powstrzymać śmiechu, gdy tak się ostentacyjnie obraża. Popołudnie. Ruch przy drzwiach. Ja wychodzę z Monsterem, Monstertata wchodzi, słyszymy tupiącą po schodach Monsterównę. Witamy się, Monsterówna bąka pod nosem, widzimy, że coś nie tegos. - Jak minął dzień? - pytam - Musicie tak tu ZAWSZE stać i się patrzeć?! - wybucha Monsterówna, a my rzucamy sobie porozumiewawcze spojrzenie - I ZAWSZE pytać się, jak mi minął dzień?! - śmiga plecakiem i szturmuje schody do siebie Wieczorem jej przeszło, ale co się naburczała, to nasze (choć ukrywaliśmy nasze rozweselone oblicza po kątach). Z innej beczki. W szkole ma być konkurs mini playback show - repertuar polski. Monsterówna nie zamierza uczestniczyć, natomiast Monster zapalił się do idei. Wahał się między piosenką Gaz na ulicach a W labiryncie ludzkich spraw, ostatecznie wybrał jednak Ostatnią nockę (w mojej celi) Maleńczuka. Ja tam typka nie lubię, ale co robić - chce, niech śpiewa. Wydrukował sobie wszystkie zwrotki, na pamięć się nauczył i katuje nas teraz swoją aranżacją. (I trzeba przyznać, że trzyma tonację, skubany). Okazało się nawet, że były klasowe przesłuchania chętnych do konkursu. Startowały trzy osoby: kolega zaśpiewał piosenkę z Mini Mini, koleżanka z Akademii Pana Kleksa, no a Monster - Maleńczuka. Chciałabym widzieć minę pani, gdy Monster sugestywnie wczuwał się w więzienne życie.
poniedziałek, 23 kwietnia 2012
Imieniny Matki Ziemi
Każde dziecko chciałoby mieć swoje domowe zwierzątko. Monster chce kota, Monsterino zadowala się patyczakami, chociaż chciałby coś większego i bardzie interaktywnego, a Monsterówna od bez mała dwóch lat robi podchody do swojego gryzonia. Nie mam nic przeciwko domowemu zwierzyńcowi, ale chciałabym, żeby to nie oznaczało dodatkowej pracy dla mnie. Opracowałam zatem Procedurę Ubiegania Się O Peta, w skrócie PUSOP, po to by zasady były jasne i równe dla wszystkich. I w końcu doczekała się nasza Matka Ziemia (jako, że imienia Monsterówny nie znajdzie się w kalendarzach, przyjęliśmy, że ma swoje imieniny w Dniu Ziemi, tj. 22 kwietnia) swojego zwierzątka, choć w sumie w trakcie opracowania PUSOP tak bardzo spiętrzyłam trudności i wymagania, że mniej zdeterminowany osobnik dawno by zrezygnował. Albowiem miała w skrócie: po pierwsze zapoznać się ze zwyczajami i obsługą zwierzątka, które pragnie mieć (przy tym punkcie dwa lata temu odpadł królik), po drugie zrobić wypis podstawowych zasad z obsługi dla osób opiekujących się zwierzątkiem podczas naszej nieobecności, po trzecie, otrzymać od osoby spoza rodziny przyrzeczenie zaopiekowania się zwierzątkiem podczas naszej nieobecności oraz sfinansować zakupu samego zwierzątka i wyposażenia plus opracować budżet finansowania utrzymania zwierzątka w przyszłości. (aczkolwiek przyznaję, że nie wymagałam dyskontowania przepływów pieniężnych). Monsterówna, jak to ona, wypracowała tak wysoki standard procedury, że chłopcy mają teraz kosmicznie trudno, by do tego benchmarku, niedoścignionego wzoru, podstawić swoje dane. Jak dla mnie lepiej, chociaż, zachowując oczywiście proporcje i puszczając oko, przyłożyć do PUSOP pojawianie się na świecie kolejnych Monsterów, to żadne z nich nie spełniłoby norm. (Jaki budżet wydatków na dziecko - wiadomo, że ile by się nie miało, na dzieci wyda się wszystko...) Na szczęście nikt ode mnie tego nie wymagał... Ciężko zrobić Łobuziakowi (za wcześnie na określenie płci) zdjęcie, bo za szybko się rusza Szczęśliwa chomicza mama:) Po tygodniu pobytu Łobuziaka w Monsterowie, gdy zmuszona była wystawiać go na noc do łazienki, bo nie mogła spać, gdy ten biegał jak szalony w kołowrotku (a chłopcy też się budzili), łamiącym się głosem spytała, czy myślę, że chomik jest z nami szczęśliwy. Po czym zorganizowała braci, by zrobić mu wybieg, bo wyczytała, że chomiki powinny dodatkowo bawić się na zewnątrz klatki. Kto by nie chciał być takim chomikiem?!
środa, 11 kwietnia 2012
powrót do przyszłości
Monsterdziadkowy fotoaparat ustawił zegar na rok 2030, więc przeglądaliśmy ostatnio zdjęcia z takim datownikiem, to się nam zebrało na rozmowy o przewidywaniu przyszłości i oczekiwaniach, planach w stosunku do dzieci i reszty świata. - Nie chciałabyś, żebyśmy się doczekali wnuków? - indaguje Monstertata Pewnie tak, chociaż statystycznie rzecz biorąc jakiś nam w udziale pewnie przypadnie, więc nie martwię się specjalnie o to. Ale czy mam jakieś długoterminowe projekcje funkcjonowania Monsterów? Nieprecyzyjne raczej. Nie, że jedno lekarzem, jedno księdzem, a jedno gospodarkę przejmie po ojcu. Może dlatego, że gospodarstwa nie mamy... Kiedyś myślałam, że to jasne, że studia pokończą i choćby tylko magistrami zostaną. No bo to takie naturalne, skoro wszyscy w rodzinie. Ale teraz przy obecnej gospodarce, kryzysie światowym i bezrobociu absolwentów nie będę, a może raczej nie powinnam się upierać. Na pewno nie chciałabym, żeby jakieś talenty i zdolności marnowali. Z drugiej strony zależałoby mi, by żyli z pasją i szczęśliwie, a nie na siłę starali się dopasować do jakiegoś wyimaginowanego czy rozreklamowanego obowiązującego obrazu sukcesu. Tylko jak tego dokonać za bardzo jeszcze nie wiem. Choć może, skoro otrzaskają się z życiem pod presją, którą wytwarzam i w warunkach stresowych (znowu puściły mi nerwy, gdy Monster za kwadrans ósma latał góra-dół w poszukiwaniu piórnika, który niby wieczorem spakował), to dadzą radę z każdym kryzysem globalnym. A Wy, drodzy czytelnicy, jaką i czy w ogóle antycypujecie przyszłość dla swoich latorośli?
