sobota, 04 września 2010
krzyk pierworodnych
Biegnąc wczoraj ze starszymi do szkoły natknęliśmy się na pana stojącego bezradnie obok rozpaczliwie łkającej, małej dziewczynki. - Nie wiem, co robić! Cały czas płacze! - gorączkował się do telefonu Nie słuchałam dłużej, czas naglił. - Chyba idzie pierwszy raz do przedszkola - skomentowała Monsterówna Pewnie nie pamięta, moja dzielna córeczka, takich ranków, gdy do trzech lat brakowało jej trzech miesięcy, a nam bardzo pasowało, by poszła już do przedszkola. (Ja też nie wracam niepotrzebnie do tych wspomnień, nic przyjemnego). Placówka była starannie wybrana, kameralna, odwiedzona wcześniej. Robiliśmy wszystko zgodnie z regułami sztuki: omawialiśmy, jak to będzie, jaki jest plan dnia. Tematem przewodnim książeczek wtedy czytanych było przedszkole. Monsterówna była samoobsługowa i wygadana. Wydawała się idealnie przygotowana. Ani jednego dnia z tego miesiąca męczarni (a właściwie dwóch tygodni, bo resztę moje nigdy nie chorujące dziecko przechorowało) nie spędziła na zabawie. Czekała na zabranie jej z instytucji płacząc w kącie lub popadała w stupor jak katatonik. Nie kroiło się na zmianę. Rok później, już jak legalna trzylatka poradziła sobie znacznie lepiej, choć ranki przez pierwszy miesiąc były trudne. Jako, że chłopcy znacznie szybciej radzili sobie z debiutem edukacyjnym, wysnułam roboczą hipotezę o trudnościach, z jakimi borykają się pierworodni, z których doświadczeń rodzeństwo czerpie garściami (chociażby to, że już znają miejsce, do którego będą przychodzić). Podzieliłam się moją brawurową tezą z mamą koleżanki Monstera, gdy czekałyśmy z kolanami pod brodą na niskiej ławeczce, czekając na dzieci po treningu taekwondo. (Tak, Monster w końcu doczekał się - dwa razy w tygodniu po godzinie może się wyżyć wyrzucając nogi pod sufit - szybko policzył, że przez 10 miesięcy będzie miał 80 treningów, co wydało mu się mocno niewystarczającą liczbą). Mama jedynaczki jednak skrytykowała teorię, pokazując swoją córkę jako przykład bezproblemowej socjalizacji mimo pierworództwa. I postawiła inną tezę - o łatwiejszym starcie, gdy niemowlę socjalizuje się już w żłobku. No, nie wiem. Jeden raz w życiu byłam w żłobku. Abstrahując, że nie było miejsc, śmierdziało mieszanką gotującej się kapusty i domestosa. Do sal nawet nie dotarłam, panie w fartuchach stały na straży. Wyglądało jak w szpitalu z poprzedniej epoki, więc więcej tam nie wróciłam. Teraz mamy inne problemy. Jednak koordynacja zajęć dodatkowych nie okazała się być taką łatwą. Cepeliowe zajęcia tańca turniejowego oraz fleciki nachodzą na dodatkowe zajęcia z akrobatyki, w których Monsterówna w zasadzie powinna uczestniczyć jako nadganiająca w umiejętnościach klasę. Nie wiem, czy Cepelia zgodzi się na rezygnację Monsterówny z niektórych zajęć, więc wisi nad nami konieczność całkowitego skreślenia Cepelii. A jak w tym roku, to i w następnych, jak sądzę. Nie da się mieć wszystkiego, choć Monsterówna naprawdę jest blisko. Okazało się, że w jedyny dzień, kiedy ma na 8:45, cudownym trafem w jej starej szkole, która przecież od biedy jest po drodze do nowej, odbywa się próba zespołu fletowego. No to sobie nasza artystka wymyśliła, że jeszcze na pół godziny zespołu zdąży. A teraz ma pomyśleć nad Cepelią. Monsterino też chce chodzić na taekwondo, choć akurat jemu trening koliduje z basenem. To, że logistyka nam się nie sypie przy tej liczbie dzieci, miejsc i aktywności, to tylko zasługa wprowadzonej zasady, że zajęcia dodatkowe mają być w zasięgu marszu (po to, by w bliżej nieokreślonej przyszłości małoletni byli samodzielni w tej kwestii).
czwartek, 02 września 2010
za dużo słów na raz
- Śniły mi się aniołki - mruczy Monsterino rano (stan na dziś: dobry humor, pozytywne podejście do świata i mocne postanowienie zgodnego wykonywania poleceń rodziców) - I co te aniołki robiły? - pytam - To, co NORMALNIE! - odpowiada, wzruszając ramionami - Psytulały mnie! (logopeda potrzebny od zaraz!) Im dłużej nie piszę, tym więcej się gromadzi i tym trudniej wybrać, o czym napisać. Bo i powinnam o wakacjach, o powrocie, o tym, że po dwóch miesiącach niebycia w swoim domu, Monstery tak zatęskniły za LEGO, że praktycznie nie robią niczego innego poza budowaniem - u Monsterina tworzą świat DUPLO, u Monstera (u Monsterówny nie może być bałaganu!) - Harrego Pottera. Nieśmiało napomknęłam, że chociaż raz w tygodniu przydałoby się odkurzyć, więc musiałaby wsypać stertę klocków do pudeł, ale grzecznie i stanowczo odmówiły. Miło, gdy się dogadują - siedzą w pokoju kolejną godzinę (gdy deszcz za oknem rozgrzesza ich z niewystawiania nosa na dwór) i żyją w swoim świecie. Ale skończyło się nicnierobienie - dzisiaj goniliśmy już na ósmą (oj, na razie będzie ciężko - o tej porze w wakacje, to najwyżej Monsterino był na nogach). W tym roku miało nie być debiutantów, ale Monsterówna, choć zapoznała już wczoraj nową koleżankę w nowej klasie, rano z nerwów nie mogła przełknąć śniadania. I tak dobrze to wszystko przeżywa. Monterino przekonał się do nowego przedszkola od razu (w końcu to tylko nowy budynek - pani ta sama i kumple też), Monster-rutyniarz, podpisał tylko świeżutkie książki i tyle. Najważniejsze: ustawiłam zajęcia dodatkowe dla całej trójki i nawet starczyło mi do tego dni tygodnia! (nie wiem wprawdzie, jak Monsterówna wytrzyma dwa razy w tygodniu wychodzenie o 7:30, a przychodzenie o 20:30, ale to się okaże w praniu). A jak tam u Was?