poniedziałek, 09 kwietnia 2012
okołoświątecznie
W niedzielę palmową odsypiam. Monstery muszą jednak z pytaniami, jakby nie mogły do ojca. - Czy możemy lepić z plasteliny? No, pewnie. Ale nie mogą się powstrzymać, by nie oznajmić, co wyprawiają. - Robimy plastelinowe dekoracje świąteczne!!!! No, świetnie, nie mogą poinformować za dwie godziny?! Monsterino pilnie potrzebuje odpowiedzi na pytanie: - Czy mogę zrobić świątecznego węża, bo mi zając nie wychodzi? Dosłownie chwilę później: - Zrobiłem dwa świąteczne węże! Najwyżej minuta minęła: - Połączyłem dwa świąteczne węże w jednego, dużego! Ostatecznie Monsterówna stworzyła królika zmartwychwstałego i baranka Shauna, a chłopcy koszyki. I odpokutowali wszystkie winy ponaddwugodzinnym nabożeństwem w Wielki Piątek. Szczególnie odciski na kolanach dały im się we znaki - zdecydowanie przeżycia duchowe czy religijne w tym roku nie są nam obce - trzygodzinna rezurekcja z procesją w padającym śniegu - co to dla mnie (choć Monsterino przez chwilę drżał, że przez padający śnieg Zajączek nie przyjdzie, a św. Mikołaj stwierdzi, że drugi raz to nie za bardzo może) *** Świąteczne wyspacerowanie... nie łudźmy się, że Monstery w ogóle odczuły to w nogach może dzięki regularnemu uzupełnianiu pustych kalorii. z drzewa jeszcze nie zeszli dębokrążcy
poniedziałek, 02 kwietnia 2012
zwis męski, metalowy, błyszczący
To niesamowite, jak bardzo można się zmęczyć fizycznie jedynie obserwując ruch przez osiem godzin. Zawody. Jedna konkurencja, druga, trzecia, pić, jeść, pocieszać, gratulować - wykańczające! I ten ciągły szum oraz ryk zapowiedzi kolejnych grup startowych! Chłopcy w swoim żywiole - wspierali swoich z klubu, ale i nowego kumpla zapoznali, uskuteczniali gonito po sali i zastanawialiśmy się, skąd biorą cały czas siły. Mam podejrzenia, że to z nas wyciągnęli ostatki poweru, bo ja po powrocie miałam ochotę zwinąć się w kłębek na kanapie, a oni polecieli jeszcze mały meczyk w nogę wraz z sąsiadami przeprowadzić...) A może to jeszcze adrenalina z zawodów, bo dzisiaj Monster zdobył wisiadło naszyjne złożone z trzech medali w różnych kolorach, w kształcie jaj, bo to turniej wielkanocny, z każdej konkurencji! Monsterino ascetycznie - jeden, za to złoty. Chłopaki zadowolone - ręce w górę, we are the champions! A ja sama nie wiem. Mam mieszane uczucia, czy dowieszanie do kolekcji kolejnych blaszek na szarfach ma sens. Może to jednak zmęczenie. Złote dotknięcie Monsterina - po prostu podbiegł, doskoczył i już. Nikt inny w jego roczniku nie doskoczył na wysokość swojego wzrostu. U Monstera już trzeba była latać w powietrzu, by cokolwiek zdobyć - tam dogrywka trwała i trwała... *** Od dobrych paru lat nabierałam Monstery primaaprilisowo w ten sam sposób. Wołałam ich, by coś tam zobaczyli za oknem. I zawsze dawali się nabrać, ale w tym roku już od paru dni obiecywali, że 1 kwietnia od okien będą trzymać się z daleka. W związku z tym ja też nie dałam się wyciągnąć rano z łóżka, by zobaczyć, jaki ogromny grad spadł za oknem (a to akurat była prawda). I w tym roku Monsterino został niekwestionowanym Królem Nabieraczy. Otóż gdy pobiegli do sąsiadów pograć w nogę, zapowiedziałam, że o szóstej, jak dzwony usłyszą (przecież żaden zegarka nie nosi), mają przybiec do domu, bo szykuję kolację. Dotarli dziesięć po, bo dzwonów nie słyszeli, ale to szczegół. Wbiegają, kieruję ich do łazienki, by ręce myli, a tu Monsterino wypala: - A myśmy już jedliśmy kanapki u sąsiadów! - COOOOOO? Przecież mówiłam...! - unoszę się - PRIMA APRILIS! - odkrzykuje uchachany Monsterino Skutecznie nabrał matkę. On jedyny z rodzeństwa. Zdobył punkty, szczególnie u brata.
czwartek, 29 marca 2012
hyhym hyhym
Ale kto się stosuje do tego zalecenia, no kto ma taką silną wolę, wystąp! - Drugi raz komunikuję ci to polecenie - cedzę przez zęby podstawiając Monsterowi pod nos dwa palce dla lepszej wizualizacji - Wiem, liczyłem - odpowiada spokojnie Największy Bezczelniak Monsterowa - zawsze powtarzasz trzy razy, więc jeszcze czekam... Ale nie czekał, bo widocznie POMYŁKOWO spojrzał na mnie i zobaczył w moich oczach to, co czułam wtedy w duszy. Musiało wyglądać strasznie, bo zmykał, aż się kurzyło.
Tym razem nie wymyślaliśmy kar w wielostopniowej skali, tylko Monstertata przekazał mu nasze wspólne przemyślenia, że mamy problem z zaufaniem jego słowu, gdyż ostatnio zdarza się, że nie robi tego, co mówi czy obiecuje, albo mija się z prawdą. Wydaje się, że coś z tego kazania dotarło, bo popołudnie i wieczór były wzorcowe. Monstery starsze lekcje odrobiły, porozrywkowały się rozsądnie, a później pod naszą nieobecność (ja z Monsterinem na basenie, Monstertata biegający ćwierćmaraton), wywietrzyły pokoje, zjadły kolację i umyły się. Bez przypominania. Tu powinien być teraz przycisk "to lubię"...
wtorek, 27 marca 2012
sportfreaks
Już to powinno wydać mi się podejrzane. Ale nie - I gdy w piątek wielce zadowolona wróciłam z pracy z wydrukiem drogi do puszczy, Monsterówna wydyszała, bo biegła całą drogę ze szkoły, że mam natychmiast zadzwonić do trenera, bo jutro testy i wyrzucą ją z reprezentacji, jak nie zaliczy. Zabrzmiało złowieszczo, ale była to prawda. Sobota, hala AWF-u między 14 a 16 - wspaniałe godziny na testy sprawnościowe! Że też ja się martwiłam o zagospodarowanie weekendu! Hala mieści się niedaleko Cytadeli, więc męska frakcja monsterowa pojechała w stronę czołgów i samolotów, a żeńska wstrzymywała oddech w kolejce do kolejnych testów (drużyna wioślarska przed dziewczętami oraz całe stado innych sportowców o nieustalonych specjalizacjach). Chłopaki zdążyły objechać Cytadelę wzdłuż i wszerz, opanować plac zabaw i zmoczyć skarpetki w stawku przy rozarium, a Monsterówna nadal wypełniała normy. O dziwo, w niedzielę nie zaplanowano żadnego treningu...ale na majówkę na szczęście nie zdążyłam wpłacić zaliczki (wymarzyłam sobie agroturystykę u podnóża wielkiej góry), bo okazuje się, że mają zgrupowanie przed mistrzostwami. Natomiast w przyszły weekend zawody taekwondo od samiutkiego rana i to w Mosinie, żebym czasem się nie łudziła, że się wyśpię.
piątek, 23 marca 2012
fiu bździu
- Znowu idziemy do teatru - westchnął Monsterino - konie są lepsze - dodał pozornie bez związku - W głowach im się poprzewracało - pomyślałam sobie, ale głośno niczego nie powiedziałam, bo i po co. Prawdą jest, że dodatkowych imprez mają w przedszkolu tak dużo, że to już podpada pod grzech. Nieumiarkowania w konsumpcji kulturalno-oświatowej. W pierwszy dzień wiosny na przykład dzieci mogły przejechać się na kucach (Monsterino zgłosił się jako ten doświadczony i przejechał się z panią po terenie nieoprowadzany na lonży). Oczywiście co miesiąc mają koncerty oraz przedstawienia i najważniejsze - regularne zajęcia z eksperymentów i robotyki, czego starsze Monsterinowi okropnie zazdroszczą. Szkolniaki tyle atrakcji nie mają, ale bez przesady. To szkoła jest, a nie rozrywkownia. Oni to przynajmniej doceniają, jak już gdzieś wyjdą, bo im lekcje przecież przepadają. To, że lekcje są różne, wiadomo, ale do tego, że sposób przekazania wiedzy jest kluczowy, właśnie dojrzała Monsterówna. - Wolę niemiecki niż angielski, bo na niemieckim pani mamy zawsze różne projekty, a na angielskim to ciągle tylko książka i książka - podsumowuje Monsterówna To, że pani z niemieckiego jest pasjonatką, świadczy także patronowanie niemieckiemu wydaniu szkolnej gazetki, więc rozumiem Monsterównę, jak najbardziej. Ciągłe uzupełniania zeszytu ćwiczeń JEST nudne. Coś drgnęło także na konserwatywnej religii. Młodzież ma zaprezentować drogę krzyżową w formie pantomimy. Katechetka przydzieliła im stacje - Monsterówna ze swoją, stricte dziewczyńską grupą dostała pierwsze trzy i została Jezusem przez aklamację. - Bo akurat w mojej grupie wszystkie dziewczyny mają włosy blond i to nie pasuje... Zatem dźwigała dzisiaj do szkoły krzyż złożony z drzewców od flag, prześcieradło na udrapowianie szaty (dobrze, że jedno jakieś białe się uchowało w dobie frotowych z gumką), zmywalne pisaki w celu wymalowania korony cierniowej oraz zgrabny wiecheć witek na biczowanie. Zapowiada się niezły fun. A! Koniecznie muszę napisac, ze oficjalnie odgwizduję koniec zapaści czwartoklasowej. Monsterówna okrzepła, częściej się uśmiecha, pogodziła się z koniecznością przeznaczenia połowy wakacji na obozy sportowe i już nie siedzi godzinami nad książkami, co nie oznacza, że nie odrabia lekcji. Nauczyła się ogarniać cały szkolny kociokwik, co mnie bardzo cieszy. Myślę, że liczne szósteczki, które już pod koniec pierwszego półrocza zaczęły regularnie wpadać do dziennika przy jej nazwisku także się do poprawy humoru przyczyniły. Zobaczyła, że jej praca i starania są doceniane. Zaczęła nawet na zimno kalkulować - tego zadania dodatkowego nie zrobię, bo tu już mam dużo ocen, na konkurs nie pójdę, bo nie mam ochoty - normalnie zarządza czasem! A jak już coś zrobi, szczególnie plastycznego, to oczy mi się śmieją, bo jej to tak zgrabnie i pięknie wychodzi. O, proszę, przykład: wiosenny las-kolaż (praca z techniki, po sporym, znienawidzonym, opłakanych i okrzyczanym przez Monsterównę dziale o materiałach wszelakich i sposobach ich praktycznego wykorzystania). Pnie z gałązek (drewno) czy muchomor z czerwonej zakrętki (plastik) to może nie odkrycie, ale widzicie to słońce z balona (guma)? I chmurki z folii bąbelkowej? I ten wyraz twarzy, gdy oznajmiła, że zdążyła WSZYSTKO zrobić w szkole! Bezcenny. Zdążyła! A przecież nie zdążała. To jest niemałe osiągnięcie.