poniedziałek, 16 sierpnia 2010
przeciąg
Monstery Starsze wróciły (całe, zdrowe, bardzo zadowolone, z cięższymi o pamiątki, medale i dyplomy walizami) i po szybkiej przepierce pojechały znowu w las. Monster bronił się przed ponownym zesłaniem mocno, ale przecież jak na okrutnych rodziców przystało, innej opcji nie było. (Ideał reszty wakacji według Monstera: gry na komputerze własnym na zmianę z komputerem taty oraz playstation. To mnie setnie rozbawił!) Jestem za opcją maksymalnie sześciotygodniowych wakacji letnich i przerwy jesiennej w zamian. Bo teraz jest już za długo, a potem trzeba tyyyyle czekać do świąt. Zanim jednak tak będzie - jeszcze 2 tygodnie do zagospodarowania. Wracając do kolonii - rewelacja! Wszystko im się podobało, żadnych słabych momentów. Każde z nich otrzymało I miejsce za utrzymywanie porządku (od wczoraj zastanawiam się, co to znaczy dla mnie, jako matki kolonijnych czyścioszków), ponadto były medale superkolonisty, I miejsce Monsterówny i II miejsce Monstera w spartakiadzie oraz żółta szarfa Miss Kolonii dla Monsterówny, o którym to tytule Monsterówna wspomniała z lekkim zażenowaniem. - Bo to jest skromna dziewczynka - skomentowała Monsterbabcia. I ma rację. Subtelna Missterówna ![]() I Monster Waleczny ![]()
środa, 11 sierpnia 2010
opustoszałe gniazdo
Zwinęłam stragan w plecak, skomasowałam wizyty u klientów i zrobiłam sobie, ciuf-ciuf, bardzo przedłużony weekend. Pierwotnie miałam ratować Monsterina przed zapłakaniem się za mamą, a ostatecznie okazało się, że Monsterino owszem, może mnie wyeksploatować, z dużą chęcią potowarzyszy mi w rowerowych wycieczkach, ale tęskni to on za rodzeństwem, a nie za matką. Trzeba pogodzić się z nieuchronnym starzeniem się małolatów. Prawda rozdziera mi serce: już mnie nie potrzebują! - No to zostaliśmy sami ze sobą - podsumował monstertata, gdy zwierzyłam się ze swoich obserwacji - Skazani na siebie - przyznałam Tośmy się zadumali nad swoją dolą (ponurą;). ********** Monsterino wydoroślał przez te wakacje. I gospodarzy.... żniw pilnuje żuczki przeprowadza na drugą stronę drogi, by nikt ich nie rozjechał żaby przestrzega przed kąpielą w basenowej wodzie I pomaga (to nie jest poza - on naprawdę dźwiga normalne, dorosłe, załadowane taczki) A czasem musi spojrzeć na włości z lepszej perspektywy Tymczasem na obozie pirackim ciągle coś się dzieje. Monsterówna na przykład była w gabinecie luster oraz w domu strachów podczas wizyty w wesołym miasteczku i ze zwyczajową sobie skrupulatnością wyliczyła dotychczasowe wydatki wraz z didaskaliami w stylu: "kupiłam biało-czarną, bo była ładniejsza, choć kolorowa była na magnes, ale droższa. Po co mi magnes, jak ją zamierzam powiesić na ścianie" . Dobrze, że Monsterówna jest na tej samej kolonii, co Monster, bo przecież po nim nie spodziewam się żadnej relacji. Przed kolejnym wyjazdem muszę KONIECZNIE omówić warunki komunikacji, bo jak ten ancymonek pojedzie samotnie na obóz sportowy, to jakby wpadł w czarną dziurę. Miałam ugryźć się w język, ale nie wytrzymałam i podpytuję Monsterównę o Monstera. - Zaprzyjaźnił się z takimi najstarszymi chłopakami... - przyznaje Monsterówna, a ja już mam wizje fali, wyłudzania nędznych drobniaków i innego mobbingowania. Dzielnie mówię jednak: - To chyba dobrze, prawda? - Oni tak wołają: "Robson, Robson", gdy Robert startuje w różnych zawodach - dodaje jakaś taka zniesmaczona Oddycham z ulgą. To chyba jednak nie znęcanie się nad młodszym. - A czemu nie podoba ci się, że go dopingują? - zastanawia mnie jej niechęć - Brata mi zabierają! - w końcu niechętnie przyznaje I tu cię mam!
wtorek, 03 sierpnia 2010
poza zasięgiem
Piorunem zwiedziliśmy dworzec kolejowy we Wrocławiu. Taak, to podpucha jest, bo dworzec obecnie w remoncie...;) Ale nawet nam tętno nie wzrosło, gdy szukaliśmy tymczasowego, ach, co tam nam, rutyna. Monster, taki chojrak, że niby za nikim nie tęskni, przeżył leciutkie wahnięcie nastroju, gdy zobaczył, że wsiada spora grupka chłopaków, którzy się już znają. A on sam, tym razem. Ale chyba wszystko układa się znośnie, bo nie narzeka, zeznał monstertacie, że niektórzy koledzy fajni, niektórzy nie i czy już może kończyć, bo jest zajęty. Monsterówna dopowiedziała dosłownie grosze więcej. Że przywitali się z morzem, że ośrodek fajny i koleżanki, oprócz dwóch, też. I już nie ma czasu na telefony. Normalnie niedosyt czuję. Głód informacji, natychmiastowej oceny zwrotnej. Choć oczywiście znacznie gorzej czułabym się, gdyby regularnie wypłakiwali się w słuchawkę. Monstermatce nie dogodzisz. Jeszcze mi tylko jeden taki, co tęskni został. Na pocieszkę. I jego perełki. Monsterino umościł się wygodnie na dziadkowym brzuchu, skoro świt siadają na tarasie, świat podziwiają. - Lubię tak siedzieć rano i patrzeć na świat - mówi dziadek - ptaszki śpiewają, trawka rośnie - kontynuuje - Nie zapominaj, ze my tu mamy psecies jesce jascurki! - napomina dziadka Monsterino ********************************** Leci, leci Monsterino z drugiego końca działki, a za spodnie w wiadomym miejscu się łapie i do drzwi WC kołacze.... a tam zakluczone. No to wali mocniej, pięścią. - Babciu, babciu! - woła Babcia się uwinęła, wpuściła wnuka. - Mało brakowało! - dochodzi z toalety po szczęśliwym akcie Monsterino nauczył się startować na swoim dwukołowcu. To jeszcze nic! Skutecznie wjeżdża pod stromą górkę. - Jestem miscem rowerowym! - mówi zadowolony (widać, że niezależność w opanowaniu jednośladu wyraźnie go we własnych oczach podbudowała) - Jestem na drugim miejscu! - chwali się - A kto jest na pierwszym miejscu? - pytam zastanawiając się, które z rodzeństwa wybrał - Gaja i Robert - odpowiada zdziwiony, że nie jest to dla mnie jasne - No tak, ale oni dłużej już jeżdżą, a ty właśnie nauczyłeś się startować, to jest wspaniałe (oduczamy się powtarzania słowa: super, zaraz potem jak rozszerzymy słownik starszych ponad słowo: fajnie) - Nie,nie - razem wygrywamy! - tłumaczy Monsterino - oni na pierwsym miejscu, a ja na drugim tes wygrywam! win- win, oto klucz do sukcesu. Wszyscy szczęśliwi, everybody klaszczą, a my z monstertatą zapadliśmy na infekcję nosowo-gardłową i kaszlemy jak stary grat (jak to mówi Monsterino). Jak można chorować w wakacje, no jak!!
środa, 28 lipca 2010
pozor, vlak!
W zeszły, deszczowy weekend, Monstertata wytoczył najcięższe działa i rzucił: - Do Czech! Spodziewałam się wiwatów i ogólnego aplauzu, ewentualnie chociaż tekstu w stylu: "jak tatuś zapoda destynację wycieczkową, to!...." Nic z tego. Chłopaki mruknęły, że woleliby do Juraparku (gdzie byli już z dziadkami, ale mamo, jakie tam są zjeżdżalnie! Trzy! I plac zabaw z linami! Dinozaury gdzieś znalazły się na peryferiach historii...) Ostatecznie zapakowaliśmy się wszyscy, dorzucając kalosze do bagażnika, bo lunęło mocniej. Staraliśmy się, jak zwykle przy przekraczaniu granicy, oddać cześć historii o przejściach, celnikach, sprawdzaniu paszportów... Monstery słuchają tego bez specjalnej atencji. - To kiedy dojedziemy do tego królestwa? - zapytał Monsterino, bo uprzedziliśmy, że to wycieczka do zamku Mimo,że po kolei na wyprawie najważniejsze były: - paróweczki w ramach drugiego śniadania - obiad w czeskiej restauracji (miały być knedliki, skończyło się na hranulkach i bramborach). - wizyta w sklepie, gdzie mieli do wydania równo 90 koron na słodycze i zdołali się podzielić tak, by wszyscy byli zadowoleni, a nawet dostali każdy po resztowej monecie na pamiątkę (a zrobili to w tym samym czasie, w którym Monstertata przeżywał rozterki decyzyjne w dziale piwnym, więc że tak powiem, nie spieszyli się) to jakoś, mimo wszystko, chyba, może jednak warto ciągać progeniturę po świecie, choćby do Czech. Bo czytali napisy, podsłuchiwali jak ludzie inaczej mówią, tylko zwiedzają troszkę bardziej aktywnie niż dorośli. Na dziedzińcu okazało się, że można wypisać w wilgotnym piasku swoje inicjały. Sprawdzić, w jaki sposób ta rzeźba wisi Czy długo leciałoby się z zamkowych murów na samo dno fosy Na zamku trwały przygotowania do imprezy (to interesowało najbardziej Monstera, więc przejął aparat) I udzielił się, niektórym, baśniowy nastrój zamku w Opawie. Dzień później rozmawiamy, dokąd pojedziemy, a Monsterino od razu: - Do zamku! - O, co ci się najbardziej podobało w zamku? - pyta Monstermama, szalenie zadowolona, że wycieczka okazała się być ciekawą i kształcącą - Musimy zobacyć, cy ślimaki jesce tam są! Albowiem Monstery wdrapując się na zamkową górę spotkały ślimaki, a wracając sprawdzały, jak daleko się posunęły. Jeden zniknął, a drugi przeszedł niezły kawałek. I na końcu języka miałam pytanie, kiedy dojdzie do granicy, ale wcześniej zdałam sobie sprawę, że nie mamy nawet linijki w samochodzie, by obliczyć odległość. Notatka do terminarza: na następną wycieczkę dorzucić do podręcznej torby miarkę (oprócz lupy, ołówków i bloku a4 do niezbędnych notatek...)