wtorek, 20 marca 2012
szaleńczaki
- Jestem bardzo, bardzo rozczarowany - oznajmił Monsterino - Theo very sad! BIG sad - dodał, gdyby ktoś jeszcze nie zrozumiał jego posępnego wyrazu twarzy Gdyż okropna matka nie zgodziła się na partyjkę Neuroshimy (której zresztą szczerze nie znosi, w przeciwieństwie do monsterchłopców), jako że wieczór rozkwitł w pełni i zdecydowanie nastąpił był czas na kąpiel. Monstery starsze właśnie kontemplowały albumy ze swojej i monsterinowej najwcześniejszej młodości, to pewnie dlatego, że oczekują właśnie pierwszego (wreszcie!) kuzyna, więc jakoś tak wspomnieniowo się zrobiło. Z trudem, ociągając się niemożebnie, zdrapywały się z kanapy. - Najlepiej by było, gdyby nam się teraz urodziły trojaczki - wypaliła Monsterówna - dwie dziewczynki (tu szeroki uśmiech rozświetlił jej twarz) i chłopiec. Wtedy byłoby po równo. - Wystarczyłaby tylko jedna dziewczynka i byłoby po równo - skorygował bezwzględnie logiczny Monster - A ja myślę, że już nam wystarczy dzieci w tej rodzinie. Nie lubię małych dzieci - wrzeszczą, hałas robią... - powiedział ten, który nie jest zbyt cichym mieszkańcem Monsterowa - Ja nie robiłem hałasu, gdy byłem malutkim dzidziusiem, prawda mamusiu? - wtrącił się Monsterino tonem Doskonałego Damianka - Ty nie, ale Gaja strasznie wrzeszczała! - odparował momentalnie i przekonywująco Monster, jakby mając ten widok nadal przed oczami - A ty niby skąd to wiesz? - oburzyła się Monsterówna - przecież ciebie wtedy w ogóle na świecie nie było!? - Ale tak było, prawda, powiedz jej mamo? - odwołał się do wyższej instancji Zwiałam do łazienki przed karcącym wzrokiem Pierworodnej.
piątek, 16 marca 2012
królowa nauk
- Wiesz, że ratusz jest zabytkowy? - oświadcza Monsterino, który najczęściej z naszej rodziny bywa, a już jako jedyny "na mieście" - I krzyże? - Krzyże też, mówisz? - Tak, ale muzeum było nudne, okropne - narzeka Oj, to widzę, że nie wygnam go w sobotę do Archeologicznego, gdzie kończy się czasowa wystawa o Egipcie. Monsterino tyle zalicza w ciągu tygodnia, że w weekend chce tylko domówek. Ewentualnie zawodów w judo, gdyż w judo nokautuje przeciwników, a z nami w gry planszowe CZASAMI przegrywa, a Monsterino nienawidzi przegrywania. Starsze Monstery także łakną weekendowego spokoju (z tym, że mogłabym zaprosic kogoś do zabawy, o tak - na to są chętne. Najlepiej jeszcze na nocowankę. Normalnie mogę, ale w ten weekend znowu się szkolę, a poza tym to ostatni weekend monsterbabci u nas przed jej wylotem za wielką wodę, więc muszą się nacieszyc babcią na trzy miesiące. W klasie Monstera zdecydowano o sportowej przyszłości dzieci. Tylko 1/3 będzie kontynuowac akrobatykę! Monster został wybrany na ścieżkę, z czego się cieszy. Ja mniej, bo uważam, że trenerzy trampoliny są fajniejszymi ludźmi. Szczególnie z jednym trenerem Monstera zadarłam, gdy wmówił Monsterowi, ze ten przytył! Nawet gdyby to była prawda, to i tak w przypadku Monstera balansującego przy dolnej granicy siatki centylowej każdy kilogram mniej jest sprawą przeżycia, a nie odchudzania! Niby trener się tłumaczył, że żartował i nakazał Monsterowi jedzenie, ale smród pozostał i jedynie cieszę się z tego, że teraz trener wie, że jest pod moją obserwacją i byle głupoty nie może wcisnąc. Poza tym treningi Monstera zwiększyły się o spotkanie sobotnie i choc taekwondo nadal ciągnie dwa razy w tygodniu, to widzę, że powoli dojrzewa do wyboru. Zwłaszcza, że taekwondo ma też swoje wymagania i poświęcenie się mu to również zwiększenie ilości treningów. Do codziennych. A na to doby nie starcza mimo najszczerszych chęci. Sport sportem, a ja tu jeszcze wymagam zaangażowania w sprawy naukowe. Zbyt rzetelnie to się Monstery w tym roku do Kangura nie przygotowały, ale poszły rozwiązywać - Monsterówna BARDZO zadowolona, bo akurat konkurs był na polskim, Monster szalenie NIE zadowolony, bo jemu przepadła akrobatyka. Poszło im średnio. Monsterównie o dziwo, gorzej niż w zeszłym roku (klasy trzecie i czwarte piszą ten sam test, więc teoretycznie powinna rozgryźc więcej zadań niż w zeszłym roku, tymczasem nie zrozumiała pięciu! W zeszłym roku tylko dwóch.) No cóż, trudno. Kangur jest co roku.
piątek, 09 marca 2012
a może by tak zaszaleć, a nie ciągle te priorytety
Blogowicze często tłumaczą się, kiedy regularnie nie publikują wpisów. Że zajęci byli, tyle się działo i w ogóle. Ale tak rzeczywiście, proszę, co to za oszustwa! Są pewne priorytety, prawda? Albo ktoś pisze, nawet jak się nic nie dzieje (to jest dopiero osiągnięcie), albo nie ma weny, to po co się tłumaczyć. Krótki wstęp, bo właśnie miałam napisać, że rutynowo i metodycznie realizujemy punkty w rozkładzie tygodnia, mimo, że tu nic nie wklejam. Oczywiście, że TU nic, gdy tam dużo i nawet ostatnio umawiamy się z pewną rodzinką na spotkanie, które już ze trzy razy z tygodnia na tydzień przekładamy, bo tyle w międzyczasie wypada. Jeszcze raz, przepraszam, Ewo! I co - można szybką notkę wrzucić? Jak się chce, to wszystko się da. O tym, co wypada i co nie wypada też. Bowiem wypada się wziąć za pracę dyplomową w mojej szkółce sobotnio-niedzielnej, pojechałam nawet do swej czytelni ulubionej, która mi miłą przez lata studiów była i nawet ją znalazłam i nie zmieniła się prawie wcale. Wykładzina ta sama co piętnaście lat temu, tylko bardziej wytarta. Ale prawdą jest, że zrobiwszy sobie prezent w postaci pięknego dnia wśród periodyków w dodatku całkowicie aktualnych (oczywiście, że branżowych - co innego mogłoby być na Akademii, przepraszam, obecnie na Uniwersytecie Ekonomicznym), nie mogłam po prostu pisać o zarządzaniu cenami transferowymi, bo wpadło mi pod ręce tyle fajnych gazet po drodze, że... no muszę sobie robić takie prezenty częściej. To tak a propos dnia kobiet - dla mnie jest codziennie. Tymczasem Monsterówna kwęka nad historią. - Naprawdę nie interesuje cię, jak żyli ludzie w dawnych czasach? - pytam, bo bez przesady - przecież prehistoryczne opowieści są jak bajki! - Nie - stwierdza krótko i dobitnie. Testuję rozdział podręcznika na Monsterinie. On chłonie wszystko, pewnie gdyby podręcznik o cenach transferowych miał takie fajne ilustracje jak ten od historii, to bym mu mogła o nich czytać na dobranoc. - O, znalazłam pięściaki! - wołam Monsterównę, która przypuszczała, że podręcznik wydrukowano z błędem, że chodziło im o "pierścionki" - to takie prymitywne kamienne narzędzia - nie czytałaś tego?! - rzucam może trochę za bardzo oskarżycielskim tonem Pewnie powinnam zrozumieć, że coś może jej nie interesować, ale cała się skręcam z żalu, jak to możliwe. (że moją córkę może cokolwiek nie ciekawić!?) I pani na historii puściła im film i w muzeum archeologicznym byliśmy nie raz - jak jej to może zupełnie nie pociągać? Muszę wyglądać na załamaną, bo Monsterówna pociesza mnie: - A do Biskupina pojedziemy na wycieczkę! Dobrze. Może coś jej z tego zostanie. (Oprócz wspomnienia koło kogo siedziała w autokarze i jakie snacki dostały koleżanki). A wracając do mojego bibliotecznego dnia kobiet, to zatracić się można zupełnie. Taka teoria, inna, a może z tej książki, a tu ... JUŻ CZTERNASTA? A gdzie analiza, czy w tym tygodniu Monstery jadły jajka oraz plan warzyw na weekend plus owoc każdego dnia i żeby zbilansować dietę, a co dopiero INNE życiowe aspekty, wiosna idzie czy buty z jesieni dobre, OBY. Aczkolwiek. Gdyby nie ta lista z tyłu głowy to nie doceniłabym godzin twardo na tyłku bez kawy, bo nie wolno wnosić, a po co marnować czas na przerwę. Za to przez kwadrans siedziałam na pomarańczowych krzesełkach, na których tyle razy trzaskaliśmy roberki i pomyślałam sobie, że może już Monstery dorosły do brydża. To już jest matkoskrzywienie.
czwartek, 08 marca 2012
informacja rządzi
Popłoch w przedszkolu od samego początku marca, w grupach sześciolatków przede wszystkim. Wiadomo, o co chodzi - dawać do szkoły czy nie dawać. Nie, wcale nie śmieję się z rozterek mam, pamiętam swoje, więc rozumiem je, choć czuję, że to już wiek minął, gdy Monsterównie szkoły szukałam. I wtedy nie mogłam zrozumieć opanowania i dystansu do tematu pewnej mamy, wtedy szóstkowej, teraz ósemkowej, więc spokój ma jeszcze większy, że przecież najbliższa szkoła jest ok, bo pani jest ok, więc o co chodzi. Teraz dojrzałam do dokładnie tego samego zdania. Pani to klucz. Pani to wódz, koń i wóz, sztandar oraz pieśń przewodnia. Jeśli narzekające na reformę mamy pytają mnie, "co robić", polecam nam naszą szkołę i panią Monstera (jeśli nie wydarzy się żaden kataklizm, to i Monsterina). Jeśli im nie pasuje, to radzę zagadnąć pod ich wybraną szkołą mamy obecnych trzecioklasistów. Powiedzą prawdę, bo co im teraz zależy. Organizacja szkoły jest ważna, jeśli dziecko ma w niej być na okrągło. Jednozmianowość, dobrze działająca świetlica to może nie mus, ale jaka wygoda i komfort dla dziecka! A poziom? Czy twoja szkoła ma wysoki poziom - pytają matki. Zazwyczaj te, które dopiero pierwsze lub jedyne dziecko posyłają do szkoły. Co właściwie oznacza poziom w przypadku edukacji podstawowej? Ten test z szóstej klasy, który rozwiązuje już nasza czwartoklasistka? Program jest wszędzie taki sam. Dziecko w tym wieku, jeśli będzie się chciało uczyć, to będzie dobre w każdej szkole. Tu jeszcze działa autorytet rodzicielski. O gimnazjum nie wypowiadam się na razie, to nas dopiero czeka - tam upatruję problemów z właściwie dobraną szkołą. A co do dostępu do informacji, to od września z zazdrością patrzyłam na szczęściarzy - garstkę matek i ojców, którzy na basenie odstawiali dzieci na tor pierwszy, a potem przechodzili na swoje tory, by popływać. Ja też chciałam, ale według oficjalnej rozpiski nie było godzin dla publiczności w tym czasie. Gdy zapytałam o to w biurze, pani uświadomiła mi, że te tory rezerwuje się pół roku wcześniej, takie są popularne. No to się wpisałam na tę rezerwę nie mając specjalnej nadziei na wskoczenie do wody. A jednak pływam. Wykorzystałam chyba problemy z płynnością jednego z klientów, bo nie opłacił na czas karnetu. I teraz sobie śmigamy z Monsterinem jednocześnie, machając do siebie od czasu do czasu. Czad! Samej ciężko byłoby znaleźć czas, by się na basen wyrwać. Ale skąd ja miałam o tym wszystkim wcześniej wiedzieć. Dlatego też szukam, niucham i zbieram wszelkie plotki, newsy i opinie na temat gimnazjów poznańskich, takich w najbliższym sąsiedztwie i może troszkę dalszym, co by, gdy czas nadejdzie, a będzie to szybciej, niż się spodziewamy, mieć choć trochę poczucia bycia dobrze poinfomowaną. I oczywiście bardzo proszę o Wasze przemyślenia w tym temacie.