wtorek, 20 lipca 2010
wytęż wzrok i znajdź 20 szczegółów, którymi różnią się te dwie rodziny
środa, 14 lipca 2010
karma taka, kismet albo mojra
Monsterówna pojechała na tydzień do koleżanki, a zanim wyjechała poprosiła mnie, żebym pomogła jej się spakować. Wybrałam zestawik, łącznie z ręcznikami, po czym ona wymieniła większość z tego. Leciutko się uniosłam, zupełnie niepotrzebnie, bo Monsterówna podniosła na mnie zdziwione oczy i odparła, że chciała znać moje zdanie, ale jej jest inne i musi dobrać ręcznik kolorem do stroju kąpielowego. Słusznie! Słuchać, słuchać i jeszcze raz słuchać i nie odnosić wszystkiego do siebie. Racja, byłam gotowa szaty rozdzierać nad moim wyborem, argumentować do utraty tchu, tylko sens w całym tym galimatiasie uciekł. Bo zapytała. Chce wiedzieć, co o tym myślę, by podjąć suwerenną decyzję. Nie wiem, skąd mi się takie dziecko urodziło, ale muszę się starać, by jej nie zepsuć, zanim przestanie w ogóle uważać mnie za kompetentną konsultantkę. W ogóle za dużo mówimy, a za mało obserwujemy i słuchamy. Więc zmykam.
piątek, 09 lipca 2010
ach, jak to było przed wynalezieniem telefonu!
- I widzisz, jakbym miała to wszystko, co ci opowiedziałam opisać?! - tu zawiesza głos, a groza wisi w tle - to bym już cały zeszyt zużyła!!!
wtorek, 29 czerwca 2010
wywiezione
Nieodzowne połączenie zabawy z brudem rozumie doskonale Monster, który, gdy szykowaliśmy się na końcowoprzedszkolny festyn, zbojkotował przebranie i stwierdził, że jego naturalny kamuflaż wystarczy. A był tego dnia rzeczywiście intensywnie unurany. Reszta weszła w konwencję - choć do kadry było nam daleko - tu pani Dyrektor. A tu Monsterino zaplątał się między Jaskiniowców Prowadzących.
Susanne Vega nam zaśpiewała.
środa, 23 czerwca 2010
wcale nie pachnie latem
- To idealna pogoda na lodziki, chodźmy! Zaczęłam polemikę. Szalenie był rozczarowany i dał temu wyraz w postaci szerokiego wachlarza epitetów do mnie skierowanych. A przy tych skokach temperatury, już nie wiem, czy jego kaszel to alergia, czy coś więcej. Monsterówna chrypi, Monster odkaszluje, szczególnie rano, w regularnych interwałach. Ile można tego słuchać? (Monstertata, dobry z niego człowiek, znowu na ochotnika pojedzie ich sprawdzić w przychodni, chwała mu za to.) Poza tym chętnie bym się na chwilę gdzieś schowała. Finisz roku zbliża się w podskokach, zajęcia dodatkowe się pokończyły, nakazałam zatem w ramach zagospodarowania wolnego popołudnia pakowanie waliz. Szczerze mówiąc, liczyłam na większy odzew. Może to przez tę pogodę. Gdy w weekend pletliśmy sobótkowe wianki nic nie wskazywało, by jakoś szybko temperatura pozwoliła na kąpiele w akwenach. Ale przecież nie samą ładną pogodą człowiek w wakacje żyje. I nie tylko o to w wakacje chodzi. To jak? Odliczamy godziny do piątku?
piątek, 18 czerwca 2010
do grobu wpędzą
Poszłam z Monsterówną do szkoły Monstera. - A niech ma, żeby nie było, że podcinam skrzydła. Chce, niech się sprawdzi, skoro tak jej na tym zależy - pomyślałam bez żadnego przeczucia - Przyprowadziłam taką jedną, która chce - mówię trenerowi, a trener powiedział, że takie właśnie lubi najbardziej A potem polecił Monsterównie wykonać parę ćwiczeń, a na koniec zapytał, czy aby na pewno ona nigdy wcześniej nie miała nic wspólnego z akrobatyką. Na przekład w poprzednim życiu. Koniec końców Monsterówna zmienia szkołę. Razem z Monstertatą załamujemy nad nią ręce (gdy tego nie widzi), bo to byłby dla nas największy stres w życiu, a jej się oczy śmieją. - Doszłam do wniosku, że muszę to zrobić - stwierdziła Monsterówna - że tego potrzebuję, że muszę ćwiczyć, że chcę. Trener nie ukrywa, że będzie mieć więcej pracy od innych, zaczynając od wakacji. Monsterówna pyta, kiedy JUŻ może się włączyć do ćwiczeń. To, że już nabyłam nie ten zestaw książek do trzeciej klasy to mały pikuś z tym, że o rany, DLACZEGO ja myślę tylko o tym, że będzie z tyłu, że się rozczaruje, że nowa klasa, nowa pani, nowy zestaw rodziców... Dlaczego nie podchodzę do jej decyzji z takim samym entuzjazmem? - Sport nie jest najważniejszy - powiedziała Monsterównie jej najlepsza dotychczasowa szkolna koleżanka - I co jej na to odpowiedziałaś? - pytamy - Nie pamiętam, ale chyba, że może nie jest, ale ważne jest, że ja to lubię - mówi Nadal jestem w szoku.
niedziela, 13 czerwca 2010
Czterolatek
- Co rysujesz? - stanęłam nad Monsterinem hojnie obdarzającym kolejne kartki kompletem różnokolorowych kółek (magazyny opon? wypadki samochodowe? korki na ulicach?) - Błony komórkowe zwalcające toksyny - rzecze nasz Czterolatek nie odrywając wzroku, ani kredki od kartki Wesołe są konwersacje z Monsterinem. - Bakterie zaatakowały mi gardło - informuje o przyczynach kaszlu - Chyba mój ząb opanowała próchnica - mówi przyglądając się plamce na górnej jedynce. Wypisujemy zaproszenia na imprezę urodzinową. Skład gości zmienia się z dnia na dzień, w końcu trzeba ostatecznie zdecydować. - A Krzyś? - pytam, bo w poprzedniej wersji był - Wyklucone! - podnosi palec do góry Monsterino i kiwa nim karcąco - on by bił dzieci! Doprawdy? Dotychczas myślałam, że jest tylko jeden zbój w przedszkolu. Monstertata znowu zabłysnął intuicją i brawurowo przedstawił pani alergolog na jednej wizycie zamiast jednego syna, dwóch. Dopełniają się przecież - jeden uczulony na kurz, drugi na wszelkie to, co obecnie pyli. Co by tłumaczyło codzienne poranne odkaszliwanie Monstera. Monstertata się denerwuje, ja mam mantrę, że wyrosną. (poza tym każde spotkanie Monstertaty ze Służbą Zdrowia, upewnia mnie, że samotny ojciec z dziećmi jest w stanie więcej wskórać, niż matka. Widocznie bardzo współczują mu wyrodnej żony, która w tym czasie na pewno siedzi w SPA. Bo gdzie indziej może być, gdy dzieci chorują.) No dobrze, my tu gadu-gadu, a Monsterino szykuje się do zdmuchnięcia czterech świeczek. Jaki jest nasz Czterolatek - każdy widzi. Krnąbrny, pyskaty, uparty, nie do zdarcia i wiedzący, czego chce, choć to najbardziej zmienna zmienna. - Kiedyś był taki słodki - wzdycha Monsterówna nad zdjęciami z monsterinowego niemowlęctwa No cóż. To już zdecydowanie nie jest niemowlę. Co Ci trzeba do szczęścia, mój Czterolatku (mamusiny misiaczku)? Dobrze się czujesz, gdy znasz ustalone zasady (co nie znaczy, że ich nie testujesz). Nie wahasz się użyć brzydkich określeń, gdy coś nie idzie po Twojej myśli. Ale potrafisz też cudownie altruistycznie się przymilać, w przypływie dobrego humoru. Łatwo z Tobą nie jest, ale to nasz problem. Ty dobrze wiesz, że kochamy Cię bez względu na wszystko. Wulkanie Energii, sto lat!
wtorek, 08 czerwca 2010
kto się opiekuje tymi dziećmi...
- Na kogo zagłosujesz? - Monsterówna napadła mnie pod prysznicem i nie miałam wyjścia, ani znikąd ratunku - Nie wiem... - westchnęłam - nie ma żadnej kandydatki... - Jak możesz nie wiedzieć? Nie interesujesz się swoim Krajem? - rzuciła oskarżenie Och, co ja jej będę klarować, że interesowanie się Krajem jest na dalekim miejscu wśród moich priorytetów obecnie. Gdzieś za własnymi badaniami okresowymi, jak przypuszczam. Tymczasem wcale nie musiałam zabierać dzieci do pracy. Monstery zostały przejęte przez dziadków. Nie ukrywałam przecież, że bez obu par monsterdziadków byśmy zginęli. Jedni na co dzień, drudzy w wakacje karmią i rozrywkują liczne wnuczęta z wielkim zaangażowaniem i miłością. Chwała im za to! - Odpracuję na ich prawnukach...;) Monstertacie też oczywiście należą się hymny pochwalne - odbębnił szczepienie Monsterówny i bilans czterolatka (duże osiągnięcie, bilansu dwulatka nie udało nam się zaliczyć). I tu pierwsze pozytywne zaskoczenie - Monsterino mieści się w 50 centylu! (Przez zafiksowanie Monstera na temat kształtu monsterinowej figury już też zaczęłam się poważnie zastanawiać, czy nie ograniczać mu węglowodanów). I pewnie, nie należy rodzeństwa porównywać. Ale to chyba raczej dotyczy głośnego i punktującego porównywania, bo nie da się nie sięgać pamięcią, jak to, czy tamto osiągali starsi. I tu dochodzimy do bomby ostatnich dni, mianowicie Monsterino zaczął jeździć bez bocznych kółek! Monstertata stwierdził, że już czas i rzeczywiście - po pierwszym puszczeniu załapał. Zaczęliśmy bić brawo i cieszyć się, wiadomo. Na co Monster strzelił focha, że gdy on sam nauczył się jeździć na dwóch kółkach, to nie entuzjazmowaliśmy się aż tak bardzo! Troszeczkę się zdziwiliśmy i już nie wiedzieliśmy, czy śmiać się z takiego zarzutu, czy raczej zadumać. Wezwaliśmy dziadków na świadków, ale chyba nadal do końca nie jest przekonany. Może musimy po prostu zgotować mu owację na stojąco, gdy po raz kolejny przemknie koło nas z piskiem opon i zahamuje wzniecając tuman kurzu... **** Dawno nie było tu dokumentacji fotograficznej. Oj, dawno. Tu jeszcze z monsterinowych tańców. Smerf. Kujawiaczek: I z warsztatów Rowerem Po Drzewach na Placu Wolności (bardzo uspokajające Monstera zajęcie - jak tylko na jakiejś imprezie widzi koło garncarskie, od razu do niego zasiada) Monsterino zdawał na prawo jazdy, starsi wcielali się w Stróżów Prawa. A to już Monsterówna z koleżanką na pokazie ich zwycięskiego tańca w czasie szkolnego Dnia Sportu: Z procesją też szliśmy. Niektórzy nie mogli rozstać się z pachnącymi płatkami... Niektórzy z dużym zaangażowaniem i aż do omdlenia ręki, dzwonili świrusy - wreszcie można chodzić w krótkich gaciach!
czwartek, 03 czerwca 2010
żeby to jeden dzień, ale to całe życie
Kiedyś, na fali hurraoptymizmu i chwilowego zamroczenia zgodziłam się na uczestnictwo w wycieczce Monstera. To było dawno, wydawało się, że obowiązki rodzicielskie w jego klasie odfajkowałam, ale nie - pani przypomniała sobie o mnie, a ja owładnięta falą wyrzutów sumienia, że przez ostatnie miesiące za mało angażowałam się w życie szkolno-przedszkolne zgodziłam się na kolejną wycieczkę. Całodniową. Czyli będę musiała znowu odpracować ten czas w sobotę. Na szczęście na swojej równowagi psychicznej przypomniała mi się rodzinna legenda o tym, jak to urodziłam się w jedyną wolną sobotę miesiąca! Wracam zatem do starych, dobrych standardów etosu pracy.(Monstery na szczęście nie pytają, czy żyły wtedy dinozaury, ale oglądaliśmy ostatnio dwa czarno-białe seriale - Podróż za jeden uśmiech i Samochodzik i Templariusze i oprócz pytań, dlaczego nie w kolorze, całą tamtejszą rzeczywistość, Milicję zamiast Policji, dziwne samochody. I hasło Poldka: "A co, może masz w kieszeni telefon bez drutu, marzycielu!", wszystko łyknęli jak reportaż z innej cywilizacji. Przewlekły kryzys czasowy, który mnie ostatnio dopadł zaowocował smutną konkluzją, że to jest wyłącznie problem w mojej głowie. Bo gdy nagle, z okazji zawodów, a potem z okazji dnia dziecka, wzięłam wolne, to oprócz akceptacji faktu, że byłam, widziałam i kibicowałam (przyjętej jako coś oczywistego - jakbym mogła nie przyjść!), nikt specjalnie nie zauważył mojej przedłużonej obecności w domu. Co potwierdza brawurową teorię wyłożoną mi ostatnio przez jedną taką mądrą Siostrę W Wielodzietności, iż, poza okresem wczesnoniemowlęcym, nie jesteśmy potrzebni dzieciom przez cały czas. Niedługo stwierdzę, że wręcz odwrotnie - nasza dyskretna, zdalna opieka, a nie wyręczanie i bycie z nimi non-stop wychowują. Bo jak nie mam czasu i rozdaję szybko obiadowe role - ty obierasz ziemniaki, ty marchewki, a ty opróżniasz zmywarkę, to uczą się więcej, niż gdybym podała im po prostu dwudaniowy obiad pod nos i pilnowała tylko, by nie mlaskali podczas jedzenia. Poza tym zasada pierwsza i najważniejsza brzmi - dzieci NIE DOCENIAJĄ. Nie muszą, biorą to, co się im daje traktując jako należny standard. I wymaganie, że docenią jest niedorzeczne. Bo sami nad sobą kręcimy ten bicz. Prosta droga do zgorzknienia to zatem oczekiwanie, że gdy się poświęcamy, dzieci obcałują nas po rękach i przyklękną z dziękczynieniem. Nie poświęcajmy się zatem, żyjmy. Włączając dzieci w naszą rzeczywistość (to jest tekst do mnie - jutro zabieram Monstery do jednej ze swoich prac, gdzie obok trawnik i lasek - one zrobią sobie piknik, ja obrobię papiery - co za symbioza). Co jakiś czas rozmawiam z cudowną kobietą - dyrektorem Domu Dziecka. Uwielbiam ją od czasu, gdy powiedziała wprost do pani wychowawczyni Monsterówny, że jeżeli nie potrafi sobie poradzić z dyscyplinowaniem drugoklasistów, to zaprasza do siebie, gdzie ma dzieci, dla których nawet groźba kuratora nie stanowi żadnej kary, a dyscyplinować je jakoś trzeba. I że gdy jakieś dziecko z pełnej rodziny narzeka na obowiązki domowe i zasady panujące w rodzinie, to chętnie zorganizuje krótki turnus w domu dziecka. W celu poszerzenia ciasnych horyzontów. Gdy słyszałam dzieci licytujące się na ilość gadżecików otrzymanych z okazji dnia dziecka, takich bzdetów, co natychmiast zostaną rzucone w kąt i nigdy więcej nie zauważone, zrobiło mi się słabo. A wieczorem wyniosłam z pokoju Monsterina dwa wory zabawek, których braku nawet nie zauważył. - Nam było w sumie łatwiej - powiedział Monstertata nawiązując do zgrzebnych czasów naszego dzieciństwa Na czasy nadmiaru nic nie poradzimy. Musimy znaleźć swoją drogę. Nie dla naszych dzieci, co byśmy nie zrobili, i tak nam wypomną i ocenią jako toksycznych. Dla nas samych. I nikt nie obiecywał, że będzie łatwo.