piątek, 02 marca 2012
Dziewięciolatek
Nasz dziewięciolatek to ninja: inteligentny, sprytny i bardzo szybki. Wojownik silny oraz waleczny, choć mizernej postury (ale jeszcze nie spadł z siatki centylowej). Never underestimate the power of Monster! - może być ostrzeżeniem dla jego oponentów, jeśli jacyś się jeszcze uchowali... Dzięwięciolatek ma różne fazy - od hurraoptymizmu i przytulactwa totalnego do pełnej niezależności i emocjonalnego wyobcowania (niczym mnich tybetański w stanie skupienia). I w tym przeciwległych fazach może budzić skrajne odczucia w otoczeniu;) A ile jeszcze potrafi być stanów pośrednich! Synu Pędziwiatrze, wiem, że nie ma ani sensu, ani sposobu, by Cię zatrzymać, więc życzę Ci samych szczęśliwych lądowań!
środa, 29 lutego 2012
schodek po schodku
- Oczywiście, że tak - mówię oficjalnie Jakoś (i całe szczęście) nie marudzi zupełnie, gdy chodzi o naukę nowych słówek z angielskiego czy niemieckiego, ale widocznie historia zaczęła za bardzo język polski przypominać, bo gdy było oznaczanie czasu liczbami rzymskimi, to nie narzekała.
A tu jeszcze tyle lekcji do odrobienia. I nawet Monsterówna biedna nie może się pożalić, bo i ja się uczę, choć nie muszę, tylko chcę (powiedzmy). Tego Monsterówna nie może pojąć. Nie rozumie także entuzjazmu Monsterina, który chętnie ćwiczy świeżo nabytą umiejętność dodawania i odejmowania w pamięci. Przy wyższych cyfrach, bo tak do 11-12 mniej więcej obejmuje, pomaga sobie palcami, ale jest bardzo z siebie dumny. Że jeszcze nie chodzi do szkoły, a już wie, co to jest plus i minus. Natomiast Monster ma najwidoczniej biomet bardzo korzystny, gdyż zaczął tydzień dwoma szóstkami, w tym za wypracowanie o feriach, zatem jodłuje ogłaszając, że to jego najlepszy tydzień (świata? życia?) jest (sobotnia imprezka na okoliczność jubileuszu wpisuje się zatem idealnie). - Wiesz, kto stworzył miasto Poznań? - pyta Monsterino i nie czekając na ruszenie moich zwojów mózgowych, podpowiada: - Nie Czech i nie Rus! - Lech! - odgaduję - Niech zwycięża Lech - KOLEJORZ - wrzeszczy Monster - TO NIE CHODZI O TO!!!!! - odwrzaskuje Monsterino Wyjątkowo nie dochodzi do rękoczynów. Co ci dziadkowie zrobili z chłopakami??? Bardzo dziwne, ale nie zapeszam, niech chwila trwa. Gra w osadników ma tę wadę, że rozgrywka trwa ponad godzinę, a że monsterrodzice dopiero się wdrażają i o dziwo czytają instrukcję obsługi nie wierząc w każdą regułę, którą wypowiada Monster (co za brak wiary we własne dziecko!), to nasze pierwsze rozgrywki kończą się w porze kąpieli. Przewiduję kłopoty. Nic z tego - Monstery karnie odliczają do trzech i idą do łazienki. Mało tego! Na moją sugestię, by tak już zawsze było, Monsterówna rozrysowuje tygodniową tabelkę z kolejnością wieczornych ablucji z uwzględnieniem abberacji w stylu środowego wypadnięcia Monsterina, bo kąpie się już na basenie, a także planu zajęć wieczornych - czyli Monster w czwartek jest ostatni, bo i tak nikt później od niego do domu w czwartki nie wraca. Bardzo to wszystko podejrzane, że tak nam się to drugie półrocze gładko układa. Ale przecież miałam nie zapeszać.