środa, 26 maja 2010
jest taki dzień
Nie wiem, jaki Wy macie system robienia kanapek do szkoły, ale ja przeważnie robię je wieczorem. Chociaż czasem już nie mam siły i wtedy wstaję o szóstej. Jak dziś. A tu w "Trójce" dedykacja dla robiących kanapki mam. Magia! Pomidorek (mały, jędrny) w ćwiartki dla Monsterówny, dwa liście lodowej dla Monstera. Moje pudełko z sałatką. Wyobraziłam sobie te wszystkie matki siekające szczypiorek o świcie. Takie, co siedem kanapek plus ósma dla męża. Tytanki śniadaniówek, dziś nasze święto! Monsterówna zaskoczyła mnie w drzwiach łazienki, musiała nastawić sobie budzik na wcześniejszą godzinę. Oczy jeszcze zaspane, włosy w nieładzie, ale uśmiech, ten uśmiech, który poranną porą jest taką rzadkością był dzisiaj dla mnie wyłącznie! I laurki! I makaronowy naszyjnik! - Właśnie zastanawiałam się, który sznur pereł nałożyć dzisiaj i wybieram ten naszyjnik od Ciebie - mówię i naprawdę ozdabiam nim żakiet. I mam go teraz, piękny jest - Od kiedy przeczytaliśmy tę książeczkę Franklina, w której zrobił taki naszyjnik mamie, chciałam taki mieć! - wyjaśniam - Mogłaś powiedzieć, to bym ci zrobiła już wcześniej . Poza tym, ty w OGÓLE nie masz pereł - wypomina mi Monsterówna Chłopaki wylądowały w nocy u nas. Bywa tak coraz rzadziej, więc się rozkoszuję. Słodcy są, gdy tak pochrapują zakopani w piernaty. - Mam w bzuchu wątrobę - wzdycha Monsterino i wcale nie zamierza wstać - Miałem piękny sen - jeszcze z zamkniętymi oczami mówi Monster - Nikodem położył widelec na głowie pani kucharki! Rzeczywiście, cudny. - Mamo, co jest napisane na moje bluzce? - pyta Monsterówna "How did I get sooo CUTE" - czytam wyjaśniamy znaczenie słowa "cute", Monsterówna kraśnieje. - - Mam nadzieję, że Michał jeszcze nie zna tego słowa. Nawet jeśli zna, to się zgodzi z tym hasłem, córeczko. - Mamuś, dlaczego muszą być zawody? - drąży Monsterówna. Nie lubi się ścigać indywidualnie. Jest najlepszym team playerem, jakiego znam. A gdy wygra sama, czuje dyskomfort. Czuje się nie fair w stosunku do koleżanek. Zupełnie odwrotnie niż jej brat. Zawody pływackie są w poniedziałek. - Przeżyjesz - mówię - Wiem. Może nawet zdobędę srebrny medal - mówi Monsterówna - bo srebrnego jeszcze nie mam - wyjaśnia, zanim zdążę zadać pytanie - W ręce mam mięśnie, dlatego moja ręka dobze boksuje - chwali się Monsterino - i w ręce nie ma serca! - podsumowuje Było sobie życie... W jednym z tomów Harrego Pottera był opisany zegar, który wisi w kuchni u Weasley'ów - na którym pokazani są wszyscy członkowie rodziny, a strzałka wskazuje miejsce, w którym każdy z nich się znajduje. - Och, też bym chciała, żebyśmy mieli taki zegar - marzy Monsterówna - mogłyby być na nim takie pulsujące serduszka, zamiast naszych postaci. Ja też tak to sobie wyobraziłam.
poniedziałek, 24 maja 2010
repetycja... że co? możesz powtórzyć?
Wydaje mi się, że już tyle razy omawiałam z Monsterami reguły wyjścia w przestrzeń publiczną, że powinno było im to się wdrukować na stałe pod czachą. Ale, gdzie tam. Monsterino gna przed siebie (choć zakomunikowane zasady brzmią: idziemy razem, nie musimy za rękę, ale przynajmniej być w zasięgu mojego głosu - to plan miminum) , za nim bieży Monster, niby w celach asekuracyjnych, ale wygląda to na usiłowanie wysforowania się na czoło (no bo jak tu iść ZA młodszym bratem), na to wszystko przyspiesza Monsterówna, by przypomnieć, że bracia zachowują się KARYGODNIE i właśnie dlatego mamo, chcę mieć siostrę. No i jak ja mam zostać za nimi z tyłu, przecież to NIEODPOWIEDZIALNE. Zatem pędzę i ja. I tak oto rozciągniętym szykiem przemieszczamy się w obranym wcześniej kierunku. Monsterino hamuje przed pasami. - Dobrze, że się zatrzymałeś - wysapuję, gdy dopadam przejścia i ja - ale źle, że tak biegniesz beze mnie - Ale ja stanę! - zapewnia - lubiem biegać - To dobrze - mówi Monster - bo musi się odchudzić - spogląda krytycznie na młodszego brata - Ty zresztą TEŻ - przygląda się przenikliwie mojej sylwetce...- i ja też już nie mogę chodzić do McDonalda, bo się OTŁUSZCZAM. Ciemność. Widzę ciemność. W poprzednim tygodniu logistyka-ekwilibrystyka obejmowała codzienne dotarcie do kościoła, a w piątek mieliśmy być w trzech miejscach na raz. Nie dało się. Priorytetem był przedszkolny występ Monsterina na Dzień Matki. (aparat strajkował, jak zawsze na wzruszających imprezach, więc głównie łapał ostrość tła) Monsterino jako bocian.... ... i jako komar (bardzo szybko skaczący) a tu wierszyk mówiący i do wręczania prezentu się przygotowujący O dziwo, troszkę stremowany był nasz młodzieniec. Ale to początek - dzisiaj będzie nowa porcja wzruszeń, bo tym razem będzie pokaz tańców (i jednocześnie jesteśmy na angielskim i zebraniu rodziców, kolejne spiętrzenie terminów) Ale to dzisiaj. Natomiast jeszcze w piątek, zamiast uczestniczyć w spotkaniu w Katedrze, byliśmy na szkolnym festynie Monstera. Gdyż Monster tańczył krakowiaka. ![]() Tydzień ćwiczyli i świetnie, naprawdę dobrze im poszło. A festyn szkolny był na tyle udany, że Monsterówna stwierdziła, że chce się przenieść! Ma rzeczywiście ostatnio niemiłe przejścia ze swoją najbliższą koleżanką z klasy, druga, którą lubi odchodzi od klasy czwartej, no i zaczyna się zastanawiać, że gdyby tak kontynuowała naukę muzyki indywidualnie, to nic by jej w swojej szkole już nie trzymało. Hmm, hmm. Nie wiem. Muszę porozmawiać z trenerem. Podejrzewam, że do klasy akrobatycznej już się nie załapie, bo po dwóch latach ćwiczeń to jest przepaść nie do przeskoczenia. Ale do równoległej... Tylko że jej o akrobatykę najbardziej chodzi. Natomiast Monster stwierdził, że po pierwsze chce być ministrantem, a po drugie (i o to jęczy już od miesiąca, ale okazuje się, że realnie będzie to możliwe dopiero we wrześniu), on chce na aikido. Dwa razy w tygodniu. Facet, który ma w szkole dwie do trzech godzin wf-u dziennie! Już bym wolała, żeby tańczył razem z Monsterówną w Cepelii (Monsterówna też chce, bo miałaby partnera do regularnego ćwiczenia w domu), ale Monster, choć tańczy i śpiewa sprawnie, to chce walczyć. I w sumie dobrze, że tyle mu się chce. Poza tym aikido teoretycznie wycisza i odagresywnia. I nawet teoretycznie wszystko da się zgrać w czasie. Tylko czy on nie padnie od tych wszystkich zajęć? (już nie mówiąc o tym, że Monstertata jęknął na myśl o kolejnych punktach na planie miasta do koordynacji logistyki).
środa, 19 maja 2010
święci uśmiechnięci
Wieczorem wchodzę do pokoju Monsterówny. Właśnie wstaje z klęczek. - Nie miałaś dzisiaj dosyć modlenia się? - pytam, bo oprócz codziennej Mszy św. w białym tygodniu świeżo upieczeni pełnoprawni uczestnicy Eucharystii, zapełniają także kościół na nabożeństwie majowym - Modlitwy nigdy dosyć! - odpowiada Monsterówna i widać, że dokładnie tak to czuje bo na pierwszokomunijną niedzielę wymodlili brak deszczu... - Dopiero jak im powiedziałem, co DOKŁADNIE robi się podczas komunii, to mi uwierzyli - przyznał Monster, ponieważ koledzy z klasy nie chcieli przyjąć do wiadomości, że Monster jest już wtajemniczony. A obserwując niektórych typowych drugoklasistów, chyba zmuszonych przez rodziców do przyjęcia Pierwszej Komunii i do uczestnictwa we Mszy Świętej, stwierdzam, że młodsze dziecko lepiej, ładniej i pełniej uczestniczy. Rzeczywiście przyjmuje Prawdy Wiary i Słowo Boże. I rzeczywiście wierzy. No i przykład rodziców działa. Stara prawda, jak zwykle lekceważona. Jestem przekonana, że niektórych z tych ludzi już nie zobaczymy w kolejne niedziele.
czwartek, 13 maja 2010
wyjątkowo
Zaczynam odczuwać perwersyjną przyjemność w korespondencji dzienniczkowej z nauczycielami Monstera. Pewnie to już rodzaj zaburzenia. Równie dobre są rozmowy z Monsterem na temat tych uwag. Typu, skoro pani napisała, że musiała mówić do niego:"3, 4 a nawet pięć razy", a on się nie słuchał, to Monster przyznaje, że fakt - zupełnie nie słyszał, że do niego mówi. Nadal ma jednak bardzo dobre mniemanie o czystości swoich intencji i czynów. Gdy siedliśmy do rachunku sumienia, Monsterówna generalnie odpowiadała z wahaniem, że owszem, któregoś dnia w zeszłym roku, a może to było nawet dwa lata temu, zazdrościła czegoś koleżance, więc czy ma to powiedzieć na spowiedzi? W końcu to PIERWSZA spowiedź, więc obejmuje czas od początku istnienia osoby, czyż nie? Natomiast Monster czuje się świętym. Wszystkich kocha, modli się, pracuje ciężko i w ogóle nie ma niczego grzesznego do wyrzucenia z siebie. Dzięki Bogu za zawsze usłużne rodzeństwo! Oboje znajdują mu kilka niechlubnych uczynków do wyznania. A przy okazji sama się dowiedziałam, co mi najdroższe potomstwo zarzuca. Długość listy jest wprost proporcjonalna do wieku dziecka, choć w przypadku Monsterina wszystko zależne jest od pory dnia czy humoru. Gdybym miała się tym wszystkim przejmować, to pewnie pogrążyłabym się w depresji. Jakie szczęście, że nie mam na taką fanaberię czasu! Trochę tłumacząc swoje uniesienia, wcale nie artystyczne, przytoczę jeden z naprawdę wielu obrazków, które podnoszą mi ciśnienie i staram się pracować nad tym, by nie zdzierać przy tym gardła. Wchodzę do łazienki, w której kąpie się Monsterino. Wyszłam dosłownie na trzy sekundy, jak zwykle zapomniawszy piżamy i jak zwykle, gdy wracam, łazienka pływa. - CO TO JEST????? - zgrzytam zębami (bardzo się kontrolując) - Aaaaa - Monsterino patrzy zdziwiony na jezioro łazienkowe - to jest wyjątkiem mojego eksperymentu wodnego - dodaje ZUPEŁNIE spokojnym, wyjaśniającym tonem , niczym z programu edukacyjnego - Chyba chciałeś powiedzieć: wynikiem - dodaję rozbrojona - Nie, nie było wyniku... tylko mokro wsędzie.... - dodaje smutno I co tu zrobić takiemu gadowi...
poniedziałek, 10 maja 2010
... wszyscy artyści, to ...
Monster chciałby sam chodzić do szkoły. Oczywiście nie pozwoliliśmy - zdecydowanie za dużo skrzyżowań po drodze, ale ugięłam się i zostawiłam go dwie ulice od szkoły. Fakt, że większość rodziców podrzuca swoje dzieci samochodami, więc mimo, że okolica jest spokojna, to przed ósmą ruch jak w centrum. Powtarzam więc zalecenia: prosto do szkoły, nie odpowiadaj nieznajomym, nie wsiadaj do jakichkolwiek samochodów, przed przejściem patrz we wszystkie strony i czekaj, aż wszystkie samochody przejadą. Monster potakuje ze zniecierpliwieniem. Idzie. Odczekuję pięć sekund i przemykam rowerem chowając się za parkującymi samochodami. Monster odwraca się, zauważa mnie, bo akurat wychynęłam zza maski, więc wrzeszczy: - Nie śledź mnie!!! Widzę cię! No dobrze, czekam aż zniknie za winklem i wtedy cisnę na pedały. Już dopadł do drzwi. Kolejny kamień milowy (a i tak długo wytrzymał zważywszy na to, że młodszy brat już chciałby być samodzielny na etapie przedszkola....brrrr) Piątek był dniem triumfu Monsterówny - od paru miesięcy, pod okiem Cioci Magdy Od Tańca, przygotowywały wraz z koleżanką swój popisowy numer do Thrillera Michaela Jacksona. No i właśnie w piątek, w szkolnych eliminacjach zajęły pierwsze miejsce i będą reprezentować szkołę dalej! Monsterówna w ogóle jest na fali - miała przerobić swoją pracę na temat spożywania owoców i warzyw, z A4 na A3, by mogła iść na wystawę (co w praktyce znaczyło zrobienie jej na nowo), teraz ten występ taneczny. Artystka! Natomiast w weekend pierwszy raz miałam zagwozdkę, na jakie warsztaty pójść z chłopakami (Monsterówna z koleżanką preferowały zajęcia w podgrupach). Bo i muzeum kusiło i wydawnictwo Zakamarki miało swoje dwie imprezy. W końcu poszliśmy do kina na stare dobre animacje z duchami jako tematem przewodnim. A potem chłopaki konstruowały ducha do świecenia na wieszaku w szafie. I w końcu, gdy monstermama już nie mogła dalej odkładać zrobienia kolejnego sprawozdanka na przedwczoraj, monstertata zabrał Monstery do zwierzyńca. Pytam się wieczorem Monsterina, jak tam słoń się sprawował (znany, poznański słoń:) - Mały był i małe dzewka wyrywał z kozeniami... No to żadna rewelacja....;) A na koniec muszę podsumować tydzień prób ceremonii pierwszokomuniowej, bo w końcu zabierają nam dodatkowo czas. Wszystko idzie zgodnie z planem, Monstery naumiały się pieśni, podchodzenie przećwiczone, otwieranie buzi bez nadmiernego wywalania języka też, a w nurt przygotowań świetnie wpisuje się dialog z Monsterinem: - Gdzie masz drugą skarpetkę - pytam, bo lata na bosaka - Posła do kościoła! - odkrzykuje Monsterino - Po co? - Zeby uscypnąć pana Jezusa! Dobrego tygodnia!