poniedziałek, 27 lutego 2012
zazieleni się, urośnie kilka drzew
Monster wydoroślał przez ten tydzień. Patrzę na niego, patrzę i nie mogę się napatrzeć - jakiś taki inny jest: wyciszony, wypoczęty, czyżby nawet trochę mniej anorektyczny? (a może nagle stał się dziewięciolatkiem, mimo, że ma jeszcze czas! aż 5 dni!) - Po ostatnim rozdziale tej książki zrozumiałem, że nie mogę się tak dalej zachowywać - tłumaczy, gdy zadziwiona pytam o te objawy. TA książka to Teodorek i zwariowanych przygód worek - kupiona, ze zrozumiałych względów, dla Monsterina, a tutaj proszę jak się przydała starszemu bratu. - On też miał obniżone zachowanie i słabe oceny - mówi Monster - Ale ty nie masz słabych ocen - oponuję - wręcz przeciwnie, masz bardzo dobre oceny, tylko zachowanie... - No właśnie to zamierzam zmienić - potwierdza poważnym tonem - poproszę herbatę malinową, mamusiu - rzecze Monster i rozumiecie, że na taką prośbę biegnę co koń wyskoczy... Chłopaki zjechały i przekrzykują się w opisach, co im się najbardziej u dziadków podobało. Niestety, choć serce krwawi, teatr przegrał z gokartami i z wizytą u znajomego megamotocyklisty w garażu (dziękujemy, Kasiu! Za spacer historycznymi ścieżkami piastowskiego grodu też:) Monsterówna też nareszcie w domu. Oficjalnie ogłasza, że była dzielniejsza niż w wakacje, ale prawda jest taka, że do środy. Potem każdy wieczór obficie zraszała łzami. Gdyż najtrudniejsze jest zasypianie bez całuska na dobranoc, a niestety - znowu nie zabierali im telefonów. Jakoś dała radę - opowiadałam jej pocieszające historyjki do poduszki, ale łatwo wcale nie było. Nic to - karuzela obowiązków ruszyła ponownie. Chłopaki wyskoczyli do placówek w podskokach, do kolegów głównie, jak podejrzewam, a nie w pędzie po wiedzę. Natomiast Monsterówna powłóczyła nogami, choć optymistycznie zauważyła, że przynajmniej już jest jasno gdy idziemy do szkoły na siódmą. Ale z koleżankami i tak się na obozie widziała, a z polskiego pani może kazać opowiadać, a ona tego nienawidzi. Nie mam tym razem żadnej pocieszającej opowiastki, oprócz powątpiewania, czy nauczycielka będzie pytać akurat w pierwszy dzień po feriach, ale to żadne pocieszenie, skoro egzekucja może się odbyć we wtorek lub w środę i dlaczego trzeba się uczyć polskiego... ... a choćby po to, by odczytać napisy na WSZYSTKICH kłódkach miłości zawieszonych na moście nad Młynówką. Monsterinowi też znajomość polskiego w odczytywaniu się przydała, jak donosi ciociokuzynka Kasia. ![]()
środa, 22 lutego 2012
upgrade standardu, czyli jak to dziadkowie wnuczęta rozpuszczają, a się tego wypierają
Gdy już wydaje się, że nie można BARDZIEJ dogodzić wnuczętom na feriach, dziadek (a babcia dokłada swoje) pobija kolejny rekord. Bo nie wystarczą łyżwy, basen oraz teatr. Gdzie tam - to normalka! Nie - dziadek dokłada nowy, ulepszony standard ferii - trzeba jeszcze zabrać chłopaków na tor gokartowy! a babcia wzięła chłopaków do teatru lalek - tego samego, do którego sama chodziłam jako dziecko - pamiętam te kolorowe okienka w holu. tu zakulisowo, jak przypuszczam... ![]() ![]() ![]() no i już obeznani z taflą - wyścigi, wiecznie wyścigi - na lodzie lub w wodzie I jak potem mają się TAKIE ferie do trzech czterech treningów dziennie, choćby był to nawet Ośrodek Przygotowań Olimpijskich. Monsterówna w słynnej uprzęży, której tak brakuje trenerowi w szkole...
poniedziałek, 20 lutego 2012
listek prosim
Było tak, jak ma być na nartach - mroźnawo, ale z przebłyskami słońca. Choć bywało, że przez cały dzień zacinało śniegiem. Ale od czego są gogle... Dzieci uganiały się chmarami, podpięte pod krótkofalówki, więc można je było bezpiecznie zlokalizować nawet na najdalej wysuniętym orczyku. Zdarzało się, że umilały nam przejazd wyciągiem wyjąc do walkie-talkie okolicznościowe pieśni. Też fajnie. Świrowały mocno, bo szybko obcykały dokładnie wszystkie trasy, więc potem same wymyślały sobie wyzwania (wyskocznie, half-pipy, leśne górki i inne boczne, nieratrakowane dróżki, na które starsi nie śmieli wtargnąć). Monster w tym roku wypróbował deskę i od razu zapowiedział, że w przyszłym - absolutnie tylko na desce chce. Tu zjazd jednej z grupek z Monsterinem w środku. Monsterowi nie wypadało jechać wężykiem ani pozować do zdjęć, więc w zasadzie prawie go nie ma na zdjęciach. Średnia jakość, bo raz, że zawiewało śniegiem, a dwa, że w tym roku nie mogłam ich dogonić. Ledwo się nadaję jako końcowy przejazd techniczny...
poniedziałek, 06 lutego 2012
a jak niby ma być w zimie? gorąco?
Z wiekiem człowiekowi zimniej, bo mu krew wolniej przetacza się przez arterie tłuszczem skute. Ale dziecko jadące rowerem dzisiaj po Poznaniu (-18) bez rękawiczek na rękach to nie był Monsterino, wbrew pozorom (czyli bywają więksi twardziele). Akurat rękawiczki mu nie przeszkadzają. Natomiast kapcie, lokalnie nazywane laczkami, i owszem. Kiedy więc Monsterino lata po chacie nieobuty (a u nas osiągamy 20 stopni, gdy na zewnątrz są upały...), Monstertata ryczy chrapliwie (bo ileż razy można powtarzać) - BUUUUTYYYY! Zaproponowałam Monsterinowi zrobienie tacie plakatu ze zgrabną parą sandałów, co by nie musiał ciągłej śpiewki swojej włączać, tylko znak wystawiać, ale odmówił, mimo, że miał do wyboru szeroki wachlarz technik od akwareli przez plastelinę na kolażu kończąc. No to Monstertata chrypi nadal, a Monsterino nadal ucieka w samych skarpetkach kwicząc z uciechy, bo goniącemu go Monstertacie para nosem i uszami bucha. Ja się nie czepiam, bo sama pamiętam, jak mi kiedyś chodzenie w skarpetkach nie przeszkadzało. A teraz ... no powoli, powoli czuję, jak ciągnie od dołu. I wreszcie rozumiem ideę ciepłych majtek, gdy jadę rowerem. Oraz drugich skarpet. Oraz podwójnych rękawic. Jestem zatem już po tej stronie zamiażdżycowanych tętnic. Na nartach w takich temperaturach się jeździ, więc nie rozumiem zdziwienia, dlaczego nadal używam roweru. Bo jest szybciej niż na piechotę? Bo za mało śniegu na biegówki? W zeszłym roku dyżurnym pytaniem do mnie było, czy mam zimowe opony, bo śnieg był do połowy kół, teraz, czy smar zimowy stosuję. Monsterinowy rower też daje radę, takie uniwersalne są smary uniwersalne. W przedszkolu już na progu trzeba zdjąć wszystko, by się nie rozpuścić. W normalnych okolicznościach (czyt. przez okrągły rok) Monsterino lata w krótkim rękawku i krótkich spodenkach, teraz, przy innych dzieciach w goflikach i polarkach wygląda kuriozalnie. Ale przecież nie będziemy się tym przejmować, nie będzie się grzał w długich dresach tylko dlatego, że tak wypada. Monster natomiast jest w tym wieku, że trzeba jak wszyscy. Na szczęście okazało się, że inni też noszą kalesony. Jedynie fuka na mnie, że nakazuję mu dwie pary rękawiczek zakładać, ale jak raz płakał podczas krótkiej drogi do szkoły, że mu zamarzają ręce, to się przekonał, że warto... Na termach zamknęli możliwość wypłynięcia na zewnątrz, skarżą się Monstery, które, jak zwykle, gdy przyjeżdża Monsterdziadek, przechytrzają ratowników na Malcie. Tu zdjęcia z listopada, teraz już i Monsterino potrafi wejść na samą górę ścianki i zeskoczyć do wody. Jak tłumaczył babci: trzeba się nie bać i skoczyć! Takie monstermotto.