poniedziałek, 03 maja 2010
w końcu święto PRACY, to co niby mam robić
Były plany majówkowe, owszem, ale w międzyczasie się moje biurka, nie tylko wirtualne, zostały zarzucone papierami i gdyby pogoda była jak drut, to może bym nadrobiła potem nocami, ale przy prognozach przekropnych, to tak sobie mię się chciało. Za to pomiędzy kontrolą z Urzędu, a wizytą w Zusie, zaliczyłam fryzjera. Tym razem ja sama. O, dziwo, w Monsterowie zauważyli zmianę. Jednak kolor 90033 zamiast 80001 robi różnicę. Monster przyglądał się szczególnie badawczo. - Wyglądasz jak obca pani - stwierdził w końcu - przypominasz mi.... - i tu się zamyśla na długo, a moje myśli galopują, gdy zastanawiam się, co też miłego mi powie - ... O, już wiem! Panią Kucharkę! **** Skoro majówka na miejscu, to postanowiliśmy zaliczać atrakcje lokalne pomiędzy jednym moim biurkiem, a drugim. Na przykład nigdy jeszcze nie byliśmy na Paradzie Parowozów w Wolsztynie - jak się tak długo uchowaliśmy? Oprócz wdrapywania się na lokomotywy i zatykania uszu przy kolejnych przejazdach sapiących i gwiżdżących gigantów, Monstery musiały się unurać w soli ziemi czarnej. Innej opcji nie było. - Czytałem, że gdzieś tutaj jest jedyne w Polsce Muzeum Pożarnictwa - powiedział Monstertata, gdy szukaliśmy miejsca do parkowania przy ryneczku miasteczka z widoczną z drogi krajowej lodziarnią. Po czym wysiedliśmy.... przy bramie muzeum. A tam festyn.
Monstery poszybowały w górę, aż na wysokość wieży muzeum. A do pracy pobiegły ze mną z ochotą. Najpierw robiły mapy korytarzy (pionowych i poziomych...) i szukały się chowając, czy na odwrót. Potem okazało się, że band, który wieczorami wynajmuje w tym samym biurowcu salę, ma akurat próbę. Monstery zostały dopuszczone do perkusji i gitary elektrycznej, a gdy jeden z muzyków rzucił do Monstera, że wymiata na bębnach, ten chodził napuszony przez następną godzinę... Aż do dzisiejszego koncertu Arki Noego. Gdy dowiedział się, że dwaj gitarzyści (w tym jeden krótkowłosy) są jego imiennikami, to wpadł w ekstazę. Był tak wpatrzony, że mogłoby się obok palić i walić, a on stał się urzeczywistnieniem wyrażenia " zamienić się w słuch". Rozgadał się przed zaśnięciem wpominając, że "i tak ułożył palce, jak w d-dur i wiesz, taką belkę zrobił" Cokolwiek to znaczy. Ale zasnął wyjątkowo bez jęków i naciągania mnie na poleżenie. - Będę sobie wyobrażać, że jestem na scenie!" Troszeczkę to za szybko się dzieje, jak dla mnie.
poniedziałek, 26 kwietnia 2010
zdenerwowany
W zasadzie wyjście z wieloma dziećmi w miejsce publiczne nie podwyższa mi ciśnienia, co nie oznacza, że nie oddycham z ulgą, gdy w zdrowiu i komplecie dotrzemy z powrotem do domu. W piątek pognaliśmy... - Tseba biegnąć - tłumaczy Monsterino - bo jest taki piękny wiatr i słońce i... no tak, rozpiera ich wiosna, energia i młode życie... Zatem pognaliśmy do fryzjera, zabierając przy okazji koleżankę Monsterówny, więc gdy całą drużyną wpadli do zakładu, to chcąc nie chcąc wzięli poczekalnię w posiadanie. Ja wyłuskałam pognieciony Bluszcz z plecaka (spomiędzy otwartej butelki wody a mokrych chusteczek do rąk, więc strzepnęłam nadmiar cieczy na podłogę salonu, a krople roztarłam butem), a młodzież, tak się przynajmniej wydawało, katalogi fryzur zalegające blacik. Jakież było moje zdziwienie, gdy zorientowałam po paru minutach CISZY, że coś za bardzo intensywnie wpatrują się w propozycje kolorystyczne wiosna-lato 2010. Cała czwórka intensywnie sfokusowała się na jednej ze stron magazynu CKM. Nie była to strona o najnowszych gadżetach prawdziwych mężczyzn. Monster zaczerwienił się. Miny dziewcząt wyrażały mieszane uczucia - grozy, niedowierzania, ale i zaciekawienia. Monsterino zachichotał: - A ta jakie ma ogromne cycuski! - Yhym, yhym - chrząknęłam, gorączkowo zastanawiając się, co robić - Mamo! - Monsterówna z obrzydzeniem odsunęła gazetę od siebie - czy ty byś tak pokazała SWOJE CIAŁO? W gazecie? Ta pani w ogóle nie ma majtek! - Nie, oczywiście, że nie - zapewniłam ochoczo, szukając w stosiku gazet jakieś bardziej neutralnej W końcu znaleźli jakiś Film, potem zajęli się komentowaniem fryzur na manekinach i jakoś temat się rozpłynął, aczkolwiek, nakryłam Monstera na szukaniu tamtej strony, gdy zajęta omawianiem długości cięcia u Monsterina, odwróciłam na chwilę wzrok. No cóż. Byłabym naiwna sądząc, że się jeszcze dłuuugo z tym nie zetknie. I w sumie mimo wszystko byłam szczęśliwa, że nadarzył się inny temat dyskusji, bowiem Monster zdenerwował się na mnie okrutnie, gdyż fryzura, z którą wyszedł od fryzjerki była krótszą deczko od tej, którą miał na wejściu. - Przecież ci tłumaczyłam - syczę szeptem tylko do jego ucha przeznaczonym - robimy DELIKATNY retusz przedkomunijny, a potem możesz zapuszczać, ok? - Już nigdy w życiu nie przyjdę do fryzjera - oświadczył wszem i wobec i nie zrobił tego szeptem- widziałaś, że gitarzyści ZAWSZE mają długie włosy!!!! Gdyż Monster nauczył się grać 3 akordy. Och, nie upieram się. Skoro czeka mnie kupno nowej gitary, to przynajmniej zaoszczędzę na fryzjerze.
piątek, 23 kwietnia 2010
mówią, że praca nie hańbi
Oprócz tego, że przyznaję się do pracowciągnięcia, wobec czego nadal nie dysponuję czasem (może maj będzie lżejszy, marzę...) i kolejny pracowity tydzień nam mija, kiedy to prawie nie wychodziłam ze zleceń, to jeszcze Monstertata miał bonusowego asystenta w postaci syna swego najmłodszego. Bo na poniedziałku tegotygodniowa bytność Monsterina w przedszkolu się skończyła. Ale zanim Monsterino się rozkaszlał i zanim pani doktor pocieszyła nas, że to tylko (!) typowo astmatyczne (pyłki! chmura znad Islandii!), a nie znowu choroba, zaliczył angielski. Z racji przymusowego garowania w domu, Monsterino przyjął większą dawkę ruchomych obrazków, ale udało się i nie był to Garfield na zmianę z Autami, ale wreszcie coś nowego: Monsterino odkrył serial Było sobie życie. Serial to może za mocno powiedziane, bo zafiksował się głównie na odcinku Wojna z toksynami. Zatem rano oprócz "miłego dnia" żegna mnie słowami: " i uwazaj na toksyny!" Monsterówna zbiera punkty za aktywność w kolejnych konkursach i występach, Monster przyszedł ze szkoły z podbitym limem (cytuję: uderzył się w szafkę - oryginalny wypis z dzienniczka), a poza tym kolejny stresujący moment zaliczony - próbna spowiedź! Monster drżał z nerwów i koniecznie chciał wiedzieć, czy ksiądz mu podpowie, Monsterówna zupełnie wyluzowana tłumaczyła mu, że przecież zna formułkę i to dopiero PRÓBA. Okazało się, że na klęcząco nie dosięga do kratki w konfesjonale i musi stać. Ale był z siebie zadowolony po wszystkim! Po Smoczym Jeźdźcu przyszedł czas na kolejną cegłę - Monster usłyszał w szkole o Opowieściach z Narni i natychmiast wyłuskał ją z półki. - O, to chyba będzie tak ekscytujące jak Harry Potter! - sapnął ukontentowany po pierwszym rozdziale Jak ja go rozumiem! I cieszę się, że tak szybko znalazł odtrutkę. Bo ja, od kiedy 2 tygodnie temu skończyłam ostatni tom Twilight (i na swoją obronę, że po co w ogóle marnowałam czas na to kiepsko przetłumaczone nędzne pisarstwo powiem, że na wszelki wypadek czytałam w oryginale i pochłonęło mnie całą - to nie miał był traktat filozoficzny, tylko powieść dla młodzieży - i jako taka się absolutnie broni) nie mogę znaleźć niczego, co by mnie tak porwało. Zaczęłam i nie dokończyłam już kilka różnych powieści i mam czytelniczego doła... ja chcę wrócić do Forks! Więc jeśli macie jakieś antidotum, to rzucajcie, a nuż któreś zadziała. Z góry dziękuję.