czwartek, 02 lutego 2012
Übung macht den Meister
- Czy ty WIDZISZ, mamo, jaki odgłos wydaje mój rower na lodzie? - krzyczy Monsterino spod kominiarki - Słyszę! - odkrzykuję zza szalika Pędzimy przez nieużytki (Urząd Miasta wystawił na sprzedaż - ktoś chętny?) - Monsterino jeszcze dwa dni temu kruszył lód swoim przejazdem, po dwóch dniach ekstremalnych mrozów lód się nie daje. - Słyszałaś, jak ZABRZĘCZAŁO?! - emocjonuje się, gdy opony ślizgają się na tafli - A teraz powtórzymy wiadomości! - ogłasza i zgrabnie - jak na odzianie w puchową kurtkę i podwójnej grubości spodnie - zeskakuje z roweru. - Jaka to warstwa? - podsuwa mi ukruszony kawał lodu pod nos. Wzdrygam się, ale JESZCZE nie z zimna. Na razie z braku pomysłu - Wierzchnia? - ryzykuję - Górna! - koryguje Monsterino pokazując dezaprobatę całą swą postawą - przecież ci mówiłem, wczoraj - taka z tym śniegiem na górze, z kuleczkami.. Taak. Wczoraj strzelił mi wykład o budowie lodu, a ja dzisiaj prezentuję początki Alzheimera. - A ta gładziutka warstwa w środku? - daje mi kolejną szansę - Środkowa? - pytam z pewną taką nieśmiałością - Dobrze - zgadza się Monsterino, a ja oddycham z ulgą, nie lubię przyznawać się, że czasem nie nadążam za jego teoriami - a ta nierówna po bokach? - wskazuje na chropowate brzegi - Boczna? - próbuję szczęścia - Musisz jeszcze poćwiczyć! - sugeruje Monsterino. Z ust mi to wyjął. Miałam napisać dzisiaj o tym, jak to Monsterino dzielnie pogodził się z porażką, znaczy z czwartym miejscem na zawodach pływackich. Jak to sobie wytłumaczył, że będzie ćwiczył szybkość i że w czerwcu, na kolejnych zawodach, na pewno zajmie miejsce na podium (srebrego medalu brakuje mu do kolekcji, więc takie sobie zaplanował), a tu nieoczekiwanie, wczoraj przed zajęciami, podchodzi do niego trener, gratuluje, przeprasza, że sędziowie mieli zamieszanie z wynikami i że Monsterino koniec końców osiągnął trzeci wynik. Musielibyście widzieć monsterinową minę w tym momencie. Kwintesencja szczęścia! Brązowy medal zaraz oddał, bo wyjątkowo nie mógł z nim pływać, ale potem już go nie zdejmował (do snu ledwie, ledwie dał sobie wyrwać). A ja akurat nie miałam ze sobą aparatu...
wtorek, 31 stycznia 2012
Jedenastolatka
Szóstkowa matematyczka:) Prymuska klasowa. (Przewodnicząca stawiana za wzór).
Leć, córeczko! Twoje skrzydła są wystarczająco silne!
niedziela, 29 stycznia 2012
niepierwsze starcie
Mnie się podoba ich sposób nauki. Że uczą gotowych zwrotów, płyty dołączane do podręczników i piosenki przemycające całe struktury gramatyczne są genialne w porównaniu do czasów, gdy my uczyliśmy się z siermiężnych, szarych podręczników i dukaliśmy I am, you are, he/she/it is, ale faktycznie byliśmy starsi, gdy się tak uczyliśmy. Rozumieliśmy, co oznaczas słowo odmiana i jak przebiega budowa zdania. A to ma dopiero teraz, w czwartej klasie, Monsterówna. Koniec końców wzięliśmy się za Monstera. Bo gdy przejrzałam jego niedokończone zeszyty ćwiczeń oraz dotarłam wreszcie do słynnego zeszytu z religii, to zrozumiałam dlaczego został tak nisko oceniony. Ja bym mu nawet tyle nie dała. Zmiana naszego stanowiska została zakomunikowana Monsterowi w niezbyt przyjaznej atmosferze, co Monsterówna mi skrzętnie wypomniała. Znowu mnie poniosło, ale tak nie może być, żeby dziecię u progu swej edukacji już lekceważyło swoje obowiązki. I teraz sobie zrobiliśmy kłopot, bo po szkole Monster wraca do domu, zamiast leniuchować w świetlicy, by wyspowiadać się ze swoich zadań, a dopiero potem trzeba zawieźć z powrotem na zajęcia. I granie czy tv zostało ograniczone tylko do weekendów. Dopóki nie pokaże, że jego podejście do pracy się zmieniło. Howgh! |
Archiwum
Zakładki:
Monsterowo bywa...
Reszta świata
Siostry W Wielodzietności
Wspólnota doświadczeń
Żeby wiedzieć, którą drogę wybrać, trzeba wiedzieć, dokąd chce się dojść
|