sobota, 17 kwietnia 2010
sobota robocza
Monstery zostały włączone w celebrowanie żałoby narodowej. Najpierw, zaraz parę godzin po tragedii, liczyli wywieszane flagi. Potem poszło lawinowo: w szkołach były apele i palenie zniczy, w przedszkolu odwołano przedstawienie i obchody urodzin, na angielskim w tygodniu żałoby... nie śpiewało się piosenek. Chociaż uświadomienie, co się wydarzyło, uważam za oczywiste i zasadne, to mimo wszystko, w wypadku przedszkolaków to chyba lekka przesada. No nic, życie płynie dalej i choć wiadomość poraziła kraj, to tragedie wydarzają się bezustannie wokół nas i tkwić w miejscu nie sposób. I jak zwykle najbardziej żal osieroconych dzieci... Dumałam właśnie nad żałobą wczoraj jadąc do pracy i nagle sobie uświadomiłam, że Monster dzień wcześniej podsuwał mi dzienniczek pod nos, a w nim koślawo napisaną informację o galowym stroju na dziś! A na zegarku 10 po ósmej i pomarańczowa koszulka, w której widziałam Monstera rano, na pewno nie była galową. Na szczęście Monstertata dał się ubłagać i zawiózł strój Monsterowi (w ostatniej chwili, bo WSZYSCY już byli uroczyście ubrani i pewnikiem dostałby jakiś minus). Mam kilka przemyśleń odnośnie nagradzania i karania dzieci w klasach 1-3 za terminowe przynoszenie różnych rzeczy do szkoły, których bez rodziców nie są w stanie zdobyć - typu: jeśli ktoś nie przyniesie na następny dzień BIAŁYCH skarpetek, to nie będzie skakać na trampolinie. Ja AKURAT miałam białe skarpetki w domu w odpowiednim rozmiarze, ale gdybym dostała taką wiadomość przed północą dnia poprzedniego, a nie miała takowych na składzie, to co? Dziecko byłoby pokrzywdzone. Już nie mówię o prośbie o włóczkę/krepę/kolorowe ścinki czy inne gadżety, bo już się nauczyłam, że lepiej mieć podręczny magazyn pod ręką. Ale akurat beznapisowej papierowej torby na zakupy nie mam (Monsterówna, na wtorek).... To się wyżaliłam, jak zwykle. A co poza tym u Monsterów: życie gna jak szalone, już tylko miesiąc został do Wielkiej Uroczystości, więc Monstery powypisywały zaproszenia. Poza tym odbyłam bardzo miłe spotkanie z panią, która weźmie na siebie ciężar kucharzenia w komunijną niedzielę i bardzo się cieszę, że bywają osoby, które lubią gotować, a oprawiania martwego zwierza potrafią wynieść do rangi sztuki. Nadal podaż czasu nie wyrównuje się z popytem, więc oto, kto się ze mną do pracy dzisiaj dokulał. Polatały po pustych korytarzach, pozwały zakamarki, śledziły nawzajem i stwierdziły, że pracuję w bardzo fajnym miejscu (jednym z wielu, oj, tak) i jeszcze będą mnie odwiedzać. Potem zabrał ich Monstertata i zrobili ciasto marchewkowe. Radzą sobie beze mnie, to chyba dobrze, choć czasem, chlip, smutno. I jeszcze jeden tekst Monstera, który mnie setnie rozbawił po ciężkim dniu: - Słuchaj, - mówię w niego w porze kąpieli - skocz do swojego pokoju i przynieś piżamkę! - Nie mów do mnie jak do dziecka! - oburzył się Monster
piątek, 09 kwietnia 2010
waln(i)e
- Nie ubieraj się tak! Dzisiaj nie ma urocystości! - skrytykował moją białą bluzkę Monsterino - Mam uroczystość taką specjalną w pracy, zebranie, walne -bąknęłam cierpiąc chyba przejściowo na pomroczność jasną, skoro użyłam wobec Monsterina takiego słowa - Walne? - zainteresował się Monsterino - Ja tes walnąłem jutro Huberta w psedskolu i on płakał - wyjaśnił (Teraz już wiadomo, po kim to ma. O zdarzeniu zostałam poinformowana. Także o tłumaczeniu się Monsterina: "walnąłem go, bo brzydko śpiewał i mnie to zdenerwowało".) Monsterino generalnie jest w stanie znaleźć wytłumaczenie dla każdej swojej, najbardziej nawet absurdalnej akcji. Butów nie ubierze, bo jest psem, a te nie noszą obuwia, kurtki nie włoży, choć wieje, bo jest bardzo spocony, ale jak mu pasuje czapka, to ją trzymać na łbie będzie, choćby pot mu się lał na czoło, gdyż mu... kapie na głowę. Zje grzankę, bardzo chętnie, ale od pomidora "pęknie mu bzuch". Zresztą ostatnio warzywa zawierają według Monsterina bakterie i są trujące, więc tylko sprzedażą wiązaną ("jak zjesz warzywo dostaniesz ulubione ziemniaczki") i ostatecznie groźbą odcięcia od codziennej porcji dvd mogę go do nich zmusić. Monster niby teorię właściwego odżywiania się sportowców ma opanowaną, ale praktycznie też się miga. Monsterówna też w ostateczności, gdy przypilnuję. Orka z nimi wszystkimi. Powoli Monstery starsze wpadają w depresję, bo z każdym wieczorem bardziej kończymy piąty tom Harrego i już zapowiedziałam, że MOCNO waham się nad szóstym, już nie mówiąc o siódmym. A z drugiej strony, skoro chcą słuchać, to chyba coś wyłowią, co zrozumieją... W każdym razie nadal są mocno zakręceni, teraz dodatkowo jeszcze tłukąc w Quidditch na komputerze. - Gdy będę mieć 11 lat, to polecę do Londynu - deklaruje Monsterówna - Na miotle? - silę się na złośliwość Monsterówna obraża się wydymając usta. Oj, oj, muszę uważać, bo nic mi więcej nie powie. Ale na szczęście jeszcze mi się udało. - I wiesz, gdy będę mieć swój sklep (czy coś mi umknęło? Jaki sklep? Nigdy nie rozmawiałyśmy o żadnym sklepie) to będę musiała zamykać go o 16, żeby zdążyć po dzieci, bo przedszkole przecież zamykają o piątej... Grunt to mieć plan, zawsze to mówię. - Za tydzień będę się uczyć stroić gitarę, a za dwa tygodnie akordy, a potem to nawet nauczę się Piratów z Karaibów! - chwali się Monster Jak to się ma do moich dat kolejnych walnych... |
Archiwum
Zakładki:
Monsterowo bywa...
Reszta świata
Siostry W Wielodzietności
|